Nie bój się blasku PDF Drukuj Email
Ciekawostki - Obserwacje
Wpisał Anita Szarlik   
Czwartek, 29. Styczeń 2009 21:04
  • Za piękni, za mądrzy, za zdolni, aby się z nimi porównywać, ale także związać. Boimy się ideałów. Wolimy ich od razu wykluczyć z naszego grona. Problem w tym, że oni bardzo pragną naszego uznania
„Była bardzo, ale to bardzo piękna. Miała długie, jedwabiste włosy, a cerę jak mleko z miodem. Znakomicie się uczyła, była też świetna w różnych sportach. Zawsze dla wszystkich bardzo miła. Naprawdę niezwykła osoba. Ale nie miała przyjaciół i wszędzie chodziła sama"*.
Madonna wie, co mówi, a raczej pisze w swojej słynnej książce dla dzieci. Bycie „naprawdę niezwykłą osobą" ma swoje konsekwencje. Ludzie zbyt ładni, zbyt zdolni, zbyt dobrze urodzeni budzą podziw, ale nie chęć bycia naprawdę blisko nich. - Boimy się, że nie doskoczymy do ich poziomu, że zostaniemy przyćmieni ich blaskiem, że oni i tak nie chcieliby mieć z nami, szarakami, nic wspólnego. Nie chcemy się z tym konfrontować. I na wszelki wypadek zamykamy im przed nosem drzwi - mówi psycholog Magdalena Małkiewicz-Borkowska z ośrodka terapii MABOR. Księżniczka! Tak w środowisku modowym mówi się o Barbarze Czartoryskiej, fotografce i stylistce. „Niedostępna, wyniosła, jak za szybą". Rzeczywiście, już na pierwszy rzut oka w Basi jest coś onieśmielającego. Uroda? Sposób ubierania się? Maniery? A może właśnie świadomość, że jest z tych Czartoryskich? -
- Wiele osób od razu szufladkuje mnie jako arystokratkę, która musi płynnie mówić po francusku, grać na pianinie, no i na pewno zadzierać nosa. Od razu chcą pokazać, że wcale nie jestem taka wspaniała - mówi Barbara Czartoryska. Tak było w szkole, gdzie bez żadnego racjonalnego powodu denerwowała niektóre nauczycielki (do tej pory pamięta przykre uwagi z ich ust). Tak było, gdy jako nastolatka czekała na to, by na imprezie ktoś do niej zagadał (nie wiedząc, że to reszta czekała, aż Basia do nich podejdzie i przywita się ze znajomymi). Tak jest i teraz, gdy jest matką trójki dzieci. Ostatnio nie mogła przyjść na jakieś spotkanie. Usprawiedliwiła się „sprawami rodzinnymi". Wtedy jedna z dalszych znajomych prychnęła: „Wiadomo, Czartoryscy!". - A ja po prostu miałam wywiadówkę syna - mówi Basia. Przez pewien czas ukrywała nawet, jak się nazywa, przedstawiając się nazwiskiem byłego męża. Nie chciała być obiektem zazdrości, zawiści, agresji. Długo myślała, że niczemu nie jest winna. Że to inni mają problem z nią, a nie ona z nimi. Dopiero niedawno zaobserwowała swojego syna, który na kinderbalu stał z dala od innych dzieci. W pewnym momencie podszedł do niego jego kuzyn. Zagadywał go, żeby się pobawili, poszli nad rzekę, pojeździli na rowerach. Ale Antek cały czas był naburmuszony, opryskliwy, odpowiadał półgębkiem. - Zapytałam go później, dlaczego był wobec tego chłopca taki wyniosły. Nie wiedział, o czym mówię, l ja mu uwierzyłam. Zobaczyłam w nim siebie. Też pragnęłam akceptacji innych, ale nie wiedziałam, jak się do tego zabrać - mówi Basia.
„Była taka cisza, że usłyszelibyście nawet dźwięk upuszczanej szpilki. - Chyba bardzo się pomyliłyśmy - bąknęła Grace"*.
Słyszeliście o efekcie aureoli? Badania pokazują, że osobom atrakcyjnym fizycznie jesteśmy skłonni przypisywać szereg innych pozytywnych cech, takich jak mądrość, dobroć, pracowitość. Dlaczego więc piękni ludzie tak często narzekają na ostracyzm społeczny? Czy to zazdrość? A może aureola świeci za mocno? - Bardzo przystojni mężczyźni i bardzo piękne kobiety rzeczywiście mają łatwiej, ale tylko na początku. Później wymaga się od nich dużo więcej i szuka w nich zalet, których nie mają. To rozczarowuje. I obraca się przeciwko nim - mówi psycholog Magdalena Małkiewicz-Borkowska.
Zabójczo przystojny. Do tego miły, inteligentny, dobrze zarabiający. Specjalista od wymyślania nowych marek: od sklepu z meblami, przez pismo dla kobiet, po napój energetyzujący. Interesujący się psychologią poznawczą, biologią, chemią. Płynnie mówiący kilkoma językami. Tworzący kosmetyki według własnych receptur. Szykujący się na międzywydziałowe studia doktoranckie w Stanach Zjednoczonych. Za dużo tego dobrego! „Pan jest niewiarygodny", usłyszał na jednym ze służbowych spotkań, gdy chciał pokazać, co potrafi. Wiktor Koszewski postanowił więc skrócić swoje CV do kilku punktów. Dopiero wtedy szefowie wielkich firm zaczęli go traktować poważnie. - Postanowiłem mówić o sobie jak najmniej. Działało. To był mój sposób na kontrolowanie sytuacji - przyznaje Wiktor. Niestety, te same uczucia wzbudzał poza pracą. A tu kontrola na niewiele się zda. „Za przystojny!", „Za inteligentny!", „Zbyt szczęśliwy!". Koledzy brali go na przynętę do klubów. Zwracał uwagę, ale to oni podrywali dziewczyny. Miał mnóstwo znajomych, ale niewielu przyjaciół. Ale nawet ci się zastanawiali, dlaczego ktoś taki jak Wiktor chce się z nimi spotykać. „Człowieku, jaki ty możesz mieć problem?", mówili. - Największą trudność miałem z budowaniem związku. Cały czas dochodziło do tej samej awarii. Najpierw byłem stawiany na piedestale, potem każda odkryta wada była dla tej drugiej strony tym większym rozczarowaniem. Rozstawaliśmy się bardzo szybko - przyznaje szczerze Wiktor. Nie chciał zawodzić. Więc jeszcze bardziej się starał, byle tylko zasłużyć na czyjeś uznanie, czyjąś miłość, l jeszcze bardziej oddalał się od „nieidealnej" reszty. Poszedł na psychoterapię grupową. - Dopiero tam się otworzyłem, zrozumiałem, że mogę sobie pozwolić na porażkę, na bycie niedoskonałym w jakiejś dziedzinie - przyznaje. Pamięta dzień przełomu. - To było kilka miesięcy od rozpoczęcia terapii. Jechałem autobusem. Rozejrzałem się wśród ludzi, którzy siedzieli koło mnie. I poczułem, że jestem taki sam jak oni. Ani lepszy, ani gorszy - mówi Wiktor. Nie wie, na czym polegała ta przemiana. I od kilku miesięcy jest w szczęśliwym związku.
„Najpierw zaprosiły ją na podwieczorek, potem zaczęły razem chodzić do szkoły, a wkrótce już wspólnie odrabiały zadania domowe"*.
Anna nie chce podawać swojego nazwiska. Nie chce się kreować na kobietę doskonałą. Wystarczy, że przez lata była cudownym dzieckiem. Wysoka brunetka o niezwykłej, chłodnej urodzie. Równie dobrze mogłaby być modelką. Członkini Mensy, czyli organizacji ludzi o ponadprzeciętnej inteligencji. Matematyczny geniusz. I świetna wiolonczelistka. W szkole nauczyciele się nią zachwycali, ale dzieci ją odrzucały. Przychodziły do niej na urodziny, ale potem obgadywały. Wkurzała je częstym przechwalaniem się. Co ciekawe, nie tym, w czym naprawdę była dobra. „Twierdziła na przykład, że genialnie gotuje, tańczy albo że jeździ na najfajniejsze wakacje. Same bzdury!", wspominają dorośli dziś ludzie. - Starałam się zaimponować moim znajomym tym, co mi się wydawało atrakcyjne u nich. W tym, że jestem dobra z matematyki czy że słyszę każdy fałsz, nie widziałam nic nadzwyczajnego - mówi dziś Anna. Przez lata była samotna. Mężczyźni podchodzili do niej tylko wtedy, gdy byli pijani. Na trzeźwo nie mieli odwagi, onieśmielała ich swoją urodą. Ona sama uważała, że jest z nią coś nie tak.

