|
Nienawistne miejsce |
|
|
|
Czytelnia 2 -
Żyć od nowa
|
|
Wpisał Robert DiGulio
|
|
Niedziela, 17. Sierpień 2008 11:45 |
|
Dojechaliśmy do szpitala. Byłem w szoku. Policjant z drogówki wyjaśnił mi, że szofer ciężarówki stracił panowanie nad kierownicą, zarzuciło go w bok i tył jego wozu uderzył w samochód Chrissie. Jacyś ludzie w białych kitlach podali mi wodę i pigułki, mówiąc, żebym je połknął. Usiadłem. Znowu wstałem. Rzuciłem się do ucieczki, ale ktoś mnie dogonił. Poznałem, że to mój przyjaciel, John. - Czy to była duża ciężarówka? - spytałem. - John, czy oni mnie nie oszukują? Gdzie są moje dzieci? Powiedzieli, że Christine zginęła.
Lekarz coś do mnie mówił, ale nic nie słyszałem. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do rejestracji. Za biurkiem stał wysoki mężczyzna. Powiedziałem, że chcę zobaczyć moje dzieci. Kiedy podałem swoje nazwisko, zrobił zbolałą minę i wskazał mi pokój po drugiej stronie korytarza.
Katie. Katie. Nasza dwuletnia córeczka. Znajdowała się na tylnym siedzeniu, przypięta pasami do dziecinnego fotela. Teraz leżała w białym szpitalnym łóżeczku. Część główki miała wygoloną, a na skórze widniała plama krwi. Wziąłem ją na ręce.
Wzdłuż drobnego ciałka, od ramion aż po brzuszek, biegły dwie sine pręgi w kształcie litery "V" - ślad pasów, którymi była przypięta. Jej policzek i prawe ramię spowijały bandaże. Ale ręka nie była złamana, tylko pokaleczona. - Tata - powiedziała Katie na mój widok i wtuliła się mocno w moje ramiona. Przyrzekłem sobie, że nigdy już jej z nich nie wypuszczę.
Ktoś upewniał mnie raz po raz, że Aimee żyje i zaraz tu będzie. Próbowałem wstać, ale brakło mi sił. Siedziałem na dziecinnym łóżeczku przyciskając Katie do piersi. To moja wina, bo ich nie dopilnowałem. Będę ich odtąd pilnował jak oka w głowie.
Otworzyły się drzwi. Ujrzałem Aimee, która obchodziła wczoraj swoje piąte urodziny, a za nią sąsiadów, którzy przywieźli ją do szpitala. Spytałem, czy Aimee wie. Zaprzeczyli. - Hej, tato! Co my tu robimy? - Ze zdziwioną miną obeszła łóżeczko, żeby mnie ucałować. Zobaczywszy Katie w moich ramionach, zrobiła wielkie oczy. - Co jej się stało? - spytała. Słowa ledwo przechodziły mi przez gardło. - Nic poważnego - wyszeptałem. Przycisnąłem do siebie Aimee, która siadła,, obok mnie trzymając palec w buzi. - A gdzie mama? Gdzie Christine? Przełknąłem ślinę i zacząłem łamiącym się głosem: - Aimee, kochanie ... mama i Christine... nie żyją... zdarzył się...
Podskoczyła na łóżeczku i spojrzała na mnie uważnie. - Tato!!! Nie rób żartów! - Naprawdę, Aimee. Tak bardzo chciałbym, żeby to był żart. Wydała dziwny, przeciągły jęk. - Nie tato! Nie! To nieprawda! Mama powiedziała, że będzie żyć bardzo, bardzo długo!
Ssąc palec, położyła się na łóżeczku. Potem znowu usiadła. - Kiedy pojedziemy do domu? Tu jest obrzydliwie! - Niedługo, Aimee. Jak tylko doktor powie, że możemy zabrać Katie.
Lekarze oświadczyli, że Katie powinna zostać w szpitalu do jutra na obserwacji. Za nic w świecie nie zostawię jej samej w szpitalu, odparłem. Czy pielęgniarki mogą wstawić rozkładane łóżko dla mnie i Aimee?
Nie, to niepotrzebne, uznali. Mogę zabrać małą do domu. Pouczali mnie, jak się nią zajmować. Nie rozumiałem, co do mnie mówią.
Jacyś ludzie odprowadzili nas do samochodu. Tak, Aimee, babunia i dziadek też nie żyją. Tak, ja też nie mogę w to uwierzyć. Ściskałem jej rączkę na dowód, że naprawdę jestem. Aimee pogłaskała Katie po plecach, jakby chciała się upewnić o jej istnieniu. W tej chwili pewne było tylko to, czego mogliśmy dotknąć.
Przegląd Reader's Digest 1996 Tłumaczenie: Ewa Krasińska
|
|