Walentynki, walentynkowe, walentynkom, życzenia, prezenty, drobiazgi, serduszka... -Walentynkowy zgiełk jazgocze wokół od dobrego tygodnia. W sklepach ruch, witryny ociekają płomienną sercową czerwienią. Ale już niedługo, na szczęście. Hałas ucichnie jak nożem uciął w niedzielę. W sam dzień św. Walentego. I dobrze. Bo coś mi się zdaje, że miłość - jak pieniądze - lubi ciszę. Przynajmniej moja. A może znajdzie się i paru, którzy podpiszą się pod tą „złotą myślą" razem ze mną?
Jakby tak przeliczyć te wszystkie złote myśli, które kochający i porzuceni poukładali o miłości, pewnie by powstała ogromna biblioteka. Nie sposób je policzyć, bo miłości jest tyle, ilu ludzi ją czuje i chce o niej mówić, definiować, analizować, diagnozować i co tam jeszcze.
Ale najbardziej podobają mi się definicje naukowe, psychologiczne, takie super-prawdziwe, bo dowiedzione. Właśnie. Dowiedzione. Gdzie i na kim? Bo przez kogo to się znajdzie choćby w Googlach albo Wikipedii.
Ostatnio moja przyjaciółka - psycholog! - przy aksamitnym wineczku zwierzała mi się ze swojego życia uczuciowego (czytaj: gadała o swoich związkach, żadnych romansach; regularnych dwóch małżeństwach).
Wiedzę ma jak byk na temat uczuć - wszystkie zna, o wszystkich umie mówić, wie, jak się rodzą, jak trwają, jak przemijają i dlaczego. Zwłaszcza miłość. Wykładała mi o potrzebie komunikatywności, wzajemności i otwartości między partnerami. I tylko miłość z tymi wszystkimi cechami -w każdym wieku i pod każdą szerokością geograficzną - jest jedynie dojrzała. Trwała i prawdziwa. I ona - ta przyjaciółka - właśnie tak budowała swoje związki. Długo, mozolnie i profesjonalnie. I wybudowała. Dwa rozwody.
Bo jej facetom nie chciało się albo nie byli psychicznie w stanie kochać profesjonalnie - otwarcie, komunikatywnie i wzajemnie jednocześnie. Jak byli otwarci, to mieli kłopot z wzajemnością. Jak dbali o wzajemność - to szwankowała otwartość.
I wtedy, gdy już widać było dno butelki od wina, moja przyjaciółka wpadła na genialną złotą myśl - że to kobieta i mężczyzna oboje naraz muszą chcieć i umieć pielęgnować te miłosne cnoty-cechy. A to trudne.
Wychodzi więc na to, że jak ludzie kochają bez specjalnej wiedzy naukowej, to po prostu kochają. Każdy po swojemu i jak czuje.
Byle nie siebie najbardziej, byle miłość ta nie krzyczała całemu światu: ja ją/jego kocham! Wystarczy muśnięcie dłonią, ustami, mimowolnie... Cichutko. I tak aż do końca...
ANNA KOT
redaktor Magazynu Rodzinnego
Źródło: Magazyn Rodzinny (Polska Głos Wielkopolski, 13 lutego 2010)