GDY MAJĄC OSIEM LAT odwiedziłem rodzinne miasto matki na Węgrzech, kuzyn pokazał mi pewien nędznie wyglądający zakład szewski, który równocześnie służył właścicielowi za mieszkanie. Od progu ujrzałem małego bladego chłopczyka, stojącego na środku pokoju i ćwiczącego koncert skrzypcowy Mendelssohna. Jako początkujący skrzypek potrafiłem z łatwością docenić piękno tonu instrumentu małego wirtuoza. Z zazdrością pomyślałem wtedy, że to zadziwiające, jak ten chłopczyk w moim wieku mógł grać na skrzypcach z maestrią godną dorosłego wykonawcy.
Historia nie odnotowuje dalszych losów chłopca, ale stanął mi on znów przed oczami, gdy niedawno ujrzałem w telewizji grającą na skrzypcach uroczą, około dwunastoletnią, dziewczynkę. Nazywa się Sarah Chang, a jej muzykowanie zdaje się pochodzić z niebios. Zafascynowała mnie do tego stopnia, że postanowiłem dowiedzieć się wszystkiego o niej oraz o innych utalentowanych młodych odtwórcach.
Okazało się, że Sarah Chang mieszka w miejscowości Yoorhees w stanie New Jersey wraz z rodzicami, którzy wyemigrowali z Korei Południowej w roku 1979. Dziewczynka chodzi do ósmej klasy w znanej szkole w Filadelfii i jednocześnie uczęszcza do słynnej Szkoły Muzycznej Juilliarda w Nowym Jorku.
Wszystko to jednak nie tłumaczy jej niezwykłej gry - zmysłowego tonu, który wydobywa z instrumentu i błyskotliwości poszczególnych fraz, które nadają granym przez nią utworom indywidualnego piętna jej osobowości.
Zadzwoniłem do mojego przyjaciela, Janosa Starkera, znakomitego wiolonczelisty i pedagoga. Przypadkiem widział ten sam program i powiedział mi:
- No tak. To jest właśnie to.
Miał mianowicie na myśli to, że jest ona cudownym dzieckiem, nastolatką grającą na poziomie cieszącego się uznaniem dorosłego zawodowca. Zacząłem się wówczas zastanawiać, czy takie geniusze muzyczne rodzą się same, czy też można je wykształcić.
Czasem cudowne dzieci pogardliwie porównuje się z tresowanymi fokami, które mają łatwość imitowania, trudnych sztuczek zademonstrowanych przez nauczyciela.
Patrzy się na nie z mieszaniną podziwu i sceptycyzmu. Nawet Leopold Auer, jeden z najwybitniejszych w naszym wieku nauczycieli skrzypiec, gdy usłyszał Jaschę Heifetza grającego Moto Perpetuo Paganiniego rzekł nerwowo: "On chyba nie wie, że tego się nie gra w tak szybkim tempie!".
Jak potem stwierdziłem, mali genialni skrzypkowie pojawiali się falami w określonych regionach świata. Otóż większość wielkich wirtuozów skrzypiec w XIX i XX wieku wywodziło się z Rosji i Europy Wschodniej. Zapytałem Isaaka Sterna, jednego z największych skrzypków świata, o powód tego zjawiska.
- To oczywiste - powiedział. - Wszyscy oni byli Żydami, a w tym czasie, w tej części świata, Żydów prześladowano. Zabraniano im uprawiać wolne zawody, natomiast pozwalano odnosić sukcesy na scenach koncertowych.Trudno przyjąć, że prześladowania mogły być elementem sprzyjającym rozwojowi geniuszu muzycznego, ale według Josefa Gingolda, 80-letniego legendarnego nauczyciela skrzypiec z Uniwersytetu Indiana, taka jest prawda.
- W czasie, gdy powstało Konserwatorium Muzyczne w Sankt Petersburgu, to jest w roku 1862 - mówi Gingold - Żydzi nie mieli prawa swobodnego poruszania się po Rosji. Każdy Żyd, którego złapano poza obrębem zamieszkania po godzinie szóstej po południu, był aresztowany a następnie więziony.
Natomiast studenci konserwatorium byli wolnymi artystami, protegowanymi carycy i mieli prawo swobodnego przemieszczania się. W związku z tym każda matka wkładała pod bródkę dziecka skrzypce z chwilą, gdy ta bródka mogła je utrzymać. Największym marzeniem wszyst kich żydowskich rodziców było, aby ich dziecko dostało się do konserwatorium, które było paszportem do wolnego świata.
Innym czynnikiem, który sprzyja powstawaniu dziecięcego geniuszu muzycznego jest społeczeństwo ceniące doskonałość w danej dziedzinie i umiejące wspierać utalentowane jednostki. Zdaje się, że w dzisiejszych czasach są to przede wszystkim społeczeństwa Dalekiego Wschodu.
