Dziewczyna z mostu Drukuj Email
Czytelnia 1 - Fantazja?
Wpisał B. D. Benedikt   
Poniedziałek, 25. Sierpień 2008 15:55

 

Generał Andersen ze złością położył słuchawkę na widełki i zaklął półgłosem, co nie było jego zwyczajem. Krótko popatrzył na zapadający za oknem zmrok, na szyby, po których spływały wielkie krople jesiennej ulewy, a następnie zwrócił się do żony:
- Generał Patterson rozkazał mi natychmiast wracać do Omaha - poinformował. Jakiś ważny członek Kongresu chce nas zobaczyć jutro o dziesiątej rano. W związku z tym, moja droga, musimy natychmiast się spakować i ruszać w drogę.
- To chyba najgorszy urlop, jaki kiedykolwiek mieliśmy? - skomentowała żona, odkładając na bok robótkę na drutach. Prawie cały tydzień lało, a teraz jeszcze i obowiązki służbowe!

Generał Andersen nic nie odpowiedział. Nabił fajkę i spakował najpotrzebniejsze rzeczy. Wyjechali z letniego domku około pół do dziesiątej. Do Omaha, które leży w Nebrasce tuż na granicy stanu Iova, trzeba jechać samochodem co najmniej trzy godziny, a pogoda była nie najlepsza.

Około pół do jedenastej przejechali przez miasteczko Logan i zbliżali się do konstrukcji żelaznego mostu na rzece Boyer. Wciąż jeszcze padał deszcz, ale nieco mniejszy. Z radia dochodziła cicha muzyka słynnej w owym czasie murzyńskiej grupy "The Plat-ters". Była to bezpośrednia transmisja ich wieczornego koncertu w Omaha. Był rok 1959.

Nagle Anderson zaczął hamować, co wytrąciło z drzemki siedzącą na przednim siedzeniu żonę. Na środku pustej, mokrej szosy przy samym wjeździe na most stała młoda dziewczyna. W światłach reflektorów wydawała się jakby przezroczysta. Podeszła do ich "Dodge'a" z prawej strony, dokładnie w tym momencie, gdy pani Anderson otworzyła okno.
- Hej! - powitała ich dziwnym, zachrypniętym głosem, który był podobny do głośnego szeptu. Mieszkam kilka mil stąd, czy moglibyście mnie zawieźć do domu?
- Oczywiście! - zgodził się natychmiast Anderson.

Jego żona otworzyła drzwi i pochyliwszy się wraz z oparciem do przodu umożliwiła dziewczynie wejście do ich dwudrzwiowego kabrioletu. Deszcz padał dalej bębniąc o płócienny dach. Dziewczyna siedziała sztywno wpatrując się milcząco w prawą szybę. Podczas jazdy Andersen kilkakrotnie spoglądał w lusterko zerkając na dziwnie bladą twarz dziewczyny. Nie mogła mieć więcej niż 18 lat i gdyby doprowadziła się do porządku, byłaby prawdziwą pięknością. Andersenowi przeszkadzała specyficzna biel jej twarzy. Poczuł się nieswojo, bo przypomniał sobie twarz innej młodej dziewczyny, która utopiła się przed trzema laty, a on brał udział w nieudanej akcji ratowniczej.
- Lubi pani "Plattersów"? - zapytał chcąc przerwać nieprzyjemną atmosferę.
- Przeszkadza mi to radio - powiedziała dziewczyna zamiast odpowiedzi. Andersen spojrzał na żonę, która natychmiast zgasiła radio. Sądząc po dziwnym wyglądzie nieznajomej i jej poważnym głosie oboje wywnioskowali, że jest ona albo chora, albo zdarzyło się coś bardzo nieprzyjemnego.
- Teraz proszę skręcić w prawo - powiedziała dziewczyna.

