JEJ PIOSENKI ŚPIEWAŁA CAŁA POLSKA. PRZED SZESNASTOMA LATY WYJECHAŁA DO USA. TERAZ KASIA SOBCZYK WRÓCIŁA DO KRAJU. BY WALCZYĆ O ŻYCIE.
Dziewczęca, zawsze uśmiechnięta, po prostu śliczna. Publiczność ją uwielbiała. Nagrania: "Mały książę", "O mnie się nie martw", "Trzynastego", "Nie bądź taki szybki Bill" czy "Biedroneczki są w kropeczki", biły rekordy popularności. Występowała m.in. z zespołami Czerwono-Czarni i Wiatraki. Potem rozpoczęła solową karierę. Koncertowała nie tylko w Polsce. Na początku lat 90. wyjechała do USA na roczny kontrakt. I została.
Tak naprawdę ma na imię Kazimiera. Ale musiała je zmienić. - Bo jak na scenie mieli na mnie wołać? - pyta. - Kazia? Zmieniłam, więc Kazię na Kasię i od razu się to imię przyjęto.
Spotykamy się w centrum Warszawy. Przychodzi ze swoim przyjacielem, Edwardem Hulewiczem. Jak zwykle pogodna, czarująca, rozgadana. W dłoniach niesie piękny bukiet kwiatów. - To od ministra kultury - mówi.
- Byliśmy na oficjalnym spotkaniu - tłumaczy Edward Hulewicz. - Było to przywitanie po latach. Kasia w tym roku obchodzi jubileusz - 45-lecie pracy artystycznej. Z tej okazji, na wniosek Fundacji Kultury i Edukacji Europejskiej "Alfa-Omega", której dyrektorem artystycznym jest jej menedżer, Anna Kryszkiewicz, otrzymała nagrodę specjalną.
- Nie było mnie tutaj szesnaście lat. Ale zawsze miałam nadzieję, że wrócę. Ja tam tak naprawdę nie mieszkałam. Przebywałam.
Urodziła się w Tyczynie na Podkarpaciu, Kiedy miała dwa lata, wyjechała wraz z rodzicami do Sianowa, a trzy lata później przeniosła się do pobliskiego Koszalina. Tam skończyła szkołę podstawową i średnią. Ale pierwsze piosenki śpiewała już w przedszkolu, w Sianowie.
- Miałam dwa i pół roku. Występowałam w przedstawieniu "Pajacyk i Laleczka". Ja byłam Laleczką. To był mój debiut. I od razu sukces.
Potem występowała w szkole podstawowej. Siostra nauczyła ją grać na gitarze. Śpiewała i sama sobie akompaniowała na różnych akademiach i amatorskich festiwalach. Podobnie było w szkole średniej. Zawsze z gitarą. Występowała też w balecie.
Miała szesnaście lat, gdy postanowiła, że będzie piosenkarką. - Dowiedziałam się, że zespół Czerwono-Czarni jeździ po kraju i szuka młodych talentów. A ja miałam już dość duże doświadczenie estradowe. To był rok 1963. Zgłosiłam się do tego konkursu, kiedy zespół przyjechał do Koszalina. Po odejściu Heleny Majdaniec nie mieli wtedy solistki. Od razu przypadłam im do gustu. Zaprosili mnie na trasę koncertową.
Nie ukrywa, że się bała. Chodziła jeszcze do szkoły. Uznała jednak, że to ogromna szansa. Pojechała. Koncertowała wspólnie z zespołem przez dwa tygodnie. Na pożegnanie powiedzieli jej: "Do zobaczenia na Festiwalu Młodych Talentów".
Po dwóch miesiącach pojechała do Szczecina i wystąpiła w festiwalowej rywalizacji. Zakwalifikowała się do złotej dziesiątki. Wtedy Czerwono-Czarni zaproponowali jej dalszą współpracę, i tak została ich solistką.
Decyzja nie była łatwa. Ale ona kochała śpiewać. Maturę zdawała eksternistycznie. Chciała potem studiować. Zdała nawet egzamin na PWSP we Wrocławiu. Nie pojechała jednak na zajęcia.
Nie miała czasu.
- Życie muzyczne pochłonęło mnie w całości. Mieliśmy mnóstwo koncertów.
Przekonuje, że nigdy do głowy nie uderzyła jej woda sodowa - Ciągle stąpałam po ziemi. Byłam przyzwyczajona do popularności. Byłam tylko bardzo zmęczona.
W 1963 roku do zespołu dołączył Henryk Fabian. I od razu zakochali się w sobie. W tym samym roku wystąpiła jako młody talent na festiwalu w Opolu. - Nie brałam udziału w konkursie, lecz stanowiłam swego rodzaju ciekawostkę. Zaśpiewałam "Wyznania o zmroku".
