Nie można być dwa razy w Paryżu

Pojęcie szczęście zostało wyparte przez słowo sukces. Nie pytamy nikogo, czy jest szczęśliwy, tylko: jak leci, jak się czujesz? Nawet bliscy o to nie pytają

Rozmowa z prof. filozofii TADEUSZEM GADACZEM

 

   - DANUTA NOWICKA: Jest Pan szczęśliwy?
   PROF. TADEUSZ GADACZ
: - Myślę, że tak. Źródłem mojego szczęścia jest to, że mogę łączyć pracę z fascynacją. A także bliskość bliskich i piękne myśli.

 

   - Przy innej okazji powiedział Pan, że szczęście to także dawanie.
   - Na dawaniu polega sens życia.

   - Praca mieści się w tej kategorii?
   - Tak. Monumentalną historię filozofii, którą obecnie przygotowuję i która kosztuje mnie wiele wysiłku, traktuję jako nieustanne dawanie, a równocześnie spłacanie długu zaciągniętego u prof. Tischnera, który zafascynował mnie myśleniem.

   - 12 tomów, od 600 do 800 stron każdy, to wyjątkowe przedsięwzięcie.
   - Czasami aż trudno mi je sobie wyobrazić. Odwołuję się do metafory Kierkegaarda, która mówi, że wioślarz może płynąć, kiedy odwraca się plecami do celu. Lepiej celu nie widzieć, bo można się załamać.

   - Żeby przedrzeć się przez meandry filozofii, wykorzystuje Pan znajomość sześciu języków.
   - Niestety, tak kiedyś wyglądała polska rzeczywistość. W szkole uczyliśmy się tylko rosyjskiego, i to z wielką niechęcią, czego teraz bardzo żałuję, a inne opanowałem na tekstach źródłowych. Mając lat trzydzieści parę, wyjechałem na kurs niemieckiego do Wiednia. Jako samouk, język znałem właściwie na poziomie zerowym, więc przydzielono mnie do grupy zerowej. Na pierwszych zajęciach, kied.y uciąłem sobie pogawędkę na temat Heideggera po niemiecku, lektor spytał, co ja tu robię. Ale to były takie czasy - nauczyliśmy się kilku gam i trzeba było dawać koncerty. Teraz przeżywam dyskomfort w stosunku do swoich uczniów: muszę być mentorem, pomagać w karierze naukowej, a równocześnie kontrować, bo nasz start był nieporównywalny z ich startem. Nie mówiąc o tym, że moja ostatnia doktorantka, Urszula Idziak, w czasach, gdy jej ojciec robił filmy z Kieślowskim, zdawała maturę filozoficzną po francusku.

   - Z Pana tekstów wynika, że szczęście to także umrzeć we właściwym momencie. Jak to przekonanie pogodzić z zapewnieniem: myślę, że jestem szczęśliwy?
   - Cóż, życie trwa. Często szczęście gubimy, próbując je rozumieć jako cel. Szczególnie dotyczy to młodych ludzi. Stawiają sobie pewne zadania - studia, praca, stanowisko, a kiedy już wszystko osiągną, czują niedosyt. Szczęśliwi są ci, co potrafią się cieszyć chwilą, uprawiać taki chrześcijański hedonizm. Ale generalnie o szczęściu rozstrzyga coś innego. Moje życie jest szczęśliwe, kiedy mam przynajmniej subiektywne przekonanie, że zostawię po sobie coś, co posłuży innym. I nie musi to być dwunastotomowa historia filozofii, wystarczy zwykła posługa człowieka wobec człowieka, choroby w rodzinie.

   - Człowiek może być szczęśliwy, żyjąc tak krótko?
   - Gdyby było inaczej, życie by tak nie smakowało. To jest jak z roślinami na pustyni. Ponieważ rosną w skrajnie niekorzystnych warunkach, nieprawdopodobnie pachną.

   - Po jakimś tragicznym, ekstremalnym przeżyciu potrafimy cieszyć się z byle czego.
   - Bo wtedy nabieramy przekonania, że rzeczy, których dotąd nie docenialiśmy, są ogromnie ważne, a sprawy, o które ludzie się spierają, bez znaczenia. Z perspektywy kruchości egzystencji i jej skończoności uświadamiamy sobie, że jeśli czegoś nie zrobimy ani teraz nie przeżyjemy, już nigdy się nie stanie. Heraklit miał rację, że nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, co można rozumieć dość pesymistycznie - że wszystko przemija, ale także optymistycznie - że za każdym razem herbata smakuje inaczej i nigdy nie można być dwa razy w Paryżu, bo za każdym razem jest to inne miasto.

