Jest autystyczny, ale prawie nie ma trudności w komunikowaniu się z otoczeniem. Jest obdarzony niespotykanymi zdolnościami intelektualnymi. Włada 10 językami, pisze książki i fascynuje go liczba (pi).
Jest w nim coś z Rimbauda. Podobnie jak poeta-wizjoner, który w sonecie "Samogłoski" pisał: "A czerń, E biel, I czerwień, U zieleń, O błękity", ten młody Anglik łączy w pary litery z kolorami. Jednak jego wizja jest nieskończenie bogatsza. Każdej cyfrze, każdej literze, każdemu słowu przypisuje kolor, formę, fakturę. A często także dźwięk lub odczucie.
Liczby, jego przyjaciółki, tańczą mu w głowie. "Jeden" błyszczy świetlaną bielą, "dwa" kołysze się powoli, pulchna "trójka" rozpościera się szeroko, "pięć" rezonuje jak fale rozbijające się o skały, zaś "dziewiątka" wznosi się na wyżyny, błękitna i onieśmielająca. Liczby mają swoją strukturę, są twarde lub miękkie, ciemne lub świetliste. 37 jest grudkowate jak owsianka, a 89 wygląda jak świeżo spadły śnieg.
Dwudziestoośmioletni Daniel Tammet cierpi na tzw. zespół sawanta. Ma jednocześnie dwie choroby, które prawie nigdy nie występują razem: syndrom Aspergera, czyli dość łagodną formę autyzmu, oraz synestezję, polegającą na nakładaniu się odczuć różnych zmysłów. Jako autystyk (choć w mniejszym stopniu niż większość osób dotkniętych tą dolegliwością) miał poważne problemy w komunikowaniu się z ludźmi, udało mu się to jednak w dużym stopniu przezwyciężyć.
Tak jak 50 innych odnotowanych w świecie osób z zespołem sawanta, ma wyjątkowe zdolności umysłowe. Jednak Daniel jest jedynym spośród nich, który potrafi ze szczegółami opisać swój wewnętrzny świat. - Miałem szczęście - mówi podając nam herbatę w kuchni małego domu, który dzieli ze swoim przyjacielem Neilem, inżynierem informatykiem. Mieszkają w Herne Bay, małym nadmorskim miasteczku na południowym wschodzie Anglii.
Daniel od wczesnego dzieciństwa żył w świecie liczb. Z nich budował pierwszy język swoich emocji. Obsesja liczenia związana jest z atakiem epilepsji, jakiemu uległ w wieku czterech lat. Odtąd cyfry dodają mu otuchy. - Uspokajają mnie i koją nerwy. Gdy byłem dzieckiem, mój umysł przechadzał się spokojnie wśród liczb, tam, gdzie nie było smutku ani cierpienia.
Daniela nazywa się czasem "człowiekiem-komputerem", choć wcale "nie dokonuje kalkulacji". Mnożąc liczby znajduje rozwiązanie bez świadomego wysiłku. - Widzę jedną liczbę z lewej strony, drugą z prawej, i wtedy pojawia się trzecia forma. To jest wynik. Ograniczam się do odczytania tego umysłowego obrazu, nie muszę przy tym myśleć. Wystarczy mu 28 sekund, by znaleźć iloraz dwóch liczb, podany z dokładnością do 32 liczby po przecinku. Nie trzeba chyba dodawać, że nigdy nie zapisuje żadnej operacji.
Nie cała matematyka interesuje go tak samo. Nie lubi algebry i jej równań, pełnych liter i ubogich w cyfry. Jego ulubione dyscypliny to liczby pierwsze, rachunek prawdopodobieństwa i obliczenia kalendarzowe. W sekundę zgaduje, jakim dniem tygodnia był dzień twoich urodzin. Jego ukochaną liczbą jest (pi), jedyna, która nie ma końca. - Fascynuje mnie. Nie da się jej zapisać na żadnej kartce papieru, nawet tak wielkiej jak cały świat. Jej zawdzięcza swoją popularność.
