|
| Pięć słów |
|
|
| Czytelnia 2 - Piosenka Wowy | |||
| Wpisał Rick i Diana Stafford | |||
| Piątek, 15. Sierpień 2008 17:12 | |||
|
RICK STAFFORD: O dzieciach zacząłem myśleć po wypadku autobusowym. Po godzinie jazdy z Cincinnati szosą I-71 w Carrollton mija się znak: "Miejsce katastrofy". W 1988 roku w kraksie szkolnego autobusu zginęło tu 24 dzieci. Przejeżdżając obok, odmawiam modlitwę za nie i ich rodziny. Robię to zawsze, gdy wyjeżdżam z Cincinnati do klientów w Louisville - moja firma zajmuje się handlem samochodami. Tego ranka pocałowałem śpiącą żonę i wyszedłem z domu około siódmej. Diana zaczynała zajęcia dopiero około dziesiątej. Skończenie studiów było spełnienieniem jej marzeń. Cieszyłem się, że jest szczęśliwa i że robi to, co zawsze chciała, szczególnie po tych ciężkich latach, które na szczęście mieliśmy za sobą. Czasami podczas jazdy słucham muzyki. Jednak tym razem włączyłem radio na stację NPR. Akurat nadawano reportaż z Rosji o projektach ograniczenia zagranicznych adopcji. W tle głosu dziennikarki słychać było szczebiot małego chłopca. Nie miałem pojęcia, co on mówi, ale zahipnotyzował mnie jego głos, więc nastawiłem radio nieco głośniej. Reporterka mówiła, że chłopiec jest wesoły i inteligentny. Choć urodził się ze zdeformowanymi kończynami, żartuje z opiekunkami w sierocińcu i rozwesela je, gdy są smutne. Pamiętam, że uśmiechałem się, wyobrażając sobie gadatliwego malca podnoszącego na duchu wychowawczynie. Reporterka wspomniała, że chłopiec powinien być w placówce dla starszych dzieci, ale personel robi wszystko, by go nie przeniesiono. Wtedy chłopiec zaczął śpiewać rosyjską piosenkę. Uwielbiam muzykę, a w jego czystym wysokim głosie usłyszałem prawdziwą moc. Chyba też trochę smutku. Szkoda tego dzieciaka! - pomyślałem. Coś mnie ścisnęło za serce. O adopcji nie rozmawialiśmy z Dianą już od paru lat. Przeszliśmy prawdziwe piekło starając się o dzieci. Po latach nieudanych prób i starań zaakceptowaliśmy fakt, że nasze małżeństwo pozostanie bezdzietne. Sięgnąłem po telefon komórkowy, by zadzwonić do stacji NPR w Waszyngtonie, której numer podawali zainteresowanym tą sprawą. Co mi szkodzi zamówić taśmę z nagraniem audycji? Wybierałem numer, gdy nagle zaświtało mi w głowie: to nasze dziecko. Bateria w telefonie się wyczerpała, wiec pół godziny później zatrzymałem się przy automacie. Przez ten krótki czas porzuciłem pomysł, by pomagać w znalezieniu nowej rodziny dla chłopca. To my go adoptujemy. Dzwoniąc do domu, wstrzymałem oddech. W ciągu kilku sekund, nim uzyskałem połączenie, uświadomiłem sobie, że Diana uzna mnie za wariata. Gorączkowo myślałem, co powiedzieć, by zabrzmiało sensownie. Podniosła słuchawkę po trzecim lub czwartym dzwonku. - Co słychać? - Kochanie, właśnie usłyszałem w radiu głos naszego syna. Po drugiej stronie zapadła cisza. - O czym ty mówisz? - spytała po długiej chwili milczenia. Starałem się wyjaśnić najlepiej, jak umiałem. - Jak sądzisz, może tylko dowiemy się czegoś więcej o tym malcu? - zaproponowałem . Musiało to brzmieć jakbym postradał zmysły, ale nie wpadła w panikę. - Jasne, spróbujmy się czegoś dowiedzieć - rzekła. Żadne z nas nie miało pojęcia, jak bardzo te pięć słów zmieni nasze zycie.
Źródło: Reader's Digest Listopad 2000
|