Rok później brała już udział w festiwalowym konkursie i wygrała piosenką "O mnie się nie martw". W 1965 roku znów pojechała do Opola z utworem "Nie wiem, czy to warto" i zdobyła kolejną nagrodę. W 1966 roku z grupą artystów wyjechała pierwszy raz do USA.
- Pamiętam jak dziś, to był marzec, płynęliśmy z Gdyni "Batorym" - wspomina. - Wszyscy przeżyli chorobę morską. Była ze mną Ania German i jakoś razem z tego wyszłyśmy. To było wspaniałe tournee po Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Program był znakomity, a Polonia zachwycona. Tournee przedłużyło się i w 1966 roku nie dotarłam na opolski festiwal.
Występowała także na festiwalu w Sopocie. - Do Opery Leśnej powinnam była pojechać z piosenką "O mnie się nie martw" - opowiada. - Dowiedziałam się jednak, że mam śpiewać dwa inne utwory. Nie miałam z nimi nic wspólnego. Ale tak wtedy było, wyznaczano i koniec. Musiałam szybko się uczyć. Zaśpiewałam m.in. "Biedroneczki są w kropeczki". Wcześniej ten utwór wykonywała Danuta Rinn i Bogdan Czyżewski. Musieli być na mnie wściekli. Ale cóż było robić. Otrzymałam wyróżnienie, sześć razy się kłaniałam, bo nie wolno było bisować.
Wtedy też otrzymała od Bruna Cocatriksa propozycję występu w paryskiej Olimpii. - Zaproponował mi także półroczny pobyt w szkole w Paryżu. Ale ja byłam zakochana i nie wyobrażałam sobie żadnego wyjazdu. To była wielka szansa, ale miłość była ważniejsza. Wiele osób mnie namawiało, lecz nie ugięłam się. Dalej występowałam z Czerwono-Czarnymi.
W 1969 roku wraz z mężem Henrykiem Fabianem odeszła z zespołu do grupy The Samuels. Później, do 1971 roku występowała z zespołem Wiatraki Ryszarda Poznakowskiego, który wcześniej skomponował dla niej m.in. "Trzynastego". Do dziś nie wie, dlaczego ten zespół się rozpadł. - Wraz z Henrykiem zaczęłam jeździć po kraju z recitalami. Nie byłam związana z żadnym zespołem. Takie estradowe tournee odbywałam przez wiele lat. To były koncerty składanki, na których śpiewali różni wykonawcy. Występowałam m.in. z Ewą Bem, Zdzisławą Sośnicką, Elą Igras, Ewą Snieżanką, Zbyszkiem Woedeckim. To trwało właściwie do mojego wyjazdu do Ameryki.
Jak sama przyznaje, rzadziej ją można było wtedy zobaczyć w telewizji czy usłyszeć w radio. Nie nagrywała nowych piosenek. Ale nie miała na to wpływu. Zresztą dotknęły ją osobiste problemy. - Martwiłam się o mój związek, nie myślałam o nagraniach, lecz o tym, aby utrzymać małżeństwo. Niestety, nie udało się. Rozsypało się podczas naszego pobytu w USA. Ameryka źle wpłynęła na mojego Henryka.
Długo walczyła o ten związek. - On jednak chodził swoimi ścieżkami. Zmienił się. Taki syndrom wolności samca. Dodaje, że nie przeszkadzało jej, że zniknęła z show-biznesu. - Miałam świadomość, że jak wejdę do studia, to od razu nadrobię, naprawię ten niedosyt i że będzie kolejny przebój.
Przekonuje, że choć nie było łatwo,
dało się jakoś żyć.
Wciąż występowała na polskiej estradzie, koncertowała też w USA. W 1986 roku, wraz z kolegami z dawnego zespołu Czerwono-Czarni zaśpiewała w sopockim amfiteatrze w koncercie Dinozaurów Polskiego Rocka zatytułowanym Old Rock Meeteing.
Dalej koncertowała w kraju. - Nie chciało mi się nagrywać. Naszło mnie jakieś zobojętnienie. Wiem, że nie powinnam się tak zachowywać, ale tak było. Brakowało mi menedżera, którego nigdy nie miałam.
Przekonuje, że w swoim życiu nie odczuła zmian, które dokonały się w Polsce. Uznała jednak, że powinna zmienić klimat, że chce wyjechać do Ameryki. Otrzymała propozycję rocznego kontraktu na występy w Chicago. - Jechałam z zamiarem, że wrócę po roku. Śpiewałam w klubach. Ale jak zobaczyli, że tam jestem, to pojawiły się kolejne propozycje - w Nowym Jorku i w Kanadzie. Nawet intratne. Odwiedziłam w sumie wiele miast, wszędzie śpiewałam dla Polonii. Tam trudno jest zrobić karierę. Trzeba mieć ogromne pieniądze. I gdybym była młodsza...
