Książki naszego dzieciństwa PDF Drukuj Email
Ciekawostki - Rożne
Wpisał Jan Tomkowski   
Wtorek, 22. Grudzień 2009 11:37

 

   Ileż to razy w ciągu naszego życia ubieramy choinkę? Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt? Chyba nie więcej, bo przez pierwszych kilkanaście szczęśliwych lat ktoś to robi za nas i dla nas. A pod choinką - mam taką nadzieję - znajdujemy co roku nie tylko ciepły szalik i rękawiczki, ale także książki.

   Niby nic nadzwyczajnego: książka albo płyta to prezent dosyć banalny, choć zwykle mile widziany. Zawsze lepsze to od brzydkiego wazonika, dezodorantu nie w naszym guście czy gry komputerowej, od której rozboli nas po kwadransie głowa.

   Pomyślałem sobie niedawno, że książki dostajemy tak naprawdę tylko w dzieciństwie. Później oczywiście też, ale... dostajemy jakoś inaczej. Zwłaszcza w czasach kryzysu bliska nam osoba upewni się, zanim pójdzie do księgarni. A może zamiast książki wolałbyś sprzęt wędkarski albo jakiś drobiazg do samochodu? Nie? Chcesz książkę? No, czekaj, muszę zapisać tytuł, a może pamiętasz jeszcze nazwisko autora? Będzie mi łatwiej znaleźć. Oczywiście, oczywiście. Pamiętam i tytuł, i nazwisko, lecz chciałbym, aby jakaś dobra wróżka odgadła moje ukryte marzenie. Niestety, to zdarza się tylko w dzieciństwie.

   Dostajemy wtedy książki, które wybierają za nas inni. To dzięki nim dowiadujemy się o istnieniu krasnoludków, kosmitów, Indian, rozmaitych gadających zwierzątek, sympatycznych misiów i prosiaczków ratowanych przez pajęczyce. Czy musimy rzeczywiście poznawać te istoty, które przecież nigdy nie istniały? Myślę, że kto nie zawarł przed laty znajomości z Alicją i Małym Księciem, chyba coś w życiu stracił, l nie jestem wcale pewny, czy ktoś taki zaprzyjaźni się później z księciem Myszkinem albo panią Bovary.

Dwunastolatek rozgryza... Ulissesa

   Mówi się powszechnie, że w ostatnich latach dzieci czytają coraz mniej. Sam nie wiem, czy to prawda, bo raz po raz spotykam małych geniuszy, którzy w wieku lat dziesięciu przeczytali podobno „całego Conrada", a w wieku lat dwunastu zaczęli rozgryzać Ulissesa Jamesa Joyce'a - chyba jednak (hm, hm...) bez wiedzy i zgody rodziców?

   Pomyślałem ostatnio, że i w moich, oczywiście zamierzchłych czasach, nie wszyscy czytali z zapałem literaturę piękną. Poważny uczeń stronił od bajek i baśni, gardził przygodami nierozgarniętych wesołków łażących po drzewach, wzruszał ramionami, słysząc o wyczynach piratów. Czytał za to książki o zwierzętach, rybach, ptakach, kamieniach szlachetnych, wojnie trojańskiej, pierwiastkach chemicznych i wyprawach polarnych.

   Dziś oczywiście ktoś taki raczej ogląda telewizję, zbiera filmy dokumentalne na płytach DVD i włącza komputer w poszukiwaniu upragnionych informacji. Nie musi czytać książek, w których marzenia o wielkiej wyprawie stanowiły pretekst do pokazania cudów przyrody, egzotycznych drzew i podwodnych krajobrazów.

   Może więc miłośników fabuły wcale nie ubywa, tylko zmieniają oni swoje upodobania, w miarę jak przeobraża się świat?

   Trudno zachęcić malucha, który latał już boeingiem, by drżał z emocji na myśl o podróży koleją. Był w Disneylandzie i wjechał na wieżę Eiffla - czy zainteresuje go jeszcze opisywana w jednej z najcudowniejszych książek dla młodzieży wakacyjna podróż do cioci na wieś? Na Lubelszczyznę, no cóż...

   Zmienia się prawie wszystko, ale - przecież nie wszystko!

   W dzieciństwie bardzo rzadko zapamiętujemy na przykład autorów przeczytanych książek. Myślę, że nie każdy z czytelników potrafi nawet dziś bez wahania powiedzieć, kto powołał do życia Anię z Zielonego Wzgórza, Kubusia Puchatka, a nawet Harry'ego Pottera. A Mary Poppins, czyli Agnieszkę? Albo Pollyannę?

   Pierwszym pisarzem, którego poznałem osobiście, był Czesław Janczarski. Rozmawiałem z nim przez chwilę, zastanawiając się, co właściwie łączy go z Misiem Uszatkiem - co to znaczy, że jest twórcą owego sympatycznego zwierzaka? Miś wydawał mi się postacią co najmniej równie realną jak pisarz!

