Początek:

 

  • Warto było choć na krótko przeglądać się w twoich oczach, pobyć w twoich myślach, tęsknocie, marzeniach, poczuć miłe ciepło twoich uczuć, by potem na długo delektować się słodyczą wspomnień, gdy czas częstuje goryczą.
Matczyne usprawieliwienie Drukuj Email
Czytelnia 1 - Tajniki ludzkiego umysłu
Wpisał Marek   
Czwartek, 21. Sierpień 2008 21:56
URODZIŁAM się w roku 1928 w bogatej rodzinie gnębionej przez demony, które od pokoleń musiały się czaić w ciemnych zakamarkach naszego drzewa genealogicznego. Moje dzieciństwo było pod każdym względem bezustannym horrorem. Zanim skończyłam dwa lata, moja matka zmarła z powodu aborcji, do której zmusił ją jej mąż, a mój ojciec.


Zamieszkaliśmy z matką mojego ojca, srogą obłudną kobietą, uznawaną za przywódczynię społeczności kościelnej. Nad każdym moim wspomnieniem z wczesnego dzieciństwa dąży przytłaczający lęk przed ojcem. Praktycznie każdego dnia bił mnie skórzanym paskiem do ostrzenia brzytwy, co moja babka aprobowała. Czasem także zamykał mnie na klucz w szafie.

Okruchy przerażenia z tamtego okresu kołaczą się do dziś w mojej duszy. Jednym z najstraszniejszych momentów był "figiel salonowy", za którym ojciec przepadał. Podnosił mnie, sadzał sobie na ramionach i, śmiejąc się do rozpuku, tańczył po pokoju. Potem przechodził przez drzwi, waląc moją głową w ścianę ponad nimi.

Kiedy miałam sześć lat, ojciec wziął mnie do swego łóżka. Oprócz gwałtu, udziałem mojego dzieciństwa stały się doprawdy niewypowiedziane akty seksualne. Nie wiem, w jaki sposób zniosłam to fizycznie. Jeszcze dziś smród, jaki wydzielał mój ojciec, mąci mi umysł.

Kiedy miała 7 lat, jej ojciec zmarł. Przez następne 6 lat Patricia Bissell mieszkała z babką, która nadal brutalnie ją biła. Patricia była przekonana, że babka równie bezlitośnie bila jej ojca.

Wkrótce po ukończeniu szkoły średniej zakochałam się w przystojnym weteranie marynarki, którego spotkałam przed kościołem. Był to nieśmiały i łagodny mężczyzna. Te cechy były dla mnie taką rzadkością, że kiedy poprosił, abym za niego wyszła, nie posiadałam się z radości.

Kiedy pobieraliśmy się w 1947 roku, byłam przekonana, że nasza miłość zdoła stłumić hańbę mojego dzieciństwa. Bardzo chciałam mieć dzieci, bo zakładałam, że będą mnie kochać, a ja będę w stanie kochać je. Nie wiedziałam, że jestem zarażona potworną przemocą, równie niszczącą, jak wszelkie choroby genetyczne.

Niemal od początku maltretowałam swoje dzieci, krzycząc na młodsze, starsze zaś bijąc skórzanym pasem. (Nie biłam ich nigdy w obecności męża, ale on często bywał gdzieś w interesach). Raniłam miłość własną dzieci w tym samym stopniu, jak ich ciała - a te rany były pod pewnym względem gorsze.

Mój syn Patrick (którego nazywaliśmy Wally) stał się dla mnie głównym obiektem. Bijąc go z wściekłością po nogach i plecach, trzymałam go za rękę, żeby mi nie uciekał. Spoglądał mi w oczy spokojnym, opanowanym wzrokiem, który natychmiast przypominał mi mroczne sceny z dzieciństwa. Więc jeszcze mocniej wymachiwałam pasem. Wszystko kończyło się pełnym poniżenia crescendo, pokonywałam wreszcie to spojrzenie, a w jego oczach pojawiał się strach.

Iskierkę nadziei dała Wally'emu jego starsza siostra. Od dawna wiedzieliśmy, że chłopiec jest bardzo wytrwały i ma skoordynowane ruchy, więc kiedy miał 10 lat, namówiła go, żeby wstąpił do jej klasy baletowej. Zastanawiałam się, czy nie zrobiła tego, by uchronić go przede mną.

Kończąc kolejne szkoły tańca ze znakomitymi wynikami, Wally rozwijał w sobie zarazem zgubne nałogi - dużo pił i nadmiernie eksperymentował z narkotykami. Powiedział pewnego razu dziennikarzowi przeprowadzającemu z nim wywiad: "Kiedy mam udany występ, karzę sam siebie narkotykami. Próbuję siebie zniszczyć. To taki dziwny proces". Jego poczucie porażki było straszliwym dziedzictwem, które niestety zostawiłam swojemu synowi.

W miarę jak taneczna kariera Patricka Bissella sięgała szczytów, używał coraz więcej kokainy i alkoholu. Przeszedł kurację odwykową. Kilka miesięcy później narzeczona znalazła go martwego - przedawkował narkotyki w wieku 30 lat.

Kiedy dotarta do nas ta straszliwa wiadomość, byłam chora z żalu. Było dla mnie przerażająco jasne, że to ja sama nieuchronnie doprowadziłam moje dziecko do tego tragicznego końca. Odebrałam Wally'emu wszystko, co było mu potrzebne, by miał szansę samodzielnie poradzić sobie z życiem.

Dla normalnego człowieka jest prawie niepojęte, jak matka może bić własne dziecko. Nie wierzę, aby jakikolwiek śmiertelnik był w stanie samodzielnie przerwać te powtarzające się cykle horroru. Mam tylko nadzieję, że już nigdy więcej nikt nie doświadczy tak palącej udręki, jaką było moje życie i życie, które zgotowałam swojemu synowi.

 

TAJNIKI LUDZKIEGO UMYSŁU w pytaniach i odpowiedziach Przegląd Reader's Digest Warszawa 1997