Potężna brama wejściowa prowadząca do tajskiego więzienia o zaostrzonym rygorze Bangkwang rzadko się otwiera. Odwiedzający idą wąskim korytarzem, do którego wejście znajduje się po lewej stronie bramy głównej. Tu poddawani są kontroli i dopiero po niej mogą wejść na teren najpilniej strzeżonego tajlandzkiego więzienia, w którym znajduje się jedyna w królestwie cela śmierci.
W Bangkwang każdy osadzony nosi dyby: świeżo przybyli - przez trzy miesiące, skazani na śmierć - przez cały czas. Dyby zakuwa się wokół kostek. U nowych więźniów powodują krwawe rany. Większość osadzonych nosi obcięte skarpety lub pończochy, żeby złagodzić ból od ocierających się o nogę żelaznych obręczy. Ci, którzy przebywają tu od lat, mają wokół kostek zrogowaciałą skórę, której kajdany już nie ranią.
Większość odwiedzających przynosi tyle toreb i torebek, ile tylko zdoła ze sobą zabrać - są pełne owoców, ryżu i popakowanych w foliowe woreczki potraw, które przygotowali dla bliskich. Jedzenie trzeba oddać podczas pierwszej kontroli, tu zostaje ponumerowane i później przekazywane jest więźniom. Inaczej kontrolerzy nie znaleźliby przedmiotów - broni, telefonów komórkowych, listów - które często są chowane w owocach czy curry.
Przez wąskie korytarze,
stalowe bramy i kolejne stanowiska kontroli wychodzi się w końcu na pełen pięknej zieleni dziedziniec. Z boku, za grubym szkłem, więźniowie, którym wolno przyjmować gości, idą, powłócząc nogami, do telefonu z ich numerem. Osadzeni i odwiedzający siadają i sięgają po słuchawki telefoniczne.
Siedzi się zaledwie metr od siebie. Nie można się dotykać - tylko raz w roku da się uzyskać pozwolenie na „widzenie z kontaktem fizycznym". Nie wszyscy jednak je otrzymują.
Niemiec Gordon Koschwitz - którego skazano na śmierć za morderstwo i który przebywał w więzieniu Bangkwang - ani razu nie mógł dotknąć żony, nie mówiąc już o potrzymaniu jej za rękę. Mimo że jego żoną była tajska tłumaczka, a pobrali się w Bangkwang. Kierownictwo więzienia nie robi wyjątków - ale Koschwitzowi teraz i tak już to obojętne. Cały czas twierdził, że nie zabił Szwajcara w Chiang Mai. Akt oskarżenia był pełen luk i sprzeczności. Ostatecznie karę śmierci zamieniono na karę więzienia. Kilka miesięcy temu przewieziono go do Niemiec, gdzie ma odbyć resztę kary.
Wielu osadzonych opuszcza Bangkwang dopiero w trumnie. Liczni umierają z powodu infekcji, niektórzy giną w niewyjaśnionych okolicznościach albo podczas bijatyki. Są tacy, którzy sami odbierają sobie życie.
Karę śmierci wykonuje się w Tajlandii niezwykle rzadko. W 2009 roku Tajlandia znalazła się jednak wśród 18 państw, w których
stracono skazanych.
Dwóch tajskich handlarzy narkotykami wypuszczono z celi zaledwie godzinę przed śmiercią. Mogli jeszcze po raz ostatni porozmawiać krótko przez telefon ze swymi bliskimi. Potem wprowadzono im truciznę do żył.
W czasie odwiedzin w Bangkwang panuje ożywiony ruch. Osadzeni i ich goście mają dla siebie pół godziny, raz albo dwa razy w tygodniu. Wiele osób spotyka się regularnie i nawet w skrzydle śmierci słychać śmiechy. Piękny zielony ogród, który widać z korytarza dla odwiedzających, w żadnym razie nie wygląda jak ogród przed jedynymi w Tajlandii celami śmierci. Jednak za tym niepozornym drewnianym budynkiem znajduje się zamknięty świat - świat rozpaczy i nędzy.
Centralne Więzienie Bangkwang dla mężczyzn początkowo planowano dla tysiąca osadzonych. Dziś przebywa w nim 8 tys. osób. Cele są beznadziejnie przepełnione. Światło pali się tu całą dobę. Ten, kto ma trochę pieniędzy i zna zasady gry, może sobie kupować pewne „swobody". Na przykład odsiadywanie wyroku w celi, w której da się zgasić światło i w której będzie miał nieco więcej miejsca, gdzie leżąc w łóżku, będzie mógł wyprostować nogi. Dla osadzonych w Bangkwang to luksus. W końcu tu zamyka się skazanych za najcięższe przestępstwa.