   - Czy nie skracamy życia, nieustannie czekając: a to na urlop, a to na imieniny, Boże Narodzenie czy Nowy Rok?
   - Samo czekanie ma nawet większą wartość niż zdarzenie. Przyjrzyjmy się świętom. Porusza przede wszystkim okres poprzedzający - coś przygotowujemy, czegoś się spodziewamy, a potem, kiedy zasiadamy do świątecznego stołu, zaczyna się rozczarowanie - wielu mówi to samo o tym samym, śmieje się z tych samych dowcipów. Natomiast jest rzeczywiście tak, że gubimy czas realny, bo albo wspominamy to, co było, albo czekamy na to, co będzie, uprawiając jakiś rodzaj ucieczki od życia. Dominuje pamięć - są ludzie, dla których wszystko się skończyło - są też tacy, którzy myślą o przyszłości w kategoriach marzenia. Jeden ze studentów zapytał mnie kiedyś o różnicę pomiędzy marzycielem a realistą, na co odpowiedziałem, że jeden i drugi chciałby zbudować dom, tylko ten pierwszy cały czas o tym myśli, a drugi podnosi słuchawkę i dzwoni do architekta.

   - Może są jakieś sposoby na przedłużenie chwili, a tym samym życia?
   - Myślę, że uważność. Ponieważ, żeby lepiej uważać, trzeba się zatrzymać.

   - Tym bardziej cenimy siebie i innych, im więcej w działanie wkładają wysiłku, a przecież skutki bezwysiłkowej przysługi mogą być nawet korzystniejsze.
   - To naturalne, że wyżej cenimy to, co trudniej osiągalne - wartości kulturowe, moralne, estetyczne, wymagające ciężkiej pracy. Obserwuję młode pokolenie, moich studentów i ich młodszych kolegów: są zdolni do trudów w coraz mniejszym stopniu. Jest to, niestety, pośredni skutek cywilizacji ułatwień. Naciskam pilot telewizora, komputera, garażowej bramy - natychmiast pojawia się efekt. Natomiast w sferze kształcenia, pracy, myślenia czy wartości nic tak nie działa, a młodzi są niezdolni do dłuższego wysiłku. Obawiam się, że specjaliści niektórych dyscyplin znikną, bo komuż chciałoby się teraz studiować pięć lat łacinę i grekę, następne pięć filozofię, do tego poznać całą metodologię czytania rękopisów? Podobnie jest z pisaniem. Kiedy na maszynie wystukiwałem pracę doktorską, już na opuszkach palców czułem opór myślenia. Jeśli źle sformułuję zdanie w drugiej połowie kartki - myślałem - będę musiał wszystko wyrzucić i pisać na nowo. Teraz, kiedy w komputerze tekst da się dowolnie zmieniać, przenosić, zwalniamy się z jakiejkolwiek dyscypliny myślowej. W efekcie następuje kompletny zalew śmieci i chaos informacyjny.

   - Czyżby cywilizacja techniczna zwracała się przeciwko swoim twórcom?
   - W jakimś sensie na pewno. Im większy stopień ułatwień technicznych, tym większa nasza odpowiedzialność, tym bardziej pożądana dojrzałość intelektualna. A tej brakuje. Dawniej jak uczony chciał popełnić autoplagiat, musiał przynajmniej przepisać tekst, dzisiaj wystarczy wykonać dwie komendy w komputerze, l tak się, niestety, robi.

   - Przeprowadzono badania, które, jak się spodziewano, miały potwierdzić, że matki są szczęśliwsze od kobiet samotnych. Tymczasem okazało się, że te drugie łatwiej się realizują, że czują się lepiej, wolne od trosk o potomstwo.
   - Odnoszę wrażenie, że w tym przypadku szczęście myli się z sukcesem. A to nie są pojęcia tożsame. Swoją drogą, zastanawiam się, dlaczego problematyka filozoficzna, którą jest szczęście, jeszcze obecna za czasów prof. Tatarkiewicza, znikła z horyzontu naszego myślenia. Doszedłem do wniosku, że pojęcie szczęście zostało wyparte przez sukces. Nie pytamy nikogo, czy jest szczęśliwy, tylko: jak leci, jak się czujesz? Nawet bliscy o to nie pytają. Myślimy kategoriami sukcesu, osiągamy go, kiedy jesteśmy zgodni z trendami: jeździmy na wakacje tam, gdzie się jeździ, oglądamy filmy, które się ogląda, czytamy książki, które się czyta. Powiela się pewne wzorce, bo sukces jest zawsze stereotypowy, stworzony przez modę, natomiast szczęście to sprawa indywidualna.

