|
Z kilkuset znanych przypadków zniknięć pojedynczych osób wybraliśmy tylko trzy charakterystyczne wypadki. Pierwszy dotyczy chłopczyka Olivera Larcha, zdarzył się w noc wigilijną 1889 r. na farmie niedaleko South Bend, stan Indiana.
Pod ołowianoszarym niebem pola były pokryte grubą warstwą śniegu, z kominów sąsiednich gospodarstw unosił się dym. W domach zapalono już lampy naftowe, okolica przypominała zupełnie znane, klasyczne widokówki, które posyłamy znajomym z życzeniami na Boże Narodzenie. W domu rodziny Larch panował świąteczny nastrój. Na uroczystą kolację przyjechali przyjaciele z Chicago, którzy kiedyś mieszkali w pobliskim miasteczku, był także stary, emerytowany sędzia.
Po kolacji na prośbę gości gospodyni na organach zagrała kilka kolęd, tym chętniej, że swoje umiejętności prezentowała też w czasie nabożeństw w miejscowym kościele. Tak się weselili, śpiewali, popijali i zagryzali kukurydzą, którą w małym piekarniku prażył jedenastoletni Oliver. Kilka minut przed jedenastą ojciec poprosił Olivera o przyniesienie ze studni świeżej wody, tak by nie zabrakło jej w ciągu nocy. Oliver natychmiast posłusznie wyszedł w ciemną noc, a ojciec wrócił do gości. Już po dziesięciu sekundach od zamknięcia przez chłopca drzwi usłyszano jego paniczny krzyk i wołanie "na pomoc"!
Zaskoczonym rodzicom i gościom trzeba było kilku sekund na otrząśnięcie się z szoku. Wszyscy jednocześnie zerwali się z miejsc, a pan Larch zdjął ze ściany strzelbę myśliwską, sądząc, że Olivera napadło jakieś dzikie zwierzę...
"Na pomoc! Na pomoc! Puśćcie mnie! Na pomoc" - krzyczał przestraszony chłopiec w ciemnościach. Przy wyjściu obecni przystanęli wpatrując się w kierunku ciemnego nieba, z którego sypał drobny śnieg, gdyż krzyk dziecka dochodził z góry! Przerażony ojciec dziecka w panice uniósł strzelbę ku górze, chcąc wystrzelić, ale bardziej opanowany sędzia przeszkodził mu. Było przecież możliwe, że trafiony zostanie chłopiec, którego "ktoś" lub "coś" unosiło do góry. Ze zgrozą słyszeli coraz to słabsze nawoływania o pomoc, a wkrótce wszystko ucichło.
Przerażeni rodzice trzymali się w objęciach głośno jęcząc, a sędzia i przyjaciel z Chicago, emerytowany prokurator, przyświecając sobie ostrożnie przeszukali cały teren. Wieloletnia praktyka sprawiła, że ich bystrym oczom nie uszły uwagi ślady widoczne w głębokim śniegu. Były to ślady chłopca prowadzące do studni, ale nagle w połowie drogi się urywały! Nie zdążył nawet się odwrócić!
Zaniemówili, a wróciwszy do domu próbowali wyjaśnić, co mogło się stać z nieszczęśliwym Oliverem. Ktoś nawet wspomniał, że może porwał chłopca jakiś ptak, ale ojciec stwierdził, że to niemożliwe, gdyż dziecko ważyło trzydzieści pięć kilogramów i przecież do ptaka nie krzyczałoby "puście mnie!" Zastanawiano się jeszcze nad możliwością zabłąkania się balonu, ale wkrótce szczegółowe śledztwo wykazało, że w tym wietrznym dniu nie wystartował żaden balon. Ponieważ samoloty i helikoptery nie były wówczas znane, rodzice pogodzili się z myślą, że ich dziecko zabrały jakieś "wyższe siły", a poszukiwania trwające przez dłuższy czas także nie wyjaśniły sprawy, tak więc i ten wypadek mądrze został zaklasyfikowany w kartotece jako "nie wyjaśniony". A cóż innego można było zrobić?
Jeszcze bardziej dziwne i tajemnicze zdarzenie miało miejsce w 1873 r. w Anglii. Pewien jowialny, w sile wieku pięćdziesięcioletni wiejski szlachcic James Yarson założył się z dwoma przyjaciółmi, że wciąż jeszcze jest w stanie przebiec bez odpoczynku odległość około szesnastu mil od miejsca zamieszkania do miasta Coventry. Aby zapobiec ewentualnym oszustwom, przyjaciele wsiedli do powozu i ruszyli za biegaczem.
W czasie drogi żartowali, czynili mu różne uwagi, jednocześnie podtrzymując go na duchu, by nie zaprzestał biegu. Po około siedmiu milach James Yarson potknął się na środku drogi, głośno zaklął i - zniknął! Nie zrozumiawszy w pierwszej chwili, co się dzieje i dlaczego stracili go z oczu, przyjaciele zatrzymali powóz, myśląc, że skręcił w bok do zagajnika rosnącego nie opodal. Ale tam go nie było. Nigdzie go nie było, nigdy więcej się już nigdzie nie pojawił! Wbiegł w "coś", co go na zawsze pochłonęło!