Większość cudzoziemców
trafia do drugiego największego więzienia Bangkoku - Klongprem - lub do więzień na prowincji. Wśród nich jest czterech Niemców: pedofile, fałszerz paszportów i złodziej samochodów. Inni czekają na powrót do Niemiec w areszcie deportacyjnym Suanplu. To wielopiętrowy budynek w centrum Bangkoku - w 2006 r. zmarł tam niemiecki arystokrata Christoph von Hohenlohe. Dopuścił się sfałszowania w paszporcie stempla wizowego. Pomimo nacisków dyplomatycznych na najwyższym szczeblu, władze Tajlandii okazały się nieugięte. Książę zmarł po dziesięciu dniach w areszcie, opisanym przez Amnesty International jako „brutalny i haniebny".
Ostatnią nadzieją wielu osadzonych jest ułaskawienie przez wielbionego w Tajlandii monarchę Bhumibola Adulyadeja, który w listopadzie 2009 roku zezwolił na powrót do ojczyzny Polakowi Michałowi Pauli. Paula - jak sam później tłumaczył - został zwabiony w pułapkę przez policjantów z wydziału narkotykowego. Najpierw skazano go na śmierć, a potem karę zamieniono na dożywocie. Ten dziś już 39-letni mężczyzna walczył w Bangkwang o sprawiedliwość.
Wizytę w drugim głównym więzieniu Bangkoku - Klongprem - po odwiedzinach mrocznego Bangkwang można porównać do wiosennej przechadzki. W Klongprem przebywa około 20 tyś. więźniów - w tym kobiety z więzienia Lardyao. W Klongprem grywa się nawet w piłkę nożną. Wielu zamożniejszych „stałych bywalców" wynajęło sobie „chatki", w których sami mogą sobie gotować. Dla większości odbywających karę Tajów to niewyobrażalny luksus.
Jeśli obcokrajowiec nie ma pieniędzy, otrzymuje wsparcie finansowe z ambasady. Około 100 dolarów miesięcznie wystarcza na królewskie życie. Świeże owoce i czasami mięso z więziennego sklepiku. Ten, kto ma pieniądze, może też zamawiać dania w więziennej restauracji - posiłek kosztuje około dolara. To frykasy w porównaniu ze zwykłym więziennym wiktem, który stanowi bliżej nieokreślona ryżowa breja z dodatkiem warzyw i odrobiną mięsa.
Życie więzienne szybko obrzydło Davidowi McMillanowi, mającemu podwójne obywatelstwo (brytyjskie i australijskie) przemytnikowi narkotyków, który jako jedyny obcokrajowiec zdołał uciec z Klong-prem. W książce pt. „Escape" („Ucieczka") McMillan dostał swoją historię, jak w sierpniu 1996 r. przepiłował kraty, przeszedł przez cztery mury wewnątrz i jeden zewnętrzny, a cztery godziny potem siedział z fałszywym paszportem w ręku w samolocie do Singapuru. McMillan dostał karę śmierci i groziło mu przeniesienie do Bangkwang, co zmotywowało go do tego wyczynu. W Tajlandii McMillan jest poszukiwany listem gończym, ale żyje sobie spokojnie z żoną i dwójką dzieci w Anglii, gdzie obowiązuje zakaz ekstradycji do krajów stosujących karę śmierci.
O tajskich więźniów troszczy się kilka organizacji. Niektórzy ze skazanych padają ofiarą korupcji
w systemie sprawiedliwości.
Inni żałują popełnionych przestępstw. Wydaje się nieprawdopodobne, aby stracono tu skazanego na śmierć obcokrajowca. Jednak za murami Bangkwang śmiertelny strach jest na porządku dziennym. O tym właśnie pisał „ostatni tajski kat" - Chavoret Jaruboon - w książce „Wspomnienia ostatniego kata Tajlandii".
Chavoret pisze o swoim „patriotycznym obowiązku", by zlikwidować „szumowiny w kraju" oraz że ręka mu nie drgnęła, gdy wykonywał wyrok na zabójcach dzieci, którzy krótko przed śmiercią skowy-czeli o ułaskawienie. Żadna książka nie mówi więcej o życiu w osławionym tajskim więzieniu Bangkwang, a jednak podczas lektury w wielu momentach można się uśmiechnąć. Nawet w Bangkwang, które dla wielu jest stacją docelową, życie toczy się dalej, (as)
DANIEL KESTENHOLZ BANGKOK
Źrodlo: ANGORA-PERYSKOP nr 38, wrzesień 2010)