   - Niedawno zmarły amerykański pisarz John Updike powiedział, że religia jest nam potrzebna choćby po to, żebyśmy mogli wierzyć, a tym samym zakładać istnienie życia pozagrobowego.
   - Problem śmierci i to, czy człowiek jest istotą skończoną, czy nie, był zawsze fundamentalnym problemem. To było to źródło, z którego rodziły się największe pytania metafizyczne. Od tego nie uciekniemy. Sądzono, że w wieku XX nastąpił rodzaj odwrotu od myślenia religijnego, tymczasem z moich badań wynika, że stało się dokładnie odwrotnie. W tym sensie religia jest ciągle punktem odniesienia i chyba nigdy nie przestanie być przedmiotem namysłu i uwagi. Natomiast nie ulega wątpliwości, że samo doświadczenie religijne bardziej się zindywidualizowało. Religia stanowiła pewnego rodzaju ramę spajającą kulturę, obyczaje, sposób bycia. Teraz bardziej się uwewnętrznia, a to nie znaczy, że znika.

   - Relacja pomiędzy człowiekiem a Bogiem stała się bardziej intymna. Wyklucza się pośredników.
   - Właśnie.

   - Pan też z nich zrezygnował, przed laty występując z zakonu pijarów.
   - Tak się złożyło.

   - Tylko tyle usłyszę?
   - W jednym z wierszy metafizycznych o dwóch drogach pada pytanie i pojawia się wątpliwość, czy powinienem być tu, czy gdzie indziej. Myślę, że wybrałem słuszną drogę, bo spotkałem na niej folozofię. Gdybym studiował fizykę, jak pierwotnie zamierzałem, prawdopodobnie nie poznałbym ks. Tischnera i nie pisał tego, co piszę.

   - Z czego wniosek, że nieraz warto dokonywać bardzo radykalnych zwrotów, żeby czuć się szczęśliwym?
   - Przede wszystkim rozpoznawać, kim się jest. W filozofii zakłada się dwie kategorie tożsamości: jedna to łacińska idem, która oznacza, że jesteśmy w ciągu całego życia tymi samymi ludźmi, a druga - ipsem - że jestem sobą samym.

   - To znaczy?
   - Jeśli ktoś patrzy z zewnątrz, nie rozumie naszych decyzji, a podejmujemy je w przekonaniu, że gdybyśmy tego nie zrobili, zdradzilibyśmy siebie samych, swoją drogę, swoje przekonania. Ale ta droga nigdy nie jest pewna, bo to nie matematyka. Martin Buber przytacza w „Opowieściach chasydzkich" piękną przypowieść, jak to jeden z uczniów zapytał swojego mistrza, co to znaczy być sobą samym, a mistrz: Pamiętaj, że nie będziesz sądzony z tego, że nie byłeś Abrahamem ani Izaakiem, tylko że nie byłeś Ickiem Szwarcmanem. I ja też zastanawiam się, co to znaczy być Tadeuszem Gadaczem.

   - Potocznie mówi się: nie filozofuj, co znaczy: nie wymądrzaj się, nie odrywaj się od rzeczywistości. Uważa się także, że filozofia jest królową nauk, czyli poziom abstrakcji jest tu tak wysoki, że żadna inna jej nie dorównuje. Tymczasem Pan, panie profesorze, opowiada się za traktowaniem filozofii jako nauki pragmatycznej, jak na Zachodzie, gdzie istnieją nawet terapeutyczne poradnie filozoficzne. Trudno uwierzyć, by filozofia była w stanie nawrócić na pozytywne myślenie.
   - Mam na to krótką odpowiedź: myślenie bez życia jest puste, a życie bez myślenia ślepe. Filozofia nie daje łatwych rozwiązań, natomiast pozwala przemyśleć życie. Nie oznacza to, że je ułatwia. Pascal powiada, że lepiej jest drzewu, które jest ścinane i o tym nie wie, niż człowiekowi, który ma tę świadomość. Mnie bliska jest tradycja filozofii jako ćwiczenia duchowego, jako pewnego sposobu życia, według której nie można oddzielić życia od myślenia.


   Rozmawiała: DANUTA NOWICKA


   Prof. Tadeusz Gadacz kilkanaście lat należał do zakonu pijarów, jako dyrektor prowadzonego przez niego liceum wprowadził nauczanie filozofii. Wkrótce stało się ono jedną z najlepszych szkół w kraju. Kilka miesięcy po wyborze na prowincjała zrzucił zakonny habit. Obecnie kieruje Katedrą Filozofii Collegium Civitas i jest pracownikiem naukowym Instytutu Filozofii Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Redagował dziesięciotomową encyklopedię „Religia"," napisał ponad 130 rozpraw naukowych, obecnie pracuje nad dwunastotomową „Historią filozofii". W 2008 roku otrzymał nagrodę dla najlepszego wykładowcy w historii Collegium Civitas.

 

   ŹRÓDŁO: NTO Nr305(31.XII.09.-1.l.10.).

   ANGORA nr 3 (17,1.2010)

 

  • /ciekawostki/322-psychologia/3111-anatomia-mioci
  • /ciekawostki/322-psychologia/2807-architekci-za