Wyspy Świętego Tomasza i Książęca to państewko składające się z dwóch wysp położonych u zachodnich wybrzeży Afryki. Wyspy Świętego Tomasza i Książęcą oblewają wody Oceanu Atlantyckiego. Na obszarze liczącym niewiele więcej niż 1000 km kwadratowych las równikowy i skała wulkaniczna tworzą mozaikę egzotycznego piękna.
Również tutejsze plaże uważane są za jedne z najpiękniejszych na świecie. Dla 160 tysięcy mieszkańców językiem oficjalnym jest portugalski. To tutaj 8-letniemu chłopcu przydarzyła się historia podobna do tej o Mowglim z „Księgi dżungli" albo do tej o Tarzanie.
Fernando Neves Umbelino mieszka z rodziną na Wyspie Książęcej. Osadę, w której ojciec wybudował dom, otacza puszcza. Bawiąc się na skraju lasu, Fernando po raz pierwszy w życiu zobaczył potężnego byka. Niewielu mieszkańców wyspy hoduje bydło. - Byk wszedł do lasu, a ja jak zauroczony tym widokiem podążyłem za nim - opowiada 11-letni dziś Fernando. Przez trzy lata chłopiec milczał jak zaklęty. Słowem nie opowiedział o tym, co działo się podczas ośmiu miesięcy przeżytych w równikowym lesie wśród niebezpiecznych zwierząt i nieznanych roślin. Przed tygodniem zdecydował się mówić i pokazać miejsca, w których żył.
- Zapuścił się za bykiem tak daleko w las, że stracił orientację i nie potrafił znaleźć drogi do domu - komentuje Frederico Umbelino, starszy brat Fernanda. - Pod koniec dnia ojciec zaalarmował mieszkańców osady - kontynuuje Frederico. - Wszyscy uczestniczyliśmy w poszukiwaniach. Systematycznie przeszukiwaliśmy las w ciągu trzech tygodni. Nie znaleźliśmy najmniejszego śladu Fernanda. W końcu zdecydowano o zakończeniu poszukiwań.
- Kiedy dotarło do mnie, że się zgubiłem, zacząłem głośno wołać o pomoc. Z całych sił wzywałem braci - wspomina Mowgli z Wyspy Książęcej. - Modliłem się do Anioła Stróża, żeby zaprowadził mnie do mamy. Potem już tylko płakałem. Codziennie szukałem drogi do domu i nie udawało mi się jej znaleźć. W taki sposób upłynęło 240 dni, które mały chłopiec spędził sam w lesie.
Frederico wspomina, jak ciężko było rodzinie pogodzić się ze stratą Fernanda. - Było okropnie, tygodniami płakałem i nie mogłem patrzeć na jedzenie - mówi. Także matka chłopca wymienia najtrudniejsze dla niej momenty. - Kładłam spać wszystkie dzieci po kolei i wtedy zdawałam sobie sprawę, że nie ma Fernanda - mówi. - Tak samo przy nakrywaniu do stołu miejsce Fernanda pozostawało puste. Jednak ojciec chłopca nigdy nie stracił nadziei. - Od chwili zniknięcia Fernanda nie zamykałem na noc zewnętrznych drzwi domu na klucz - podkreśla Gervasio Umbelino. - Wydawało mi się, że on się zjawi za chwilę, wejdzie do domu i położy w swoim łóżku.
Fernando opowiada o życiu w dziewiczym lesie. - O zmierzchu szukałem między skałami miejsca do spania. Kładłem się na kamieniach pokrytych mchem i błotem. Bez trudu mieściłem się w niewielkich zagłębieniach między skałami. Przez osiem miesięcy dziecku towarzyszyła małpa. - Zjawiła się na drugi dzień po tym, jak się zgubiłem - wyznaje Fernando. - Nie wiem, skąd się wzięła, nigdy podobnej nie widziałem. Nie opuszczała mnie ani na krok. W dzień i w nocy była w pobliżu.
Fernando znajdował wodę pitną w licznych strumieniach przecinających wyspę. Nauczył się zjadać na surowo wielkie ślimaki żerujące na pniach. Każdego dnia towarzysząca mu małpa wspinała się na drzewo kokosowe i zbierała dla chłopca zielone orzechy. Podawała mu je rozłupane. Wypijał z nich ożywczą ciecz i zjadał miękki pożywny miąższ.
Im bardziej Fernando starał się odnaleźć drogę do domu, tym bardziej się od niego oddalał. Po ośmiu miesiącach błądzenia po lesie chłopak wyszedł z gąszczu na dziką plażę. Miejsce było całkowicie niedostępne. Docierali tam jedynie wytrawni rybacy. Właśnie takiego spotkał Fernando. - Okropnie się wystraszyłem - wspomina Inocencio dos Prazeres. - Nie spodziewałem się, że spotkam kogokolwiek na plaży, bo to miejsce znam tylko ja i kilka osób z rodziny. Myślałem, że to jakaś dusza potępiona: mały, wychudzony, z długimi włosami i paznokciami, prawie bez ubrania i cały pokryty mchem i błotem. Zanim się do niego zbliżyłem, zmówiłem „Ojcze nasz" i prosiłem Jezusa, żeby mnie jeszcze nie zabierał.
Fernando także był pełen nieufności. - Odzwyczaiłem się od ludzi. Bałem się, że nieznajomy zrobi mi krzywdę. Kiedy Inocencio zrobił pierwszy krok w kierunku chłopca, ten uciekł na koniec plaży. - Skakał jak małpa - dziwi się mężczyzna. - Nie pozwolił się dotknąć. Trudno go było złapać, bo wyślizgiwał się z rąk. Skórę miał pokrytą tłustym błotem.
Fernando wrócił szczęśliwie do osady. Najpierw zawiadomiono o tym fakcie jego ojca. Gervasio Umbelino wybuchnął... wielkim śmiechem. Po policzkach spłynęły mu łzy. Matka potrzebowała środków na uspokojenie. Z pomocą lekarza Fernando przez trzy lata wracał do świata ludzi. Teraz nabrał odwagi, żeby o wszystkim opowiedzieć. Zmory przeszłości odeszły do dżungli.
JAREK JEŹDZIKOWSKI
Na podst.: Globo
ŹRÓDŁO: ANGORA-PERYSKOP nr 27, 4 lipca 2010