Kobiety z odsłoniętym biustem, wojownicy wymachujący dzidami, szamańskie tańce wokół ogniska - to wszystko pić na wodę.
Gdyby reklamy z turystycznych folderów traktować poważnie, trzeba by uznać, że głównym zajęciem ludów z pustyni i puszczy była sprzedaż pamiątek i pozowanie do zdjęć, a przed odciętymi od świata wioskami znajdowały się parkingi dla autokarów. To oczywiście nonsens, jednak współczesną turystyką rządzą identyczne zasady jak innymi dziedzinami gospodarki, w fachowych analizach używa się wręcz określenia „przemysł turystyczny". Nie bez przyczyny - według danych Światowej Organizacji Turystyki (UNWTO) branża daje zatrudnienie niemal 250 min ludzi i wytwarza ok. 10,5 proc. światowego PKB. W tak potężnym biznesie nie ma miejsca na sentymenty, improwizację czy przygodę. Na rynek wprowadza się produkty, na które istnieje masowy popyt, sprawdzone i bezpieczne.
„Turysta chciałby, żeby w XXI wieku tubylcy byli ludożercami, ale takimi, którzy zjedzą każdego prócz niego" - mówi z lekką ironią Bogusław Kafarski, szef biura Alco-Tours specjalizującego się w organizowaniu egzotycznych wypraw. „Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że w czasach globalizacji nie ma już ludzi «dzikich», całkowicie odizolowanych od cywilizacji". A już na pewno nie ma ich w pobliżu kurortów wypoczynkowych i tłumnie uczęszczanych szlaków turystycznych. Oglądanie wioski, w której rolnicy noszą tanie chińskie T-shirty i dżinsy, to jednak żadna atrakcja. Słowo skansen brzmi niezbyt zachęcająco. Powstają więc „autentyczne" wioski, których mieszkańcy wyglądają zgodnie z oczekiwaniami i wyobrażeniami przybyszów. W tropikalnej dżungli są półnadzy, często jedynie z przepaskami na biodrach. Beduinów w krajach arabskich szczelnie okrywają długie galabije. W regionach słynących z rękodzieła gości witają tubylcy w bajecznie kolorowych strojach, obwieszeni biżuterią.
Głównym celem turystów jest oczywiście zrobienie zdjęć. Nawet najbardziej „pierwotne" plemiona znają już jednak siłę pieniądza, więc za fotografowanie każą sobie płacić. Na najlepszy zarobek mogą liczyć ci, którzy wyglądają najbardziej egzotycznie. By się przebić, tubylcy malują twarze, pokrywają ciało tatuażami, przebijają nosy i wargi kolczykami. Tak rzeczywiście wyglądali ich przodkowie, ale dziś robi się to tylko dla zdobycia paru dolarów. Niekiedy dochodzi do scen wręcz komicznych.
„Mieszkańcy jednej z położonych na skraju pustyni wiosek w Etiopii, gdzie z powodu braku wszystkiego nigdy nie wytwarzano żadnych ozdób, też uznali, że muszą się godnie zaprezentować do zdjęć. Pozują więc w czapkach z daszkiem, drucianych okularach, z fajkami w zębach" - opowiada Sławomir Bawarski, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy „Globtroter".
Gdy brakuje oryginałów, sięga się po podróbki. „W Kenii każdy chce zobaczyć Masajów i ich niesamowite tańce. Kraj jest jednak duży i nie wszędzie żyją Masajowie. Ale klient nasz pan, więc żeby spełnić jego oczekiwania, przebiera się w masajskie stroje ludzi z plemion Kikuju, uczy ich wysokich podskoków, wydawania odpowiednich dźwięków, i wszyscy są szczęśliwi" - kontynuuje.
Ludzie znający choć trochę kulturę Afryki wiedzą, że Masajowie są smukli i bardzo wysocy, a Kikuju raczej krępi, lecz przeciętny turysta nie zwraca na to uwagi. Zobaczył, usłyszał, sfotografował i niczego więcej mu nie trzeba.