   Znaliśmy oczywiście nazwiska autorów najpopularniejszych książek dla dzieci, bo wymagali tego nauczyciele. Zdaje mi się, że w tej dziedzinie twórczości dominowały zawsze piszące panie: Maria Kann, Maria Kownacka, Hanna Ożogowska. Chociaż może się mylę, bo uwielbiało się i książki Adama Bahdaja, a trochę później Janusza Doma-galika. Tłumaczono Astrid Lindgren, Lucy Maud Montgomery i Frances Elizy Burnett.

Verne na strychu

   Czytało się zachłannie, lecz wkrótce nadchodził czas, gdy dziewczęta odkładały Anię i Alicję, by sięgnąć po Gałczyńskiego albo i Jasnorzewską. Chłopcy, którzy wyrośli z krótkich spodenek, nie chcieli już czytać nawet Verne'a. Pasjonowała ich teraz historia, technika, militaria, sport... Ukochane lektury wędrowały na strych, a w najlepszym razie do pokoju młodszego rodzeństwa.

   Piszący dla dzieci zawsze byli grupą trochę pokrzywdzoną. Uważano, że idą na łatwiznę, choć w rzeczywistości tworzyli dla czytelnika bardzo wybrednego, a nawet kapryśnego, który stanowił wielką niewiadomą. Mimo wszystko traktowano ich z pewnym lekceważeniem. Nie dostawali znaczących nagród ani wyróżnień. Często pomijano ich w słownikach i encyklopediach. Nie przypominam sobie, by w ponadstuletniej historii Nagrody Nobla ktokolwiek uhonorowany został wyłącznie za twórczość dla najmłodszych.

   A przecież książki dla dzieci spotykał dokładnie taki sam los jak utwory dla dorosłych. Jedne popadały w zapomnienie, inne stawały się klasyką. Nieliczne otrzymywały status arcydzieła.

   Stało się natomiast regułą, że nawet cenieni autorzy wierszy i powieści dla dzieci pozostają w cieniu. Nie poświęcano im zbyt wiele uwagi, nie wywoływali literackich skandali. Rzadko zajmowali się polityką, więc nie podpadali władzy. Dopiero całkiem niedawno ktoś taki jak pani Rowling trafić mógł na czołówki gazet. Jeszcze trzydzieści, czterdzieści lat temu całą „potteromanię" traktowano by jak niewartą prasowej wzmianki dziecinadę.

   Czytałem książki Marii Kann, a nic nie wiedziałem o jej ciekawym przecież życiu. Chodziłem Nowym Światem i nie miałem pojęcia, że spotkać tu mogę żyjącą jeszcze Hannę Ożogowską. Dopiero niedawno dowiedziałem się o śmierci Janusza Domagalika. Któregoś dnia na wystawie księgarni zobaczyłem książkę o życiu Marii Kownackiej. Plastusiowa mama Marioli Pryzwan, pięknie wydana przez PIW, ozdobiona fotografiami znanymi dotąd tylko nielicznym, wyglądała naprawdę prześlicznie. Zielony kolor okładki też wywoływał optymistyczne skojarzenia, lecz potem pomyślałem trochę sceptycznie, że chociaż każde ludzkie życie jest ciekawe, to może nie każde zasługuje od razu na taką solidną reporterską biografię. Z drugiej strony - cóż ja właściwie wiem o życiu Marii Kownackiej? Trzeba po prostu przeczytać!

   Książka jest świetnie ułożona i doskonale zredagowana. Myślę, że zaskoczy najbardziej wymagających czytelników - nawet tych, co twórczość dla dzieci uważają za niegodną uwagi infantylną pisaninę. Żywot pisarki dla najmłodszych przebywającej pośród rozmaitych wesołych ludzików, sprytnych zwierzątek i wdzięcznych maluchów, powinien być słodki i rozkoszny. Niestety, książka jest gorzka. Jak życie pani Marii, wprawdzie kochanej i docenianej, ale jednak nie do końca, nie bez zastrzeżeń, nie bez pewnych pretensji, nawet ze strony najbliższych. Życie spełnione i dobrze przeżyte, ale mimo wszystko pełne cierpienia, a może nawet ukrywanej dzielnie tragedii?

   Bo to przecież tragedia - nie mając własnego dziecka, kochać inne dzieci, wszystkie dzieci na całym szerokim świecie. Poświęcać im czas, pisać dla nich, spotykać się z nimi na spotkaniach autorskich, ale nie w życiu prywatnym, pozbawionym rodzinnego ciepła. Poświęcać się, walczyć dla innych, przywiązywać się do istot, które nigdy nie będą nasze, które wcześniej czy później odejdą, zapomną, wydadzą najsurowszy wyrok...

