|
A jednak - plany na przyszłość |
|
|
|
Czytelnia 2 -
Żyć od nowa
|
|
Wpisał Robert DiGulio
|
|
Niedziela, 17. Sierpień 2008 11:55 |
|
Czułem, że nadchodzi nowy etap. Nadal nie było dnia bym nie myślał o Chrissie, ale zdarzało się, że przez wiele godzin nie wracałem do wspomnień. Tak, zaczynałem się budzić, wychodzić ze skorupy, z ciemnej i przerażającej czeluści. Pierwszy raz cieszyłem się znowu, że żyję - dla swoich córek i dla siebie samego.
Wreszcie nadeszła wiosna. Skopałem ziemię w ogrodzie, po czym razem z Katie i Aimee posialiśmy groszek, sałatę i szpinak. Pomoc Katie polegała na starannym układaniu groszków w płytkiej bruździe tak, by leżały dokładnie 5 centymetrów jeden od drugiego. Popatrzyła na mnie, zadowolna z siebie. - Dobra robota, Katie! - pochwaliłem ją.
Zaraz potem musiałem kazać jej wypluć groch, który wsadziła sobie do buzi. Tymczasem stojąca obok Aimee dopytywała się, dlaczego zakopujemy "nieżywe groszki". A kiedy zabraliśmy się do sadzenia szpinaku, oświadczyła z obrzydzeniem: - Paskudztwo, nie cierpię szpinaku. Idę sobie!
26 czerwca 1981 roku w piątek upłynął rok. Rok od tamtego upalnego ranka, kiedy pojechałem grać w tenisa. Przypominałem sobie, jak Chrissie uchyliła się od pocałunku, jak z domu rozległo się wołanie "maaamaa!", a ja pomachałem Chrissie na pożegnanie i ruszyłem, by nigdy więcej jej nie zobaczyć. Tak się to skończyło.
Pojechałem na cmentarz - zaledwie czwarty raz od pogrzebu. Wydawało mi się zawsze trochę bezsensowne, że ludzie chodzą na cmentarz, żeby tam rozpamiętywać i opłakiwać swoje nieszczęścia. Pojechałem, rozpamiętywałem i opłakałem swoje nieszczęście.
Jednakże odwiedzanie cmentarza ma pewien sens. Może stać się rodzajem barometru, który pozwala oceniać rozmiar bólu odczuwanego po stracie bliskich i porównywać jego intensywność podczas kolejnych wizyt.
Od razu zdałem sobie sprawę, że jest on mniej dotkliwy niż przed pół rokiem. Do mojej świadomości zaczynał docierać fakt, że Chrissie i Christine nie żyją. Potrafiłem nawet wypowiedzieć te słowa, nie czując ściskania w gardle.
W miarę jak coraz częściej myślałem o przyszłości rosło we mnie pragnienie, by wrócić na uniwersytet i podjąć studia doktoranckie. Zamówiłem katalogi różnych uczelni i wertowałem je przez następne miesiące, aż wreszcie mój wybór padł na Uniwersytet Connecticut prowadzący studium doktoranckie poświęcone badaniom nad rodziną. Wystałem podanie, a jesienią przyszła odpowiedź, że zostałem przyjęty i z dniem l stycznia 1982 roku mogę zaczynać.
Przegląd Reader's Digest 1996 Tłumaczenie: Ewa Krasińska
|