Jaka jest recepta na dobrą historię miłosną? Musi być wielkie uczucie, łzy i cierpienie. Żadnego happy endu. I najlepiej, kiedy jedno z bohaterów umiera. Tak jak w „Love Story"
Co mogę powiedzieć o dwudziestopięcioletniej dziewczynie, która umarła? Że była piękna. Błyskotliwa. Że kochała Mozarta i Bacha. I Beatlesów. I mnie - tak zaczyna się jedna z najsłynniejszych opowieści o miłości doskonałej, bo niemożliwej do spełnienia. To oczywiście „Love Story" zmarłego niedawno Ericha Segala, bestseller na liście książkowych hitów „New York Timesa" w roku 1970.
Romans absolwenta
5 marca 1970 r. w życie wszedł traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. 10 kwietnia Beatlesi oficjalnie ogłosili rozwiązanie zespołu. Miesiąc później Thor Heyerdahl, po sukcesie wyprawy Kon-Tiki, wypłynął w rejs przez Atlantyk łodzią Ra II. 6 września Jimi Hendrix zagrał swój ostatni koncert, w październiku Salvador Allende został prezydentem Chile, a miesiąc później zmarł Charles de Gaulle. Ale 1970 rok należał do absolwenta Harvardu, syna rabina, specjalisty od łaciny i poezji, który swoją minipowieść o miłości napisał w tym samym pokoju w kampusie studenckim, w którym układał monografie dzieł Eurypidesa i Menandra.
W epoce dzieci kwiatów, rewolucji seksualnej i narkotyków Erich Segal, 33-letni intelektualista, opowiedział historię o miłości czystej. Kiedy rok później do kin na całym świecie ustawiały się kolejki, by zobaczyć na ekranie Ali Mac-Graw i Ryana O'Neala, wcielających się w postaci Jennifer Cavelleri i Olivera Barretta IV, i wzruszać się do łez, krytycy nie mieli wyjścia - musieli przyznać, że choć udajemy cyników, uczucia ciągle przemawiają do nas najsilniej.
Tragedia antyczna
Recepta Segala była w gruncie rzeczy bardzo prosta i w dużej mierze oparta na obserwacjach z kampusu. Ona: piękna, inteligentna studentka Radcliffe, katoliczka, dziewczyna z tak zwanej klasy pracującej. On: student Harvardu, protestant z nieprzyzwoicie bogatej rodziny. Dzieliło ich bardzo wiele, ale łączyła miłość, która wbrew woli rodziców Olivera prowadziła ich prosto do małżeństwa. Ale nie doprowadziła do bajkowego „i żyli długo i szczęśliwie...". Bo Segal kazał swojej bohaterce umrzeć na białaczkę, a swojemu bohaterowi żegnać się przy łóżku szpitalnym z największą miłością jego życia.
- Segal sięgnął po stary, sprawdzony wzorzec - tragedię antyczną. I co ciekawe, Hollywood, które uznało, że marketingowo nie opłacają się historie o złych zakończeniach, tutaj uległo tradycji wysokiej kultury. W „Love Story" nie ma tak kochanego przez Hollywood happy endu, a do akcji wkracza fatum - tłumaczy Tomasz Raczek, krytyk filmowy i przypomina, że Jennifer nie jest pierwszą bohaterką opowieści o miłości, która umiera. Przed nią w aurze nieszczęśliwej miłości odchodziła już Julia, Dama Kameliowa, a nad Wisłą Stefcia Rudecka.
Miłość idealna
Tak jak w architekturze obowiązuje zasada złotych proporcji, tak i w kulturze obowiązują pewne wzorce, które jednostkowej historii nadają wymiar uniwersalny. Tak właśnie jest w przypadku „Love Story", która jest zrozumiała pod każdą szerokością geograficzną i dla każdego. Segal odwołał się do naszych wyobrażeń miłości idealnej, zdolnej do największych wyrzeczeń i poświęceń, takiej, która pokonuje przeszkody, ale która ostatecznie i tak musi ponieść klęskę, właśnie po to, by stać się niedościgłym wzorcem - podkreśla Raczek.
Erich Segal, który sam ożenił się szczęśliwie kilka lat po oszałamiającym sukcesie filmu według jego scenariusza („Love Story" uratowała od bankructwa studio Paramount Pictures), zmarł 17 stycznia tego roku. Jego córki podkreślały niezwykłą godność, z jaką od lat zmagał się z postępującą chorobą Parkinsona. Przyjaciele mówili o rzadkim fenomenie.
-Segal potrafił połączyć pracę akademicką, wykłady i zajęcia ze studentami, z pisaniem scenariuszy filmowych i kolejnych książkowych bestsellerów („Doktorzy").
Przede wszystkim pozostanie jednak autorem minipowieści o miłości niemożliwej, bo idealnej, w której nigdy nie pojawi się znudzenie, obojętność czy zdrada. A że takie rzeczy są możliwe tylko w książkach, cóż, nie pozostaje nam chyba nic innego, jak przypomnieć sobie najsłynniejsze historie miłosne.
Romeo i Julia
On jest z rodziny Montecchich, ona Capulettich. Rzecz dzieje się w Weronie.