Anderson posłuchał. Droga prowadziła do prywatnej posiadłości, a właściwie rancza. Wkrótce przejechali bramę z nazwą rancza i zbliżyli się do wielkiego białego domu w stylu kolonialnym. Było oczywiste, że mieszkają tu milionerzy. Anderson odwrócił się chcąc zobaczyć reakcję dziewczyny, ale ona siedziała bez ruchu.
- Chce pani, bym zawiadomił rodziców? - zaoferował myśląc, że źle się czuje.
- Bardzo proszę - powiedziała dziewczyna nie spuszczając wzroku z domu. ,

Anderson chwycił za klamkę i chciał wysiąść, ale przedtem zapytał:
- Co mam powiedzieć? Nawet nie wiem, jak masz na imię?
- Proszę powiedzieć mojemu ojcu, że przywiózł pan Lony, jego córkę.

Generał skinął głową i wysiadł. Przebiegł parę kroków i znalazł się pod rozłożystym dachem podtrzymywanym przez cztery białe kolumny. Zanim poruszył ciężką kołatkę, sprawdził okna na pierwszym piętrze. Tylko dwa były oświetlone. Po dwóch minutach, które wydały mu się nieskończenie długie, w uchylonych drzwiach wejściowych pojawiła się posiwiała głowa Murzyna, który przyglądał się mu z zaciekawieniem.
- Jestem generał Anderson! - przedstawił się, choć było to widać po dystynkcjach na zielonym mundurze. W moim samochodzie znajduje się dziewczyna, która twierdzi, że ma na imię Lony i że tutaj mieszka. Czy mogę widzieć się z jej ojcem? Murzyn wyraźnie zdziwiony rozdziawił usta i w tej komicznej pozie stał kilka chwil, następnie otworzył szerzej drzwi i wpuścił gościa do środka. Andersen znalazł się w obszernym, wspaniałym hallu...
- Co się stało? - usłyszał głos starszego człowieka, który schodząc po schodach, zawiązywał pasek bordowego szlafroka z ciężkiego jedwabiu.
- Ten pan - wymamrotał Murzyn - chce pana widzieć, sir! ..
- Generale! - skinął głową gospodarz i stanął przed nocnym gościem.
- Roy Andersen, sir! - przedstawił mu się generał i wyciągnął rękę. Na zewnątrz w moim samochodzie została moja żona i pewna młoda dziewczyna, która twierdzi, że jest pana córką. Ma na imię Lony. Zabraliśmy ją przed samym wjazdem na most. Ma na sobie tylko letnią sukienkę, to nie najlepszy ubiór na taką pogodę!
- Tak, oczywiście zgadzam się z panem - powiedział gospodarz dziwnym głosem. Czy mogę ją zobaczyć? - ożywił się nagle.
- Oczywiście, siedzi na tylnym siedzeniu. Gospodarz wyjął z szafy parasol i wyszli na zewnątrz. Przeszli dziesięć kroków do samochodu. Silnik cicho pracował, wycieraczki zgarniały wodę. Jednocześnie pani Anderson otworzyła okno z prawej strony...
- Gdzie dziewczyna? - zapytał zaskoczony Anderson. Żona odwróciła się nagle i znieruchomiała w tej pozycji.
- Ależ... to niemożliwe! - buntowała się cicho - przecież pół minuty temu jeszcze rozmawiałyśmy!

Podniecona niecodzienną sytuacją zapaliła światło w samochodzie. Tylne siedzenie było nie tylko puste, ale i suche. Skonsternowani małżonkowie nie wiedzieli, jak wytłumaczyć staremu człowiekowi najazd na prywatną posiadłość i zakłócenie spokoju. On natomiast uśmiechał się do nich, patrząc trochę smutno, ale wyrozumiale.
- Proszę wejdźcie państwo do mnie na chwilę - poprosił - wypijemy wspólnie gorącą herbatę.