Przez, kilka lat występowała prawie bez przerwy. Recitale, nowe programy. Nagrała dwie płyty, na których znalazły się zarówno stare, jak i nowe utwory.
Pierwsza, zrealizowana z Jackiem Kaflem nosiła tytuł "Ogrzej mi serce". Drugą, pt. "Niewidzialne" nagrała z Andrzejem Gostkiem. Towarzyszyli jej znani chicagowscy muzycy - Tomasz Ciastko i Włodzimierz Wander. - Ludzie chcieli mnie słuchać. Oczywiście, wśród nagrań musiał znaleźć się "Mały Książę", bo mówiono, że jak go nie będzie, to płyty nie kupią.
Po kilku udanych latach nadszedł gorszy okres. Przestała występować. - Lenistwo zrobiło swoje. Nic mi się nie chciało. Nie wiem, dlaczego nie wróciłam wtedy do kraju.
Pewnego dnia poczuła małe zgrubienie na piersi. Od lekarzy dowiedziała się, że ma guzka. Nowotwór. Trafiła pod chirurgiczny nóż. Operacja na szczęście się udała.
- Z pewnością na rozwój choroby nie były obojętne moje problemy, stresy, płacz. Życie człowieka prostuje. Każdy polski artysta powinien pomieszkać trochę w Stanach.
Zmieniła mieszkanie, aby czuć się swobodniej, być pod opieką przyjaciół. Nie chciała jednak, aby ją utrzymywali. Zaczęła więc szukać jakiejś pracy. Znalazła. W motelu. Przez dwa lata pracowała jako pokojówka.
Niestety, choroba wróciła. Tym razem okazało się, że ma polipa na strunach głosowych. - Od razu rzuciłam papierosy. Niestety, nie mogłam śpiewać. Spotykałam się jednak czasem z publicznością w klubach. Ale choroba się rozwijała. Miałam przerzut na węzły chłonne.
Rozpoczęła walkę o życie. Chemioterapia i w perspektywie operacja. Bardzo się bała, ale nie amputacji piersi, lecz, że nie obudzi się po narkozie. - Leczyłam się ziołami. Poprawy jednak nie było. W lipcu tego roku miałam mieć operację. Ale nie dali żadnych lekarstw, nic. A rak się rozwijał. I pod wpływem znajomego lekarza zdecydowałam, że wracam do Polski. Przekonywał, że tu są znakomici onkolodzy.
Zwróciła się do dr Barbary Bauer-Kosińskiej z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej warszawskiego Centrum Onkologii. Kontakt nawiązała dzięki dawnej przyjaciółce, Halinie Frąckowiak. Do Polski wróciła pod koniec czerwca. Zabrała ze sobą tylko
dwie walizki.
Resztę mają jej dosłać przyjaciele.
- Ja już tam nigdy nie polecę. W Polsce od razu poczułam się lepiej. Jakby mniejszy ból. Tak się ucieszyłam z powrotu do kraju. Teraz chodzę na badania. Będę walczyć o życie.
W Warszawie zatrzymała się u przyjaciółki, Elżbiety Igras. Ale wcześniej była już w Koszalinie. Odwiedziła Sergiusza Fabiana, swojego syna. Była też u mamy, która teraz mieszka w Kołobrzegu. Ma 93 lata.
Polskę odkrywa na nowo. Zachwyca się zmianami.
Wizyta w Ministerstwie Kultury nie była tylko kurtuazyjna. Otrzymała nagrodę i pomoc finansową. Wszak chwilowo otrzymuje tylko emeryturę, jeszcze nie zarabia. I nie ma mieszkania. Ale i ten problem został szybko rozwiązany. Kilka dni temu, dzięki pomocy Anny Kryszkiewicz, prezydent Koszalina przydzielił jej lokal komunalny. I choć na forum internetowym "Głosu Koszalińskiego" można przeczytać słowa sprzeciwu - "dlaczego inni czekają, a ona nie", to chyba jest oczywiste, że dawnej gwieździe, legendzie polskiej piosenki, trzeba pomóc. Zwłaszcza że przed nią poważna operacja.
Mimo problemów, choroby, uważa się za kobietę szczęśliwą. Ma ambitne plany na przyszłość. Chce nagrać płytę. I wystąpić z synem Sergiuszem i jego grupą. - Chciałabym z nimi pracować. A także z moimi dawnymi przyjaciółmi. Na pewno chcę śpiewać. Polip się usunie. Mam jeszcze sporo do zrobienia.
TOMASZ GAWIŃSKI
Źródło tekstu: ANGORA nr 32 (10.08.2008)