- W Japonii, społeczeństwie niezwykle konkurencyjnym i bardziej rygorystycznym niż nasze - mówi Isaak Stern - dzieci codziennie poddawane są testom doskonałości w wielu dziedzinach, także w muzyce. Gdy po drugiej wojnie światowej muzyka Zachodu trafiła do Japonii, stała się ona nie tylko częścią codzienności, lecz również dyscypliną.
A przy okazji należy dodać, że Koreańczycy i Chińczycy są równie uparci w dążeniu do wytyczonego celu. To dobrze, bo nawet cudowne dzieci muszą też ciężko pracować.
- Ile godzin dziennie muszą ćwiczyć pani uczniowie? - zapytałem Dorothy DeLay, nauczycielkę Sarah Chang ze Szkoły Muzycznej Juilliarda. Przecież dobry skrzypek musi opanować niezliczoną liczbę różnych "sztuczek".
Na przykład staccato, czyli muzyczny dźwięk porównywalny do terkotu karabinu maszynowego. Gra się je prowadząc smyczek w górę, ale wybitni skrzypkowie potrafią staccato zagrać również prowadząc smyczek w dół. Śpiewne arpeggia to inny test maestrii skrzypcowej.
Ich efektem jest dźwięk podobny do harfy, a osiąga się go prowadząc smyczek lekko przez każdą z czterech strun.
Innym diabelnie trudnym wyczynem jest bezgłośna zmiana kierunku smyczka w czasie grania długiego dźwięku.
- Starsi uczniowie grają minimum pięć godzin - powiedziała mi DeLay. - A w niektóre dni mają jeszcze dodatkowe, trwające nawet trzy godziny, próby poszczególnych kompozycji. Tak więc nie wypuszczają skrzypiec z rąk od 8 do 10 godzin dziennie.
Poza ciężką pracą ważną rolę do odegrania mają geny. Na przykład Jan Sebastian Bach był wytworem doskonałości kilku pokoleń muzyków, a jego czterej synowie też szczycili się osiągnięciami muzycznymi.
Mój przyjaciel, Gerald Edelman z Instytutu Badań im. Scrippsa w La Jolla w Kalifornii, laureat nagrody Nobla z roku 1972 w dziedzinie fizjologii i medycyny, a zarazem skrzypek z wykształcenia, kiedyś opowiedział mi następującą historię:
- Nathan Milstein, jeden z wielkich skrzypków naszego wieku, i Albert Meiff, mój nauczyciel skrzypiec, poszli kiedyś na koncert Jaschy Heifetza w Nowym Jorku. Po koncercie Milstein zapytał Meiffa: "Albercie, jak on to robi?". "To bardzo proste, Nathanie - odrzekł mój nauczyciel. - Odziedziczył pewien defekt genetyczny po ojcu i matce. A polega on na tym, że cokolwiek zagra, brzmi to cudownie".
Niezależnie od genów, rodzice również mają niezwykle ważny wpływ na rozwój cudownego dziecka. Rodzice Yehudi Menuhina, jednego z najsłynniejszych cudownych dzieci XX wieku, byli za biedni na wynajęcie niańki, zabierali go więc ze sobą na koncerty, dzieląc się z nim radością słuchania muzyki.
Gdy skończył cztery lata, dali mu w prezencie dziecinne skrzypce-zabawkę, ale był zawiedziony ich fałszywym tonem. Kupili mu więc prawdziwe skrzypce - a reszta jest historią.
Rola rodziców bywa bardzo różna - od inteligentnego wsparcia, do patologicznej obsesji. Janos Starker mówił mi kiedyś, że jego matka zwykła kroić kanapki na małe kawałeczki, które kładła obok pulpitu na nuty po to, by nie miał wymówki, że musi przerwać ćwiczenie.
- Nawet gdy opuszczałem dom w wieku lat 20, kupiła mi papużkę i nauczyła ją jednego zdania: "Ćwicz, Johnny, ćwicz!".
Sądząc z wyników, metoda ta powinna być opatentowana.
O wiele mniej śmieszna jest historia Ruth Slenczynskiej, która zadebiutowała jako pianistka w roku 1929 mając 4 lata. Po jej nowojorskim koncercie jeden z krytyków opisał ją jako "coś, co natura stworzyła w swym najhojniejszym nastroju".
Nikt nie zdawał sobie sprawy ze sposobu, w jaki zdobyła swe umiejętności, zanim nie napisała pamiętników kilkadziesiąt lat później:
"Powód był prosty. Ojciec zmuszał mnie do ćwiczeń po dziewięć godzin dziennie. Ilekroć opuściłam nutę, wymierzał mi policzek. Za poważniejsze błędy karał jeszcze surowiej". Nie przeszkodziło to jednak Slenczynskiej zrobić kariery pianistycznej i koncertować w każdym zakątku świata.
"Produktem ubocznym bycia cudownym dzieckiem jest jednostronne podejście do świata - pisał Harold Schonberg, były krytyk muzyczny New York Timesa. - Cudowne dzieci, szczególnie w muzyce, zaczynają pielęgnować swój talent już prawie w kołysce, narzucając sobie nieludzką dyscyplinę na całe życie i wyłączając prawie wszystko inne. Może się to skończyć zubożonym dzieciństwem i brakiem ogólnego wykształcenia".
