Po co się martwić na zapas?

      Martwisz się? Niepotrzebnie tracisz na to energię. Zmartwień wywołują niepokój, paraliż, depresję, utrudniają też znalezienie twórczych rozwiązań. Ten stan to efekt pomyłki ewolucyjnej - przekonuje Gary Marcus w dzienniku "The Times".

      Każdy się martwi. Rodzice martwią się o dzieci, żony o mężów. A wszyscy martwimy się gwałtownym wzrostem cen żywności i paliwa. Ale czy zamartwianie się jest nam do czegokolwiek potrzebne? Mądrość ludowa poucza, że nic nie dzieje się bez przyczyny, nauka z kolei dowodzi, że zdolność do martwienia się musiała się w nas wykształcić w wyniku ewolucji. Choć więc nie lubimy się martwić, musimy mieć z tego jakieś korzyści.

Martwisz się, gorzej pracujesz
      Czy jednak na pewno? Tak naprawdę  najwyżej  10  procent spraw, którymi się niepokoimy, jest tego warte. Cała reszta to po prostu historie, które nigdy się nie wydarzą (choćby to niebo, co to ma zawalić się nam na głowę) lub które już się zdarzyły, więc i tak nic na   nie   nie   poradzimy (na przykład utrata pieniędzy    na    giełdzie). Ostatnie badania wykazały, że osoby, które dużo się martwią, są mniej wydajne w pracy. Podczas testów „zamartwiacze" mieli dłuższy czas reakcji od tych, którzy niczym się nie przejmują (prawdopodobnie dlatego, że ten stan pochłania energię umysłową, którą rnożna lepiej spożytkować). Jak wykazali naukowcy z Yale i   Uniwersytetu   Stanowego Pensylwanii, wystarczy niepokoić się przez pięć minut, by zdecydowanie obniżyć swoją wydajność.
To każe się zastanowić, czy wszystkie produkty ewoluq'i są tak sensowne, jak nam się do tej pory wydawało.

Prowizorka w mózgu
      Weźmy pierwszy z brzegu przykład: ludzki kręgosłup. Ta pojedyncza kolumna, która trzyma nas w pionie, wcale nie jest optymalnym rozwiązaniem. Ale po prostu ewolucja wpadła kiedyś na taki pomysł - przyznajmy, mało wybitny - przyjęła go i już nie ma od tego odwrotu. Każdy inżynier powie nam, że nasz kręgosłup jest niezgrabny i mało funkcjonalny. I że to wcale nie najlepsze z możliwych rozwiązań. Inżynierowie mają na to swoje ulubione słowo „prowizorka" (ang. kluge). Czymś również prowizorycznym i nieporadnym mogą być obwody mózgu odpowiedzialne za niepokój, stres i martwienie się.

      Martwienie się ma tylko jedną niewątpliwą   zaletę:   mobilizuje   nas do działania. Rozpoznajemy zagrożenie - na przykład drapieżnika na horyzoncie - podnosi nam się poziom kortyzolu, hormonu uwalnianego pod wpływem stresu, a my przygotowujemy się do walki albo uciekamy.

      Problem w tym, że ewolucja zapomniała wyposażyć nas w przycisk „stop". Przygotowywanie się do walki lub ucieczki miało sens w czasach naszych przodków, którzy musieli szybko reagować w obliczu bezpośredniego zagrożenia. W naszych czasach to rozwiązanie najczęściej się nie sprawdza, a zazwyczaj przeszkadza. Dziś większość zmartwień nie dotyczy zagrożeń bezpośrednich, ale tych zdecydowanie bardziej odległych w czasie. Co będzie, gdy stracę pracę? Czy moja partnerka za rok czy dwa będzie mnie jeszcze kochać? Są to problemy, które, być może, warto rozważać, ale nigdy nie da się ich natychmiast rozwiązać.

Duszony na własne życzenie
      Podwyższony poziom kortyzolu w takich sytuacjach w niczym nam nie pomoże. Hormon ten przygotowuje nasze ciało do aktywności fizycznej, na wypadek gdybyśmy musieli uciekać przed niebezpieczeństwem. Jednocześnie osłabia nasz system immunologiczny, a więc naraża nas na infekcje. W sytuacji gdy powinniśmy się odprężyć i jasno myśleć, ewolucja prowadzi nas w przeciwnym kierunku. Zamartwianie się wywołuje niepokój, paraliż, depresję, utrudnia też poszukiwanie twórczych rozwiązań. Badania przeprowadzone przez naukowców z University College of London na grupie 542 6o-latków wykazały, że ci, którzy próbowali rozwiązywać swoje problemy i szukali społecznego wsparcia, mieli niższy poziom kortyzolu niż osoby, które tego nie robiły.