Po takich przejściach była to bardzo dobra propozycja i oboje przyjęli ją bez wahania.
- Ależ - tłumaczył się generał Andersen wchodząc ponownie do hallu - nie wiem, co mam powiedzieć. Nie jesteśmy przecież dziećmi - usprawiedliwiał się przed gospodarzem. Przysięgam, że zabraliśmy tę dziewczynę na moście i przywieźliśmy ją przed pana dom!
- Proszę się uspokoić generale! - pocieszał go stary człowiek. Ja państwu wierzę, a to dlatego, że to rzeczywiście była moja córka Lony. Jednocześnie muszę państwa w jej imieniu przeprosić. Nie po raz pierwszy moja córka kpi sobie z niewinnych podróżnych, niektórzy przeżyli prawdziwy szok.

Anderson pomyślał, że może dziewczyna jest nieco szalona, ale niezwykle utalentowana i świetnie opanowała magiczne triki.
- W jaki sposób, na Boga, potrafiła tak niepostrzeżenie wymknąć się z samochodu? - zapytał swego gospodarza.
- Siadajcie! - poprosił, sam zajął jeden z głębokich foteli stojących w obszernym hallu.
- No cóż - zaczął stary człowiek i widać było, że jest mu bardzo nieprzyjemnie - naprawdę nie wiem, jak mam to państwu wytłumaczyć... Właściwie - zwlekał - dziewczyna, którą tu niedawno przywieźliście, w rzeczywistości nie istnieje!

Generał Anderson nagle spoważniał. Do tej pory nigdy nikt nie podważał jego słów. Cóż sobie myśli ten starzec? On jest poważnym człowiekiem, obserwował wybuchy nuklearne, walczył w Korei, chyba wie co mówi!
- Proszę się nie denerwować! - gospodarz czytał jego myśli.
- Jak mam się nie denerwować, przecież nie przywieźliśmy ducha!

Stary człowiek smutno pokiwał głową wpatrując się w puszysty dywan na podłodze.
- Boję się, panie Anderson, że dokładnie to państwo zrobili!
- Ale... - wstrzymał oddech generał - to po prostu niemożliwe! O czym pan mówi?
- Próbuję państwu wyjaśnić zaistniałą sytuację. Taka jest prawda - podniósł na nich zmęczone spojrzenie. Nazywam się Loyd Robinson - przedstawił się. Może łatwiej sobie państwo skojarzą, gdy powiem, że przed dwudziestoma laty bardzo aktywnie działałem w Kongresie. To prawda... - generał szukał w pamięci - kongresman Robinson! Przez cały czas pana twarz wydawała mi się znajoma, już nawet myślałem, że był pan aktorem!

Loyd Robinson uśmiechnął się ponownie, ze smutkiem kiwając głową. - Tak, to nie były takie złe czasy, aż do dnia, gdy zdarzyła się straszna tragedia.

Potrzeba mu było trochę czasu, aby się skoncentrował...
- Lony była śliczną młodą dziewczyną, jedną z najładniejszych w kraju. Była jedynaczką, oczkiem w głowie i mieliśmy w stosunku do niej specjalne plany. Chcieliśmy, żeby skończyła prawo i wyszła za mąż za chłopca równego sobie pozycją, z dobrej rodziny. Wszystko wzięliśmy pod uwagę, tylko nie miłość! Lony zakochała się nagle w miejscowym chłopcu, bardzo przyzwoitym, ale synu nałogowego alkoholika i obieżyświata. Ja z żoną wszelkimi sposobami próbowaliśmy wyperswadować Lony myśl wyjścia za niego za mąż! Bez skutku! Kiedy dowiedziała się, że zamierzamy przenieść ją na studia do innego miasta, umówiła się ze swoim chłopcem, że uciekną w nocy jego samochodem. Mój służący zauważył to i ruszyliśmy za nimi w pościg sportowym autem. Na zakręcie tuż przed samym wjazdem na most ich samochód wpadł nagle w poślizg i z całym impetem uderzył w żelazną barierkę, złamał ją i wpadł w rozszalały nurt rzeki! Znaleźliśmy ich dopiero po dwóch dniach, ponad siedem mil stąd w dole rzeki w kierunku Nebraski!
- Ależ - ponownie zająknął się Andersen - czy chce pan nam wmówić, że pańska córka nie żyje od dwudziestu lat?
- Tak, ale jak się sami państwo przekonali, nie uspokoiła się, została z nami, na granicy między życiem a śmiercią, chyba po to, aby ukarać mnie za prymitywne i nierozumne postępowanie.
- Zatrzymywała innych ludzi? - zapytała cicho pani An-derson.
- Kilkadziesiąt osób, proszę pani. Niektórym znikała w czasie jazdy, a innym pod domem, podobnie jak dzisiaj państwu. Wszystkiego próbowaliśmy, konsultowaliśmy się z duchownymi, psychologami, sprowadzaliśmy media i spirytystów, ale bez skutku! Ona wciąż uparcie wraca, chyba będzie to robić aż do dnia mojej śmierci. Być może, wtedy będę mógł jej wyjaśnić powody decyzji rozczarowanego ojca i postępowanie zrozpaczonego człowieka, któremu chciano zniszczyć życiowe plany.

