|
Czytelnia 2 -
Dzień, w którym straciłam siebie
|
|
Wpisał Claudia L. Osborn
|
|
Piątek, 15. Sierpień 2008 18:16 |
|
Po 6 tygodniach wakacji Wróciłam do Nowego Jorku na kolejne pięć miesięcy harówki. Kiedy weszłam do bloku, okazało się, że nie mam klucza.
Gospodarz domu mnie wpuścił, a ja odkryłam, że telefon nie działa. Wszystko zaczęło się komplikować. Żeby wezwać kogoś do naprawy telefonu muszę wyjść z domu. Nie mogę wyjść, bo nie mam klucza. No i byłam głodna. Usiłowałam sobie przypomnieć, gdzie się kupuje jedzenie. Nastąpił typowy "potop". Nie mogłam sobie przypomnieć, jak radziłam sobie wcześniej. Chaos w głowie gwałtownie narastał.
Wieczorem zaczęłam obsesyjnie przeczesywać ulice w poszukiwaniu działającego automatu telefonicznego. Mam znaleźć na Manhattanie czynny aparat, jednocześnie pamiętać ponad 30-cyfrowy numer międzymiastowej do mamy i to, co chcę powiedzieć. To za dużo naraz. Znalazłam telefon, a mój "potop był coraz większy. Na dźwięk głosu mamy puściły mi nerwy. - Mamo - rozszlochałam się w ogłuszającym ryku klaksonów i zgiełku ulicy.
Ona najpierw rozproszyła trochę mój strach, a następnie doradziła, bym przenocowała u Lori. Obiecała przylecieć pierwszym samolotem. Potem zadzwoniła do Lori, która zaopiekowała się mną.
Kiedy w końcu dotarłam do swojego mieszkania, mama siedziała na kanapie w holu obłożona czterema torbami z jedzeniem. Nakarmiła mnie, położyła do łóżka, schowała jedzenie i rozpakowała mi walizki. Byłam zbyt otępiała ze zmęczenia, żeby się wstydzić, że matka musi niańczyć 34-letnią córkę.
Nazajutrz zajęła się mieszkaniem. Na wszystkich szufladach, szafkach i na szafie przylepiła kartki z wykazem ich zawartości. Na drzwiach w przedpokoju przyczepiła biały arkusz z przypomnieniem, żebym przed wyjściem przejrzała się w lustrze, a wracając do domu robiła zakupy.
Najbardziej pomogły mi dwie kartki na lodówce. Jedna miała nagłówek: "Co będę jadła dziś wieczór?", a pod spodem pięć prostych posiłków i wykaz, co kupić, by je przygotować. Druga zawierała listę podstawowych artykułów, które zawsze powinnam mieć - masło orzechowe, chleb, zupy w puszkach i tym podobne. To zapas na gorsze dni, kiedy zapomnę o zakupach albo nie będę w stanie ich robić.
Na ubraniach przyczepiła kartki informujące, które góry pasują do dołów. Te etykietki oszczędzały mi podejmowania decyzji. Przez resztę tygodnia ćwiczyłyśmy codzienne domowe czynności. Wreszcie uzbrojona w zaświadczenie z ośrodka, że telefon jest mi niezbędny z powodów zdrowotnych, matka załatwiła w Nowojorskim Biurze Telefonów, że mimo trwającego strajku włączono mi aparat.
Głównym zadaniem drugiego semestru w ośrodku rehabilitacji było pogodzenie się z nową osobowością. - Opowiedz, co będziesz robił za rok. Bądź realistą, ale i optymistą - rzucił wyzwanie Ben-Yishay.
Nie wiedziałam, jakie mogę mieć nadzieje. Wiedziałam tylko, które marzenia już legły w gruzach. Rehabilitacja ciągnęła się znacznie dłużej niż sądziłam. Wiedziałam też, że nie wszystkie moje braki da się wyrównać. - Mam nadzieję robić coś związanego z medycyną. Coś, w czym będę dobra, coś przydatnego - wykrztusiłam, kiedy przyszła moja kolej.
Przegląd Reader's Digest 1998 Tłumaczenie: Anna Kołyszko
|