   Maria Kownacka wszystkim „matkowała", sama nigdy nie doświadczając macierzyńskiej radości. Nawet popularność i uznanie, którymi się cieszyła, okazały się w końcu połowiczne. Jej książki uczyły i bawiły, pokazywały trochę lepszy świat niż ten rzeczywisty. A w końcu uznano je za zbyt trudne i niezrozumiałe dla najmłodszych...

   To nie literacka bohaterka Tosia, lecz sama Maria Kownacka stworzyła Plastusia, jedną z najlepiej rozpoznawalnych postaci w historii twórczości dla dzieci. Jednak stworek z plasteliny nie wytrzymał chyba konkurencji. Nie uczestniczył w gwiezdnych wojnach, nie znał szybkich pojazdów ani broni laserowej. Jak polubić taki relikt nieznanej przeszłości?


   Za to pisarkę podobno kochali wszyscy, lecz ktoś podpalił Plastusiowo, a figurkę Plastusia ukradziono z grobu pisarki - pewnie żeby oddać na złom. Jedna z osób widziała mogiłę zasypaną śniegiem, spod którego wystawały ogromne uszy Plastusia. Jakże to smutne i jakże wymowne!

   Miejsce Rogasia zajęły inne zwierzątka - bardziej medialne i częściej występujące w telewizji. W Leszczynowej Górce też zmieniły się czasy i nikt nie tęskni już do nadleśnictwa z przeszłości. A kiedyś czytaliśmy tę opowieść z zapartym tchem, wyobrażając sobie, jak cudownie byłoby pojeździć na przyczepie od traktora i wspinać się po drzewach w poszukiwaniu szyszek.

   Myślę jednak melancholijnie, że nie wszystko stracone. Chodzą jeszcze po świecie miłośnicy Rogasia, Plastusia i dzieci z Leszczynowej Górki. A gdyby ich nawet zabrakło, to dzięki Marioli Pryzwan zapomniana trochę autorka zyskała jakby drugie życie. Wcale nie zwyczajne i bezbarwne. Za sto lat specjalista badający los pisarzy dla dzieci w XX wieku, a zwłaszcza w epoce PRL-u, sięgnie po Plastusiowa mamę i ucieszy się, mając w ręku tak bezcenny dokument.

   Dla wielu czytelników książki Marii Kownackiej były może pierwszymi lekturami i nielicznymi zapamiętanymi z najdawniejszych szkolnych lat. Co tu dużo mówić, jeśli nawet w dzieciństwie czytamy sporo, to czytamy raczej chaotycznie. Czasem zakładamy dzienniczki lektur, ale potem te cudowne skarby wędrują na strych, na pawlacz albo po prostu do kosza. A szkoda, bo to miła i rzadka pamiątka.

   Książki dla małych chłopców czytałem bardzo krótko, bo wkrótce nastał czas książek poważnych i całkiem niestosownych do wieku. Czytając Norwida albo Różewicza za nic w świecie nie przyznałbym się do lektury Bahdaja albo Nienackiego.

   Jakiś czas temu, udzielając wywiadu, nie potrafiłem odpowiedzieć, jak nazywała się pierwsza samodzielnie przeczytana przeze mnie książka. Pamiętam jej treść - w ogólnych zarysach. Ani tytułu, ani nazwiska autora nie umiałbym dziś podać.

Powrót do utraconych światów

   Pamiętam znacznie lepiej inną książkę, bo czytałem ją później wiele razy. Było w niej słońce i woda, mnóstwo przygód, szlachetni młodzi bohaterowie rywalizujący... jak by to powiedzieć? W czynieniu dobra, l nauczyciel albo raczej wychowawca, jakiego każdy z nas chciałby mieć. To tak staroświecka lektura, że nie wymienię tytułu, choć może ktoś się jednak domyśli?

   Sentymentalne wspomnienia dopadają kiedyś każdego, więc i ja zajrzałem ukradkiem do bibliotecznego katalogu. Książki mojego dzieciństwa tam nie było! Zapomnianego autora wyrzucono - pewnie z braku miejsca i z powodu małego zainteresowania czytelników. Wyrzucono, a może sprzedano za symboliczny grosik i może cieszy czyjeś oko?

   Na Allegro też nikt nie chciał się pozbyć legendarnej dla mnie powieści. Wygląda więc na to, że nigdy już do mojej dawnej ukochanej lektury nie powrócę. Trochę mi żal, ale tylko trochę, bo każda książka ma swój czas. Nie odkładajcie zatem żadnej lektury w nieskończoność, na później. Nie pozbywajcie się również książek ważnych w dzieciństwie, choćby po latach wydawały się błahe i nieistotne. Może jeszcze kiedyś  znajdzie się okazja, by powrócić do utraconych światów?


JAN TOMKOWSKI


Autor jest profesorem w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, historykiem literatury, prozaikiem i eseistą

ANGORA nr 52, 27 grudnia 2009