Rzecz miała miejsce 14 marca 2004 roku (w dzień urodzin Einsteina) w sali Muzeum Nauki w Oksfordzie. Daniel, po trzymiesięcznych przygotowaniach, podjął wyzwanie. Dla Narodowego Towarzystwa Epilepsji zgodził się na oczach publiczności wyliczyć z pamięci jak najwięcej cyfr składających się na liczbę (pi). Po pięciu godzinach, dziewięciu minutach i dwudziestu czterech sekundach Daniel skończył swoją recytację. Komisja osłupiała. 22 tysiące 514 liczb bez najmniejszego błędu! Rekord Europy został pobity, rozległy się huczne oklaski. - Cyfry - wspomina - przewijały się przed moimi oczami jak filmowe sceny.
Liczba (pi) zmieniła życie Daniela Tammeta. Został bohaterem filmu dokumentalnego, skromnie i szczerze opowiedział o sobie w książce zatytułowanej "Born on a Blue Day". Fakt, że potrafi mówić o swoich doświadczeniach, daje neurologom jedyną w swoim rodzaju szansę przeniknięcia tajemnic autyzmu. Tammet chętnie poddał się serii testów, czasem kłopotliwych, jakie ułożyli dla niego brytyjscy i amerykańscy naukowcy, zafascynowani możliwością dotarcia do "czarnej skrzynki" jego zadziwiającego umysłu.
Przykład Daniela Tammeta pozwala zwalczać stereotypy krzywdzące osoby dotknięte autyzmem. - Recytując liczbę (pi) chciałem im pokazać, że nasze upośledzenie nie jest przeszkodą nie do pokonania. W Salt Lake City Daniel spotkał najsławniejszego pośród sawantów - Kima Peeka. Człowiek ten był pierwowzorem filmowego "Rain Mana", w którego postać wcielił się w 1988 roku Dustin Hoffman. Była to, jak wspomina, bardzo szczęśliwa chwila. Jednak uproszczony obraz autyzmu przedstawiony w filmie należy już jego zdaniem do przeszłości. - Trzeba sprawić, by chorzy nabrali pewności siebie, by zaakceptowali swoją inność. Dla Daniela również słowa, jego"drugi język" mają wymiar estetyczny. Tak samo jak liczby przybierają formę i kolor. Podobnie z imionami: Richard ma w sobie czerwień, John żółć, Peter fiolet.
Dzięki fotograficznej pamięci wzrokowej uczy się języków obcych niemal w mgnieniu oka. Dziś włada dziesięcioma: angielskim, walijskim, niemieckim, hiszpańskim, fińskim, francuskim, litewskim, rumuńskim, esperanto i islandzkim. Tego ostatniego, bardzo zresztą trudnego, nauczył się w czasie czterodniowego zaledwie pobytu w Rejkiawiku. Dzięki tym zdolnościom zarabia na życie. W 2002 roku założył internetową stronę do nauki języków, nazwaną OptiMnem, na cześć Mnemosyne, greckiej bogini pamięci. Mając dziesięć lat stworzył własny, tylko sobie znany język - Mänti (po fińsku sosna), który liczy dziś ponad tysiąc słów. Tammet z zapałem czyta biografie i słowniki, ale nigdy nie zagląda do powieści. - Wolę poznawać to, co prawdziwe. Pisze kolejną książkę, będzie traktowała o mózgu, liczbach i wyobraźni.
Dzieciństwo Daniela było samotne, często pełne cierpienia. W szkole zbyt wiele rzeczy sprawiało mu ból: hałas, bieganina, zamęt. A przede wszystkim poczucie, że jest inny. Nie potrafił tego zrozumieć ani zwalczyć, zwłaszcza że nie zdiagnozowano wtedy jeszcze jego choroby. Ukrywał się w ciszy swojego pokoju, lub w kompulsywnych czynnościach: zbierał kasztany, prospekty, biedronki. Miłości rodziców (których nazywa "swoimi bohaterami") zawdzięcza, że jako dorosły mężczyzna znalazł szczęśliwą harmonię między swoim światem wewnętrznym a tym, co na zewnątrz. Jego filozofia streszcza się w zdaniu: "Nie chodzi o to, by żyć jak inni, lecz by nauczyć się żyć pośród innych".
ONET.pl Le Monde 13 sierpnia 2007;