Czasem wystarczy odrobina czujności, by spostrzec, że jest się robionym w konia. W wiosce ludu Basuto, na pograniczu RPA i Lesotho, czeka na turystów „prawdziwy" plemienny wódz. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wyglądał dostojnie - na głowie stożkowy kapelusz, na ramionach długa, sięgająca niemal do ziemi skóra. Tyle że spod niej wystawał biały podkoszulek i brązowe, jak najbardziej europejskie buty.
Z jeszcze zabawniejszą sytuacją zetknąłem się niedawno w Emiratach Arabskich. Gości z luksusowych hoteli zwieziono do „obozu prawdziwych Beduinów". Tam w ramach poznawania tubylczych obyczajów mogli nie tylko posłuchać muzyki i posmakować specjałów kulinarnych, ale także przyozdobić ciata tradycyjnym tatuażem z henny. Wykonywała go siedząca pod palisadą z gałęzi kobieta ubrana zgodnie z surowymi zasadami islamu. Spod chusty było widać jedynie jej oczy. Nie odzywała się ani słowem. Gdy wszyscy chętni zostali wymalowani i zasiedli do kolacji, podszedłem do pracowitej Beduinki. Okazało się, że jest... Rosjanką.
„Cepelia" na końcu świata
„Można się na to zżymać, ale masowej turystyki nie da się zahamować. Wioski zaspokajające jej potrzeby powstały już wszędzie, nawet w Amazonii i na Borneo. Moim zdaniem nie jest to zbyt szkodliwe, gdyż mimo wszystko lepiej, że ludzie zamiast uciekać do slumsów w wielkich miastach, pozostają tam, gdzie się wychowali. Nawet jeśli robią to na pokaz, jednak w pewnym stopniu kultywują dawne tradycje. A że przy okazji zarabiają na życie? Co w tym złego?" - mówi Jarosław Kret, autor podróżniczych książek i programów. Podobne opinie wyraża większość osób, z którymi rozmawiałem w różnych zakątkach świata. Potwierdzają je także naukowcy. Prof. Krzysztof Podemski, autor „Socjologii podróży", mówi „Focusowi", że masowa turystyka faktycznie „odbiera sztuce ludowej i lokalnym obrzędom ich tradycyjny charakter, zmienia je w towar do kupienia". Ale komercjalizacja ma też pozytywną stronę: „Bez turystów wiele elementów tubylczej kultury zniknęłoby całkowicie. Przemysł pamiątkarski pozwala przeżyć tysiącom rodzin w krajach rozwijających się. I - co ważne - sprzyja emancypacji kobiet, gdyż to one wykonują znaczną część kupowanych przez turystów pamiątek" - dodaje profesor.
Nie można też wykluczyć, że w czasach globalizacji i związanej z nią uniformizacji ludzkich zachowań właśnie dzięki niezbyt wymagającym, ale łaknącym egzotyki turystom przetrwają tradycyjne obrzędy i obyczaje.
„Obcy, który przybywa z zewnątrz i zachwyca się starociami, daje impuls do docenienia tego, co być może popadłoby w zapomnienie, a bodźce skłaniające do odtwarzania dawnych praktyk przyczyniają się do refleksji nad własną tożsamością" - mówi antropolog prof. Anna Wieczorkiewicz. „Oczekiwania przybyszów stają się lustrem, w którym tubylec może zobaczyć siebie".
Osoby uważające się za prawdziwych trampów traktują jednak egzotyczno-turystyczne wioski z pogardą, określając je mianem „Cepelii". Także ci puryści znajdują wsparcie w autorytetach naukowych. Jednym z najostrzejszych krytyków masowej turystyki był socjolog i filozof kultury Jean Baudrillard. W esejach nie przebierał w słowach, pisał, że uczestnicy zorganizowanych wyjazdów „nie potrafią niczego przeżywać bezpośrednio i karmią się wyreżyserowanymi przez innych pseudowyda-rzeniami". Według Baudrillarda masowy turysta jest „odizolowany od tubylców, cieszy się z nieautentycznych, wymyślonych atrakcji i nie dostrzega prawdziwej rzeczywistości". Zasługuje więc jedynie na współczucie.