Kiedy państwo Anderson opuścili wreszcie posiadłość Loyda Robinsona, było dobrze po północy. Generał milczał zacisnąwszy wargi i patrzył uważnie przed siebie. Słychać było jedynie dźwięk silnika i równomierną pracę wycieraczek ślizgających się po mokrym szkle. Cała jego wiedza o tym materialnym, atomowym świecie została tej nocy zachwiana. Rozmyślał, że jeżeli takie rzeczy się zdarzają, jeżeli są możliwe, jest tylko jedno wytłumaczenie -- poza znanym nam światem istnieje jeszcze inny, dla nas nieznany i niezrozumiały, którego konstrukcja i skład są prawdopodobnie poza logiką i możliwością pojmowania, jak się przyzwyczailiśmy w osądzaniu występujących zjawisk.

Od czasu do czasu zerkał w lusterko, ale młoda dziewczyna nie pojawiła się już więcej na tylnym siedzeniu. Być może, przygotowywała się do zatrzymania innego samochodu na swoim moście, podejmując jeszcze jedną beznadziejną próbę, by ponownie "przejechać się" na ten świat, z którego jako młoda, zakochana i żądna życia przedwcześnie zniknęła.

Od tłumacza:

Kanadyjski autor serbskiego pochodzenia, B. D. Benedikt jest znanym autorem powieści science fiction zarówno w Kanadzie, jak i w Stanach Zjednoczonych. O napisaniu przez niego książki, z której pochodzi ten fragment zadecydował, jak sam wyznaje, przypadek. Nie myślący o zjawiskach nadprzyrodzonych, być może nawet niewierzący człowiek nagle dość niespodziewanie zainteresował się parapsychologią, przepowiedniami, jasnowidztwem i różnymi zjawiskami nadprzyrodzonymi, które (choć nie wszystkie) po wnikliwej analizie można jednak wytłumaczyć w sposób logiczny. Oczywiscie przy założeniu, że istnieje inny, równoległy do naszego świat, w którym dobro i zło mają swoje miejsce naprawdę, w którym zwycięża właśnie uczciwość i w którym za wszystkie zbrodnie popełnione w życiu wśród żywych trzeba zapłacić.

Nie wiem, kim byłam w swoim poprzednim życiu. Wiem, że musiałam przybyć tu ponownie. To pewnie nie przypadek, że tłumaczyłam tę książkę. Czekała na mnie i mimo przeciwności w końcu doczekała się polskiego wydania. Wszystko, co jest w niej opisane, zdarzyło się naprawdę. Wszystkie wydarzenia są potwierdzone dokumentami. Książka ta rozwieje prawdopodobnie wątpliwości tych, którzy je mają, stanowi dowód, a może i ostrzeżenie, że należy uważać: tu gdzieś obok nas trwa inny świat, z którym należy się liczyć, do którego wszyscy kiedyś przejdziemy, bo taka jest moc przeznaczenia.


 

ZAŚWIATY - FANTAZJA CZY RZECZYWISTOŚĆ; Wiedza Powszechna 1985;
Tłumaczenie: DANUTA HANNA JAKUBOWSKA