Ona ma niespełna 14, a on 16 lat. Poznają się na balu na dworze jej ojca, ale Romeo na bal przychodzi przebrany - rodziny dwojga młodych są ze sobą skłócone. Ich miłość przypomina błyskawicę. Bal, słynne wyznanie miłości pod balkonem, upojna noc i ślub zawarty w tajemnicy przed rodzicami. Ale misterna intryga, która ma sprawić, że rodziny zaakceptują ich uczucie, bierze w łeb. Młodzi giną: najpierw Romeo, a potem Julia. Dwie zwaśnione rodziny godzą się nad ich ciałami. Premiera dramatu Williama Szekspira miała miejsce w 1597 roku, ale - choć minęło ponad 400 lat, nadal wzrusza.
Dama Kameliowa
Była piękna, młoda i kochała kamelie.
Małgorzata Gautier jest kobietą fatalną - zarabia na życie jako kurtyzana. Ale wśród kochanków zapewniających jej luksusowe utrzymanie pojawia się Armand Duval. Uczucie wybucha z siłą wulkanu, młodzi wyprowadzają się z Paryża na wieś, ale tam Małgorzatę któregoś dnia odwiedza ojciec Armanda. Przekonuje, że ten związek , zaszkodzi karierze syna. Małgorzata zrywa z Armandem kłamiąc, że go nie kocha. Załamana, zapada na gruźlicę. Do umierającej przyjeżdża dawny kochanek, który słyszy, że nigdy nie przestała go kochać. Powieść Aleksandra Dumasa syna (1848 rok) doczekała się kilku ekranizacji (m.in. z Gretą Garbo). Tę historię opowiada też „Traviata" Verdiego.
Trędowata, czyli Stefcia
Stefcia Rudecka jest piekna i niewinna. Ordynat Michorowski przystojny, bogaty i zepsuty powodzeniem u kobiet.
A jednak on zakocha się w niej, a ona w końcu ulegnie temu uczuciu. I choć wszystko zmierzać będzie do szczęśliwego zakończenia, Stefcia umrze zabita przesądami klasy społecznej, z której wywodził się arystokratyczny narzeczony. Melodramatu Heleny Mniszkówny wydanego w 1909 roku krytycy nie oszczędzali, ale i tak historia doczekała się kilku wersji ekranowych. W najpopularniejszej, w reżyserii Jerzego Hoffmana i według scenariusza Stanisław Dygata, w Stefcię wcieliła się Elżbieta Starostecka, a w ordynata Leszek Teleszyński. Był rok 1976. Kina pękały w szwach.
Przeminęło z wiatrem
Scarlet z talią jak osa zawroci w głowie każdemu chłopakowi. Rhett jest od niej starszy, robi dziwne interesy i zakochuje się w tej kokietce, która udaje damę.
On kocha ją. Ona mysli, ze kocha innego. Ale prawda dociera do niej za późno. Jeśli dodamy do tego tło pełne dramatycznych wydarzeń wynikłych z wojny secesyjnej, dostaniemy epicki melodramat, przy którym płaczą kolejne pokolenia czytelniczek. I kinomanek - bo powieść Margaret Mitchel doczekała się w 1939 roku ekranizacji. Scarlett zagrała Brytyjka Vivien Leigh, Rhetta Clark Gabl, bożyszcze kobiet o zabójczym spojrzeniu i równie zabójczym hiszpańskim wąsiku.
Casablanca w cieniu wojny
On jest mężczyzną z przeszłością - walczył w Hiszpanii przeciwko frankistom. Ona jest piękną, młodą kobietą, której mąż, czeski przywódca ruchu oporu o węgierskim nazwisku Laszlo, uciekł z obozuj koncentracyjnego.
Rick i lisa swoją miłość poświęcą więc dla ważniejszej sprawy - dla wolności innych ludzi.
To kultowa historia i miłosna wielu pokoleń kinomanów, rozgrywająca się w czasie wojny w kontrolowanej przez pronazistowski reżim Vichy marokańskiej Casablance. Ricka gra Humphrey Bogart, llsę Ingrid Bergman. A zdanie „zagraj to jeszcze raz. Sam" jest jedną z najbardziej znanych kwestii filmowych w historii kina.
Titanic, czyli wielka katastrofa
Rose ma 17 lat: jest piękna, ma bogatego narzeczonego i płynie w pierwszej klasie do USA luksusowym statkiem. On - Jack Dawson jest biedny jak mysz kościelna, a na statek (do marnej, trzeciej klasy) dostał się tylko dlatego, że wygrał bilet w karty.
Historia tragicznej miłości na niezatapialnym statku, który poległ w zderzeniu
z górą lodową, trwa - bagatela - trzy godziny. On kocha ją. Ona kocha jego. Zazdrosny narzeczony chce ich zabić. Ale kiedy dochodzi do katastrofy, to Jack odda Rose swoje miejsce na desce, a sam zamarznie w lodowatej wodzie. W tym kasowym hicie zagrali Kate Winslet i Leonardo Di Caprio. I wszystko staje się jasne.
KATARZYNA KACZOROWSKA
Źródło: Magazyn Rodzinny Polska Głos Wielkopolski 6 lutego 2010