Sęk w tym, że wielu z nich, nawet jeśli zdaje sobie sprawę, że uczestniczy w wyreżyserowanym przedstawieniu, jest zadowolonych - doświadczają silnych emocji i wzruszeń, tak jak widzowie w kinie czy teatrze.
Ludzkie zoo?
Rzecz bowiem nie w tym, że mieszkańcy biednych krajów się przebierają czy coś udają, lecz w sposobie ich traktowania, l to nie tyle przez turystów, ile przez lokalnych przedsiębiorców oraz plemiennych przywódców. Granicę między sympatyczną atrakcją a cynicznym biznesem łatwo bowiem przekroczyć. Zwłaszcza w miejscach, gdzie ludzkie być albo nie być zależy od kilku dolarów.
Na północy Tajlandii pod koniec lat 40. XX w. osiedlili się Karenowie. To zamieszkujący górzyste regiony sąsiedniej Birmy lud, który za dążenie do niezależności płaci niekończącymi się prześladowaniami. Ratując życie, wielu jego członków uciekło za granicę. Jak wszyscy górale, Karenowie stworzyli oryginalną, bogatą kulturę. Jej najbardziej widowiskowym elementem są mosiężne obręcze wydłużające do kilkunastu centymetrów szyje kobiet.
Gdy Tajlandia otworzyła się na ruch turystyczny, jego organizatorzy szybko dostrzegli potencjał kryjący się w - jak je potocznie nazywano - „kobietach żyrafach". Do siedmiu wiosek sprowadzono Karenki, które pozostały wierne tradycji i nadal nosiły przedziwną biżuterię. Przedsięwzięcie rozreklamowano, interes ruszył.
Za wstęp do wioski płaci się około 10 dolarów. Nie sposób dowiedzieć się, jaka część tej sumy trafia do kobiet, a ile zagarniają tzw. opiekunowie. Zdaniem ekspertów UNESCO 80 proc. zysków powinna otrzymywać wieś, 20 proc. organizatorzy przedsięwzięcia, z ustaleń dziennikarzy wynika jednak, że proporcje są dokładnie odwrotne. Nie tylko w Tajlandii, ale także w Afryce i Ameryce Środkowej.
Nie wiadomo też, czy kobiety Karenów deformują swoje ciała dobrowolnie. By uzyskać pożądany efekt, obręcze trzeba zakładać już w dzieciństwie. Nie wydłużają one bowiem szyi, lecz powodują zapadanie obojczyka i górnych żeber. Dlatego ich ciężar w miarę dorastania dziewczyny rośnie, od jednego do co najmniej pięciu kilogramów. Zdejmuje się je nie częściej niż raz w roku, by umyć szyję. Potem trzeba założyć ponownie, gdyż - jak mówiły mi kobiety - „głowa wydaje się za ciężka i mają wrażenie, że każdy nieostrożny ruch skończy się złamaniem karku".
Trudno nie uznać tego za torturę. Starsze panie mogą jeszcze rzeczywiście hołdować tradycji, ale młode pokolenie robi to bez wątpienia ze względów komercyjnych. Tymczasem władze bardziej niż o nie troszczą się o turystów. Dojazd z nadmorskich kurortów na północ kraju, gdzie żyją Karenowie, wymaga pokonania ponad 700 km. Cudzoziemcom postanowiono więc ulżyć i przed dwoma laty założono nową wioskę (Sattahip) niedaleko stołecznego Bangkoku.
W mediach, także polskich, pojawiły się wówczas komentarze, że jest to tworzenie „ludzkiego zoo", do którego przewozi się „ciekawe okazy" wyrwane z ich naturalnego środowiska. Protestów samych kobiet jednak nie było. Skoro już z własnej woli czy przymusu zdecydowały się na taki los, wolą, by fotografowało się z nimi więcej turystów niż mniej. Bo z tego żyją. Może niezbyt komfortowo, ale bezpiecznie. Pozowanie do zdjęć to po prostu ich zawód (...).
KAZIMIERZ PYTKO
ŹRÓŁDO: FOCUS nr 8, 2010