Podczas debiutu Yehudi Menuhina w Berlinie, gdy miał on lat 12, publiczność zgotowała mu tak entuzjastyczną owację, że trzeba było wezwać policję dla przywrócenia porządku. Ale po ukończeniu 19 lat artysta wycofał się z estrad koncertowych na rok, ciesząc się swobodą i brakiem obowiązków. Na szczęście dla świata, po tym wypoczynku powrócił do kariery muzycznej.
Niewiele cudownych dzieci ma mile wspomnienia * dzieciństwa. Jeden z najwybitniejszych współczesnych dyrygentów, Lorin Maazel, który zadebiutował prowadząc orkiestrę symfoniczną na Wystawie Światowej w Nowym Jorku w roku 1939 w wieku lat 9, opatrzył to stwierdzenie następującym komentarzem:
"Najczęściej rodzice, nauczyciele i menedżerowie traktują cudowne dzieci jak małych cyrkowców. Czasami są nawet gotowi trzymać je na specjalnej diecie, żeby dalej nie rosły. Ja sam miałem szczęście, moi rodzice byli niezwykle odpowiedzialni, bo ograniczali liczbę prowadzonych przeze mnie koncertów i pozwalali mi cieszyć się normalnym dzieciństwem."
Icchak Perlman, który nie tylko przetrwał ten bolesny proces, ale którego sam Heifetz uznał za swego godnego następcę mówi, że nauczyciel cudownego dziecka poza profesjonalizmem powinien posiadać w równej mierze wrażliwość.
- Ważna rola nauczyciela polega na podtrzymaniu u dziecka wytrwałości. Ale może jeszcze ważniejsze jest delikatne powstrzymywanie dziecka. Bardzo trudno jest wejść w życie dorosłe ze świadomością, że w dzieciństwie osiągnęło się już właściwie wszystko. Brak wówczas celów, do których chciałoby się dążyć.
Takim nauczycielem jest Dorothy DeLay. O zawrót głowy przyprawia myśl, ile cudownych dzieci wykształciła: Midori, Shlomo Mintz, Icchak Perlman, Sarah Chang to tylko niektórzy z nich. Ma wygląd ulubionej cioci o łagodnej twarzy i żywym spojrzeniu. Zapytałem ją o Sarah Chang.
- Sarah przyprowadzono mi, gdy miała 5 lat. Zagrała wówczas koncert Mendelssohna z takim uczuciem, że zdałam sobie sprawę z tego, iż nigdy przedtem nie widziałam i nie słyszałam czegoś podobnego. Porównałam jej grę z nagraniami innych cudownych dzieci i stwierdziłam, że jest niepowtarzalna.
- A jak zachowuje się w chwilach, gdy nie gra? - zapytałem.
- Sarah jest wspaniałą osóbką i, jak inne dzieci, ciągle jeszcze uwielbia chodzić na prywatki i nocować u przyjaciółek. Lubi też jeździć na łyżwo-rolkach i zaglądać do sklepów. DeLay i rodzice Sarah dbają, żeby podczas roku szkolnego nie występowała częściej niż dwa razy w miesiącu.
Kilka dni po wizycie u pani DeLay poszedłem na występ Chang, na którym grała koncert Czajkowskiego z orkiestrą Filharmonii Nowojorskiej. Maleńka skrzypaczka weszła na estradę w złotożółtej sukni.
Dygnęła przed publicznością i przystąpiła do strojenia skrzypiec. Słuchając pierwszych taktów orkiestry, przestępowała nieznacznie z nogi na nogę, jak tenisistka przed oddaniem serwu.
Gdy wydobyła ze skrzypiec pierwszą nutę, wszystkich obecnych spowił aksamit jej dźwięku. Przez 33 minuty tańce chłopów rosyjskich przeplatały się z anielską harmonią: skrzypce prowadziły żywy dialog z orkiestrą, a płynące w powietrzu dźwięki o niespotykanej czystości niemal fizycznie dotykały każdego słuchającego. Na zakończenie cała sala poderwała się na nogi, szalejąc z entuzjazmu. Myślę, że recenzja w porannym New York Timesie następnego dnia wyrażała opinię wszystkich uczestników koncertu.
- Nie ulega wątpliwości - pisał James R. Oestreich - że panna Chang jest fenomenem. Nawet najzgryźliwsi muzycy mówią o niej z zabobonnym podziwem, używając określeń, z których "niesamowite" jest najsłabsze.
Tak samo jak większość cudownych dzieci mała Sarah Chang ma zupełną swobodę techniczną, ale - jak tylko nieliczne z nich - nie ogranicza się wyłącznie do nieskazitelności.
I chyba to właśnie jest sekretem cudownych dzieci.
Przegląd Reader's Digest 1996 r.