Zostały tylko gęsi

 

 

Krzysztof Misek miał jej wyremontować dom. Pani Krystyna zapłaciła mu za to niemal 80 tysięcy złotych. Dzisiaj zbiera pieniądze na kolejne ekipy budowlane, które muszą poprawiać "dzieło" oskarżonego.

To był niewielki drewniany domek. Odziedziczyła go po rodzicach. Potrzebował jednak kilku przeróbek i napraw. Była przekonana, że ponad 30 tysięcy złotych, jakie odkładała latami, w zupełności na to wystarczy. Jednak architekt, jak wtedy myślała o Krzysztofie M., miał coraz to nowe pomysły, l ona wciąż mu dokładała. Dzisiaj przed sądem próbuje jakoś racjonalnie wytłumaczyć swoje zachowanie, ale zaczyna się śmiać. Sama z siebie. Ona, stateczna wdowa po sześćdziesiątce, dała się oszukać jak dziecko. Nie była ani kochanką oskarżonego, ani przyjaciółką. Przykład pani Krystyny pokazuje, że Krzysztof Misek potrafił działać w różnych sytuacjach.
- On powiedział to, co ja chciałam usłyszeć - tłumaczy przed sądem kobieta. - Jestem już ponad 15 lat wdową i wizja remontu trochę mnie przerażała. Od razu zaczął mnie przekonywać, że wszystko będzie na jego głowie. Ja miałam tam przyjeżdżać tylko raz w tygodniu.

Z pewnością poczucie spokoju w trakcie remontu domu musiało uśpić czujność pani Krystyny. Jednak ogromny wpływ na podjęcie przez nią decyzji miała także jej sąsiadka wraz ze swoją przyjaciółką. Owa przyjaciółka, Ewa, pojawiała się już w zeznaniach wcześniejszych świadków. W czasie kiedy poznała ją pani Krystyna, mieszkała ona z Krzysztofem Miskiem.
- Sąsiadka przyprowadziła do mnie Ewę. Wiedziały o moim spadku i wspólnie namawiały mnie na remont - zeznaje świadek. - Oczywiście, od razu poleciły mi usługi tego człowieka. Przedstawiały go jako architekta, który prowadzi firmę budowlaną.

Czy Ewa wiedziała wówczas, kogo tak naprawdę poleca? Czy miała pojęcie, że liceum w Zduńskiej Woli, jakie ukończył oskarżony, nie daje jeszcze tytułu architekta? Nie wiadomo. Panie, które spotkały się w sądzie jako oskarżycielki posiłkowe w sprawie przeciwko Krzysztofowi M., próbowały namówić także ją na ten krok. Ona jednak stanowczo odmówiła. Niewykluczone, że nadal utrzymuje z oskarżonym bliskie kontakty.

Bombonierka

To właśnie Ewa przywiozła do pani Krystyny oskarżonego. Wrażenie na kobiecie zrobił od samego początku kiedy pod jej skromną furtką zaparkował czarny sportowy mercedes. Potem Krzysztof Misek przez kilka minut oglądał domek pani Krystyny. Oczywiście okiem znawcy.
- Pamiętam, że na pewno przedstawił się jako architekt. Wspominał też o wieloletniej praktyce, szczególnie dużo mówił o Francji - świadek stara się jak najprecyzyjniej odtworzyć minione wydarzenia. - Na koniec stwierdził, że zrobi z mojego domu bombonierkę.
- Słucham. Co zrobi? - sędzia Robert Pabin nie jest pewien, czy dobrze usłyszał słowa świadka.
- Bombonierkę, wysoki sądzie. Tak się wyraził, dokładnie pamiętam.
- A ile ta bombonierka miała kosztować? - uśmiecha się sędzia.
- Dopiero potem przypomniałam sobie, że obie panie przed spotkaniem z tym człowiekiem dopytywały mnie, ile mam zaoszczędzonych pieniędzy. Powiedziałam im o 30 tysiącach. I pierwszy kosztorys, jaki mi przedstawił, opiewał na 35 tysięcy.
- Jakie wrażenie na pani wywarł oskarżony?
- Bardzo pozytywne - przyznaje kobieta. - Te plany, jakie przede mną roztaczał, że będę miała święty spokój, bardzo mnie ujęły. No i pani Ewa mówiła o sobie jako o gwarancie rzetelności tego pana. To było zachęcające.
- A potwierdzała pani jego kwalifikacje?
- No właśnie nie - pani Krystyna wzdycha ciężko. - On twierdził, że jeżeli szybko się nie zdecyduję, to ma już w planach dużą budowę i nic nie zdąży u mnie zrobić. Mówił o dużej kolejce do jego usług. Wyglądał na majętnego, samochód też nie był najtańszy. Uznałam, że musi mieć dużo klientów i dobrze mu się powodzi.