Czy w ogóle można zburzyć taki mur? Czy można się wkupić w łaski zwykłych przeciętniaków, będąc nieprzeciętnym? Według Magdaleny Małkiewicz-Borkowskiej jest to możliwe. I jak najbardziej wskazane dla obu stron. - Zwykle koncentrujemy się na tym, co w danej osobie jest najbardziej widoczne, najbardziej błyszczące. Ten blask nas oślepia i nic poza nim nie widzimy - mówi psychoterapeutka. Wszyscy widzą, że ta osoba jest piękna i ma wysokie IQ. Ale jakie ma poczucie humoru? Jaki ma gust muzyczny, filmowy, literacki? Jakim jest przyjacielem? - Dlatego dobrze jest spojrzeć na daną osobę także pod innym kątem. Takim, z którego widać inne, ciemniejsze lub bardziej kolorowe strony - tłumaczy Małkiewicz-Borkowska. Będzie to prostsze, gdy ci wyjątkowi zmienią trochę kąt padania światła i przestaną wyłącznie oślepiać. Anna zdała na reżyserię dźwięku, prestiżowe studia, gdzie był wymagany i talent matematyczny, i muzyczny. Poczuła się bezpieczniej. Tu nie odstawała swoimi zdolnościami, była też jedną z niewielu dziewczyn. Pewnego dnia za konsoletą dostrzegła chłopaka, który wydał jej się sympatyczny. Sama do niego podeszła. Zaczęli rozmawiać o zbliżającym się nagraniu. Pomyślała, że mógłby być jej mężem.

„I wiecie co? Tak właśnie się stało. Jeśli mi nie wierzycie, możecie się sami przekonać. Przecież tego nie zmyśliłam"*.

ANITA SZARLIK
współpraca:
KATARZYNA BŁAZUK

* Fragmenty książki dla dzieci „Angielskie różyczki" autorstwa Madonny.