|
Czytelnia 2 -
Dzień, w którym straciłam siebie
|
|
Wpisał Claudia L. Osborn
|
|
Piątek, 15. Sierpień 2008 17:53 |
|
To było w lipcu. Zwykłe poniedziałkowe popołudnie w klinice. Dzień nie był wolny od napięć, ale moja pielęgniarka zauważyła, że "wszystko idzie jak po maśle". Pracowałam na oddziale chorób wewnętrznych, a ponadto szkoliłam młodych lekarzy. Rozkład zajęć w klinice w Detroit miałam szczelnie wypełniony - prowadziłam wykłady, szkoliłam stażystów oraz leczyłam pacjentów. Lubiłam liczne obowiązki. Najszczęśliwsza byłam w takie dni, kiedy o 6 po południu orientowałam się, że znowu przegapiłam obiad.
Tego dnia wyglądało na to, że skończymy o czasie. I wtedy do gabinetu weszła pielęgniarka. - Niestety, musimy zostać dłużej. Przyszła pani Phillips. Ma wyznaczoną wizytę dopiero na środę, ale musiała się z panią zobaczyć. Złapała nawet jakieś auto - oznajmiła. - Przyjechała okazją? Żartujesz.
Pacjentka miała wczesne objawy choroby Alzheimera. Mieszkała w okolicy niebezpiecznej nawet dla 18-latka z czarnym pasem karate. - Wyjmij kartę i poproś ją.
Pani Phillips wkroczyła do gabinetu. Godnie wyprostowana przysiadła na brzegu krzesła. Jak zwykle była nienagannie ubrana, miała pięknie skrojony niebieski kostium i okrągły kapelusik. Hebanowa twarz bez zmarszczek nie zdradzała jej 72 lat. Przykro było patrzeć, jak na starość zawodzi ją umysł. Nadal zasiadała w zarządzie kilku organizacji- miejscowi notable wciąż mieli nadzieję, że sama zauważy kłopoty z pamięcią i złoży rezygnację. Nie odwzajemniła mojego uśmiechu. - Odebraliście mi prawo jazdy. Jak mam przyjeżdżać na spotkania zarządu? - spytała. - Rozumiem pani rozgoryczenie, ale odebrano pani prawo jazdy, bo prowadzenie samochodu zagraża pani bezpieczeństwu. - Jeżdżę od 40 lat, nawet mandatu nie dostałam. - Dwa miesiące temu zatrzymała się pani na środku skrzyżowania - przypomniałam jej. - Bo tamten mężczyzna stuknął mój samochód. - Owszem, bo pani już wtedy stała. Proszę mi obiecać, że nie będzie pani więcej jeździła autostopem. - To zwróćcie mi samochód!
Boże Święty, gdybym mogła jej cokolwiet zwrócić, zwróciłabym jej pamięć. - Nie wyobraża pani sobie - ciągnęła - co to znaczy, kiedy inni kierują pani życiem. - Domyślam się, że to trudne - potwierdziłam.
W duchu modliłam się, bym nigdy nie czuła tego na własnej skórze. - Podrzucę panią do domu.
Ta wizyta oraz pilne uzgodnienia ze stażystami przekreśliły nadzieje na wczesne wyjście z pracy. Skończyłam o 19.00. Wróciłam do domu. Moja współlokatorka Marcia - również lekarka - siedziała w kuchni i sączyła coś orzeźwiającego. - - Mam świetny pomysł. Co byś powiedziała na krótką przejażdżkę rowerem? - zaproponowała. - Wiesz, chętnie, ale... - Ale co? - Miałam zamiar popracować - wieczorami przygotowywałam się do egzaminów z interny. - Wrócimy wcześnie - machnęła ręką. - Jeszcze zdążysz popracować. W maju twierdziłaś, że latem musisz się trochę rozerwać. Przypominam, że jest lipiec, a ty nawet nie zaczęłaś. - Wybierzmy się więc na rower - odparłam i pobiegłam na górę do sypialni, żeby się prędko przebrać. Już po chwili pedałowałyśmy ulicą.
Nasz dom mieścił się w starej podmiejskiej dzielnicy willowej Detroit. Teren był wprost wymarzony dla rowerzystów. Okolica tonęła w kwiatach, wdychałyśmy głęboko zapach świeżo skoszonej trawy. Co za wytchnienie po tak ciężkim dniu.
Jechałyśmy Chalfonte, śliczną boczną uliczką. Marcia po mojej prawej, tuż przy krawężniku o pół roweru przede mną. Przed nami pojawił się stary buick. Wziął zakręt za ostro i zniosło go na naszą stronę uliczki. Marcia rzuciła się na trawiaste pobocze i uniknęła kół samochodu. Nim ja zdążyłam zareagować, auto uderzyło w mój rower. Wyleciałam w powietrze nad jego dachem jak z katapulty.
Marcia twierdzi, że nigdy nie zapomni tamtego dnia. Ja nigdy go sobie nie przypomnę.
Przegląd Reader's Digest 1998 Tłumaczenie: Anna Kołyszko
|