Pani Krystyna popełniła wtedy podstawowy błąd. Zapomniała, że nie można oceniać ludzi po pozorach.

Hotel robotniczy

Przez cały okres remontu domu popełniła masę różnych błędów. Teraz potrafi je już spokojnie wymienić. Podobnie jak wnioski i oceny z zachowania Krzysztofa Miska.
- Ten pan gustuje w robieniu przedstawień. Dzisiaj wiem, że robił je dla mnie - opowiada pani Krystyna.
- To ciekawe, proszę opowiedzieć - sędzia jest bardzo zainteresowany.
- Na początku remontu przywiózł ogromne ilości folii. Zabezpieczał i owijał nią wszystko.
- Po co?
- Twierdził, że będzie lepiej, jak nikt nie będzie widział, co się u mnie dzieje. Przyjechało z nim pięciu robotników. Chciał, żeby zamieszkali na czas remontu w moim domu.
- I? - sędzia nie może doczekać się odpowiedzi.
- Zgodziłam się - kobieta spuszcza głowę. Dzisiaj już zna swój kolejny błąd.

Roboty miały ruszyć pełną parą Przemiły jeszcze wówczas par Krzysztof poprosił właścicielkę posesji, żeby dała im czas i najlepiej przyjechała za tydzień. Pani Krystyna spokojnie odjechała.
- Kiedy przyjechałam po tygodniu, byłam zszokowana. Robotnicy nie mieli żadnych narzędzi. Niczego nie mieli, nawet młotków. Rusztowanie zbili z moich starych desek. Natomiast cement rozrabiali w wiadrze - pani Krystyna zaczyna się śmiać.
- W czym? - sędzia chce się upewnić, czy dobrze usłyszał i sam zaczyna się śmiać.
- W wiadrze. Pozwoliłam im korzystać z rzeczy, jakie zostały po moich rodzicach i korzystali. Pan Krzysztof twierdził, że kończy właśnie jakąś budowę i zaraz dowiezie sprzęt.
- Dowiózł?
- Tylko taczkę. Do dzisiaj jej zresztą nie zabrał.

Roboty posuwały się ślamazarnie. Tymczasem pięciu robotników, którzy zamieszkali w domku pani Krystyny, bawiło się świetnie.
- Oni zrobili sobie tam hotel- - śmieje się kobieta. - To był czerwiec. Upał. Za domem jest duży ogród, więc czuli się wspaniale. Nawet sąsiedzi kilka razy zwracali mi uwagę, że za dużo jest u mnie hucznych zabaw.

Twierdzi, że próbowała z nimi porozmawiać, ale kiedy pojawiała się na swojej posesji, robotnicy nagle znikali.
- Albo musieli pójść do sklepu, albo jechać po materiały. Po prostu się ulatniali.

Dopiero kiedy na dobre się wynieśli, mogła zacząć wyceniać swoje straty.
- Dom został zdewastowany. Zniszczyli mi meble, pościel, potłukli naczynia. Podczas porządkowania ogrodu wykopałam połamane krzesła i skorupy naczyń. Nie dało się tam mieszkać.
- Urządzili sobie u pani hotel robotniczy?
- Dosłownie tak, wysoki sądzie. Oczywiście, znalazłam jeszcze schowanych kilkanaście pustych butelek po wódce.