Władze długo i cierpliwie prowadziły śledztwo. Nie wierząc zbytnio przyjaciołom Yarsona, przesunięto każdy kamień koło drogi, przeszukano każdy potok, poruszono każde podejrzane wzniesienie mchu czy ziemi, ale po nieszczęsnym Yarsonie nie było ani śladu. Tamtym ludziom, podobnie jak nam obecnie, nie mogło "pomieścić się w głowie", w jaki sposób Yarson tak po prostu zniknął na środku drogi, na oczach przyjaciół? Istnieje natomiast pewna teoria - według niej Yarson wciąż jeszcze biegnie i niewykluczone, że w przyszłości ponownie się zjawi, właśnie na tej samej drodze! Nieprawdopodobne, prawda?
Istnieją dziesiątki udokumentowanych wypadków zdarzeń podobnych do zniknięcia Yarsona, ale chciałbym opowiedzieć historię ze współczesnych nam czasów.
Pewnego zimowego dnia 1975 r. Jackson Wright zatrzymał się w nowojorskim tunelu im. Lincolna, aby oczyścić ze śniegu przednią szybę samochodu. Wysiadła także jego żona Marta, chcąc oczyścić tylną szybę. Poszła do tyłu i zniknęła. Wright natychmiast zaalarmował pierwszy policyjny samochód, który nadjechał. Zablokowano oba wejścia do tunelu, przeszukano szczegółowo wszystkie samochody, ale po Marcie nie było śladu! Zaczęto przypuszczać, że sprytny Jackson zeszłej nocy zabił, poćwiartował i powrzucał części ciała żony do rzeki, ale, na szczęście, dobrze ich pamiętał sprzedawca na stacji benzynowej, gdzie się zatrzymali, ponieważ Marta musiała nagle skorzystać z toalety! Jackson nie mógł dokonać tak strasznego czynu w ciągu dziesięciu minut na przestrzeni trzystu metrów! Należało mu więc uwierzyć, tym bardziej, że zrozpaczony zgodził się poddać badaniom na wykrywanie kłamstw, a nawet hipnozie, w czasie której i tak niczego ważnego nie mógł sobie przypomnieć. Wypadek ten, jak wiele innych, pozostał także nie wyjaśniony.
W końcu może należałoby wspomnieć, że według oficjalnych danych FBI w Stanach Zjednoczonych każdego roku znika (ginie) ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Połowę policja zwykle znajduje, w większości są to niezadowolone żony lub mężowie, którzy w ucieczce szukają pocieszenia lub ratunku od błędu, jaki popełnili, następnie są to małoletni, którzy uciekają z domu od rodziców, chcąc przeżyć przygodę lub zdobyć sławę. Niestety, ponad jedna trzecia tych dzieci pada ofiarą różnych maniaków, perwersyjnych zboczeńców lub zwyrodnialców. Każdego roku odkrywa się setki zwłok różnych nieszczęśliwych zaginionych i uciekinierów, ale pomimo to wciąż jeszcze duża jest liczba "zaginionych bez śladu", prawie cztery tysiące osób!
Ile z tych osób przekroczyło "inny wymiar", obecnie nie wiadomo. Istnieje, co prawda, dość rozpowszechniona teoria, że osoby te są zabierane przez istoty znajdujące się na "latających talerzach" do eksperymentów (!).
Od tłumacza:
Kanadyjski autor serbskiego pochodzenia, B. D. Benedikt jest znanym autorem powieści science fiction zarówno w Kanadzie, jak i w Stanach Zjednoczonych. O napisaniu przez niego książki, z której pochodzi ten fragment zadecydował, jak sam wyznaje, przypadek. Nie myślący o zjawiskach nadprzyrodzonych, być może nawet niewierzący człowiek nagle dość niespodziewanie zainteresował się parapsychologią, przepowiedniami, jasnowidztwem i różnymi zjawiskami nadprzyrodzonymi, które (choć nie wszystkie) po wnikliwej analizie można jednak wytłumaczyć w sposób logiczny. Oczywiście przy założeniu, że istnieje inny, równoległy do naszego świat, w którym dobro i zło mają swoje miejsce naprawdę, w którym zwycięża właśnie uczciwość i w którym za wszystkie zbrodnie popełnione w życiu wśród żywych trzeba zapłacić.
Nie wiem, kim byłam w swoim poprzednim życiu. Wiem, że musiałam przybyć tu ponownie. To pewnie nie przypadek, że tłumaczyłam tę książkę. Czekała na mnie i mimo przeciwności w końcu doczekała się polskiego wydania. Wszystko, co jest w niej opisane, zdarzyło się naprawdę. Wszystkie wydarzenia są potwierdzone dokumentami. Książka ta rozwieje prawdopodobnie wątpliwości tych, którzy je mają, stanowi dowód, a może i ostrzeżenie, że należy uważać: tu gdzieś obok nas trwa inny świat, z którym należy się liczyć, do którego wszyscy kiedyś przejdziemy, bo taka jest moc przeznaczenia.
ZAŚWIATY - FANTAZJA CZY RZECZYWISTOŚĆ;Wiedza Powszechna 1985; Tłumaczenie: DANUTA HANNA JAKUBOWSKA
|