      Angielskie słowo oznaczające martwienie się - „worry" - wywodzi się od staroangielskiego „wyrgan" oznaczającego „dusić, dławić". I właśnie to robią z nami zmartwienia: chwytają za gardło i trzymają, aż nie jesteśmy w stanie myśleć o niczym innym. Kiedy zmartwienie zaczyna żyć własnym życiem, staje się jednym wielkim drenem naszej energii i czasu. Co gorsza, ten stan odciska piętno na naszych sercach. W tym roku badacze z Uniwersytetu Cambridge wykazali ścisły związek między kryzysem w bankowości a większą częstotliwością ataków serca. Być może wytłumaczenie jest bardzo proste. Ludzie narażeni na chroniczny niepokój i stres częściej sięgają po kieliszek, papierosa i jedzenie, a jednocześnie rzadziej uprawiają ćwiczenia fizyczne.

      Mówi się, że zmartwienie jest jak fotel na biegunach: daje zajęcie, które do niczego nie prowadzi. Ewolucja stworzyła narzędzia do zamartwiania się, ale to nie znaczy, że musimy z nich korzystać.

Gary Marcus jest profesorem psychologii na Uniwersytecie Nowojorskim. Niedawno ukazała się jego nowa książka „Kluge: The Haphazard Construction of the Human Mind".

Jak sobie radzić ze zmartwieniami?

Zmartwienia można z grubsza podzielić na trzy grupy: te, które wymagają natychmiastowego działania (sygnał alarmowy); te, które kierują naszą uwagę na bieżące problemy (przypominacze); te, które dotyczą przyszłych zagrożeń.

Sygnał alarmowy to poważna sprawa. Gdy widzisz dym i się niepokoisz, czy w pobliżu nie ma pożaru, nie zastanawiaj się i nie zwlekaj, tylko rzuć wszystko i zrób to, co trzeba w takiej sytuacji.

Przypominacze, takie jak lekcja pływania dziecka czy wysłanie tacie kartki z okazji Dnia Ojca, powinny znaleźć się w kalendarzu. Korzystanie z komputera lub organizera pomoże ci zmniejszyć poziom związanego z nimi niepokoju.

Przyszłe problemy wymagają odpowiedniego namysłu, ale nie pozwól, by przejęły ster nad twoim życiem. Wyznacz sobie porę w ciągu dnia, kiedy będziesz rozmyślać
o długoterminowych zagrożeniach, np. problemach finansowych, i zastanawiać się, jak je rozwiązać. Kiedy indziej już o nich nie myśl.

Bądź przygotowany, ale nie panikuj. Dobrze jest myśleć przyszłościowo, ale nie ma sensu zamartwiać się sprawami, na które nie mamy wpływu. Nigdy nie marnuj na to energii intelektualnej.

Bądź świadomy. Niepokój pojawia się automatycznie, wywołują go niekontrolowane myśli. Jeśli w ciągu dnia drugi raz martwisz się tym samym, zastanów się, czy jest to problem, który możesz rozwiązać. Jeśli nie, przestań o tym myśleć.

Podejmowanie decyzji. Nie katuj się próbami podjęcia idealnych decyzji. Warto długo i poważnie zastanawiać się nad tym, czy się ożenić, przeprowadzić do innego miasta albo mieć dzieci. Ale gdy zastanawiasz się, czy kupić saaba, czy volvo, nie trać na to więcej niż kilka dni. I czekolada, i wanilia są jednakowo pyszne. W ostatecznym rozrachunku smak nie ma większego znaczenia.


 

TŁUMACZENIE: Lidia RAFA

TEKST POCHODZI Z MAGAZYNU RODZINNEGO, lipiec 2008

  • /ciekawostki/322-psychologia/2801-czy-czas-upyn-zbyt-szybko-nie-pytaj-o-to-mozgu
  • /ciekawostki/322-psychologia/2438-zahipnotyzowani-kaszpirowski-wali-z-licia