Niemały był też kłopot z pozbyciem się robotników. Mimo że remont oficjalnie się zakończył, oni nie zamierzali wynosić się z domu pani Krystyny. Dopiero postraszenie ich interwencją policji przyniosło skutek.

Znikające kwiaty

Już po pierwszej wizycie na placu budowy kobieta postanowiła zrezygnować z usług tak zachwalanego architekta. Ten brak narzędzi i cement w wiadrze natychmiast zaczęły budzić jej wątpliwości. Wtedy Krzysztof Misek przystąpił do działania. Czarujący uśmiech i wiązanka kwiatów musiały poskutkować.
- Tłumaczył, że boryka się z trudnościami, że nigdy nie mógłby skrzywdzić takiej kobiety jak ja - opowiada pani Krystyna. - Ja myślałam wtedy o zainwestowanych już 26 tysiącach, które mu dałam.

Zaraz po wizycie Krzysztofa Miska do mieszkania pani Krystyny przyjechała pani Ewa. Nie była już taka miła.
- Była oburzona. Powiedziała, że w jej kręgach tak się nie postępuje.
- To znaczy, jak? - pyta sędzia.
- Nie wycofuje się z umów. Mówiła to takim tonem, że poczułam się nagle bardzo mała.

I uległa. Remont trwał nadal. Choć bardziej chyba teoretycznie.
- Robotnicy coś tam dłubali - mówi dzisiaj już spokojnie. - Teraz wiem, że części opłaconych przeze mnie prac wcale nie wykonali, a te, które zrobili, trzeba poprawiać.

Dach miał być całkowicie zerwany. Zapłaciła im za to, żeby na nowym położyli specjalną papę i zamontowali nowe rynny. Po wizycie kolejnej ekipy przekonała się, że fachowcy od Krzysztofa Miska nawet nie ruszyli starego dachu. Po prostu przybili do niego nową, ale najzwyklejszą i najtańszą papę. W dodatku położyli ją odwrotnie. Styropian, jakim mieli ocieplić dom, okazał się cieńszy od tego, za który im zapłaciła. Deski pod nim, mimo ustaleń, nie zostały wymienione. Styropian pomalowali po prostu pokojową emulsją. Pani Krystyna nie musiała długo czekać, żeby wszystko zaczęło pękać.
- Jak mogła pani przyjąć dom w takim stanie? - dziwi się sędzia.
- Wstyd się przyznać, ale wcześniej tego nie zauważyłam - tłumaczy kobieta. - W dniu przekazania mi domu oskarżony rozwiesił wszędzie kwiaty. Były piękne. Oprócz tego w koszach stały iglaki. Byłam zachwycona i oczarowana.
- To jednak się postarał - uśmiecha się sędzia.
- Ale następnego dnia niczego już nie było - pani Krystyna cicho się śmieje.
- Jak to? - sędzia też ma kłopoty z powstrzymaniem śmiechu.
- Musiał wszystko zabrać, kiedy odjechałam - teraz kobieta już głośno zaczyna się śmiać. Podobnie jak cała sala sądowa.
- Mam pytanie - mówi z uśmiechem Sylwester Redeł, obrońca Krzysztofa Miska - A ptaki zostawił?
- Co? Co? - po sali przebiega szmer i głośny śmiech.
- Panie mecenasie, jakie ptaki? - sędzia ociera łzy śmiechu.
- Ja wytłumaczę - świadek próbuje na chwilę się opanować. - Na dachu przykleił mi takie gęsi. I one zostały. Ha, ha, ha...

Gęsi zostały, bo klej, jakim je przytwierdzono, był wyjątkowo trwały. Kiedy kolejna ekipa budowlana próbowała je zdjąć, niestety musiała połamać im nogi.




Nazwisko oskarżonego i imiona pokrzywdzonych kobiet na ich prośbę zostały zmienione.






Źródło: ANGORA 2005/2006

  • /czytelnia3/296-kalibabka-czy-tulipan/1492-wraenie-za-70-tysicy
  • /czytelnia3/296-kalibabka-czy-tulipan/1490-przyja-do-koca-ycia