HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY (2) - Kierunek: Anglia Drukuj Email
Czytelnia 2 - Historia kołem się toczy
Wpisał Anselma Głowacz   
Czwartek, 12. Sierpień 2010 22:38

 

   31 grudnia 1948

   Zamiast na przygotowaniach do pożegnania roku, spędzam czas na dworcu w Grazu, żegnając najbliższych. Butelka likieru krąży z ręki do ręki. Próbujemy się śmiać, jesteśmy dziwnie zmieszani, nie możemy znaleźć właściwych słów. Za chwilę ruszy pociąg, stoję w oknie, z drugiej strony Rudi z moim psem szpicem Pupilem. Tulimy twarze do psiego futerka, które wchłania nasze łzy. Jeszcze próbujemy się oszukać, ale gdzieś w głębi siebie wiemy, że to pożegnanie na zawsze. „Koło historii" rusza. Po drodze zatrzymujemy się w Holandii, dosiadają się dalsze ochotniczki. Doliczam się około 30 Austriaczek. W pociągu są też młode Niemki, lecz w osobnych wagonach. Ich obecność jest tolerowana, nie mniej i nie więcej. Patrzę, jak wsiadają do pociągu. Nienawiść? Mimo czasu wojny i cierpień, jakich nasza rodzina zaznała, nie mogę się na nią zdobyć. Widzę młode kobiety, tak samo zabiedzone i zastraszone jak my. Do dzisiaj staram się na pierwszym miejscu widzieć człowieka, a nie jego narodowość, religię czy poglądy. Na własnej skórze nieraz odczułam, jak bardzo niesprawiedliwe jest inne podejście do życia.

   Dojeżdżamy do portu. Na statku znowu podział, my na dole, Niemki na górze. Nerwy pomału puszczają i zaczynam się czuć jak wycieczkowicz. Jest to moja pierwsza podróż morska. W dzieciństwie nasłuchałam się masę opowiadań o morzu. Mój ojciec służył w czasie l wojny światowej przez 4 lata w marynarce wojennej. Staram się sobie przypomnieć, co opowiadał. Jak na złość przypomina mi się, że grudzień jest jednym z miesięcy, w którym szaleją sztormy i burze. Gdzieś z zakamarków mózgownicy wyciągam informację, że zanim się polka na morzu na dobre zacznie, należy przepłukać żołądek sznapsem. Niestety, w całym zamieszaniu zapominam o dobrej radzie ojca. Czekamy na przydzielenie kabin. Teraz mam okazję trochę bliżej się przyjrzeć moim towarzyszkom podróży. Miłe dziewczyny z całej Austrii, lekko przerażone wyprawą w nieznane. Wygrzebuję ze swoich rzeczy butelkę mojego ulubionego likieru gruszkowego pozostałego z pożegnania na dworcu i usiłuję wprowadzić nastrój sylwestrowy. Na chwilę zapominamy, gdzie i kim jesteśmy. Coraz żywsze kołysanie statkiem budzi moją ciekawość. Udaje mi się namówić Rosemarie i idziemy na pokład.

   Jak się później okazało, fatalna decyzja. Mało, że fatalna, to jeszcze nieodwracalna. Coraz więcej dziewczyn wybiega na pokład w wiadomym celu, wąskie schodki znają tylko jeden kierunek - na pokład. Jeszcze mam nadzieję, że udało mi się oszukać los, likier zamiast sznapsa. Jestem wściekła na siebie. Trzeba było słuchać ojca! Ubrana w najlepsze, co miałam, pamiętam jak dzisiaj, biały płaszczyk i zielone buty na korku, ślizgam się po trybutach złożonych morzu na pokładzie statku, Rosemarie ze mną. W miarę jak opróżniają się nasze żołądki, poprawia się nastrój. Szukamy jakiejś rozsądnej kryjówki, statek przechyla się gwałtownie i lądujemy w dla nas przynajmniej bliżej niezdefiniowanym pomieszczeniu, na stercie węgla. Tylko poczucie humoru może nas jeszcze uratować, patrzymy na siebie i musimy się śmiać. Wyglądamy jak zmokłe kury panierowane w węglu. Nad ranem statek zawija do portu. Mimo że przed nami jeszcze kawał podróży, oddychamy z ulgą. Jesteśmy brudne i zmęczone, nasze ubranie jest przemoknięte. Ciągle nam się wydaje, że podłoga pod nogami się kiwa. Na dworcu dostajemy gorącą herbatę i nasze pierwsze angielskie sandwicze. Nastrój polepsza się gwałtownie. Wsiadamy do nagrzanego pociągu, który ma nas zawieźć do stacji docelowej Dewsbury. Jesteśmy w Anglii.

   ANGLIA - Dewsbury 1949

   Osiedle fabryczne. Rozglądam się, dookoła ponure budynki, jak się ma potem okazać, większość z nich to nasze przyszłe miejsce pracy. Dwa pozostałe to budynek mieszkalny dla robotników, który później został przez nas dumnie nazwany hotelem i kantyną. Trzymam się Rosemarie, bo we dwójkę jakoś raźniej. Z natury odważna, w tym obcym otoczeniu czuję się dziwnie speszona i niepewna. W Austrii nasz dom był położony pod lasem, granica dom - las prawie nie istniała, byliśmy bez przerwy w ruchu, do domu przychodziło się jeść i spać. W nocy usypiał nas szum drzew i strumyk, który płynął w skos naszego ogrodu.

   Tutaj nie ma prawie w ogóle zieleni, trochę trawy, która usiłuje się przebić przez szpary w chodniku, między budynkami, parę drzew dziwnie zagubionych w ponurym krajobrazie. Idziemy do „naszego" budynku. Nie ma co narzekać, pokoje są duże i jasne, przy każdym pokoju łazienka i jedna wspólna kuchnia, która zupełnie wystarczy - w końcu jest kantyna. Z ulgą zaczynamy zajmować swoje kąciki, rozpakowywać rzeczy i, co za radość, możemy się wreszcie po długiej podróży wykąpać. Te z nas, które są gotowe, próbują nawiązać pierwsze kontakty między sobą. Słucham jednym uchem, ta duża blondynka jest z Klagenfurtu, tamta mała z Wiednia. Boli mnie głowa i najchętniej poszłabym spać, ale mamy spotkanie w świetlicy i muszę jeszcze trochę poczekać. Właściwie dopiero teraz naprawdę się dowiem konkretnie, co mnie czeka. Dowiadujemy się, że praca zaczyna się o 7.30, czyli pobudka o 6, śniadanie w kantynie, o 12 obiad, od 13 do 17 praca, potem lunch i czas wolny. Pracujemy od poniedziałku do piątku, co tydzień dostajemy pieniążki. Wbrew oczekiwaniom jest wesoło. Wreszcie na miejscu. Pomału ustępuje napięcie - już wiemy, gdzie jesteśmy, jak będziemy żyć przez najbliższy czas, koleżanki są miłe, ludzie, którzy przyszli nas przywitać i z którymi albo dla których będziemy pracować, całkiem w porządku.

   Nie wszystko rozumiem, moja znajomość języka jest taka sobie, ale to, co rozumiem, wystarczy, by się w miarę uspokoić. Jemy kolację i wreszcie idziemy spać. Padam do łóżka jak kłoda. W środku nocy budzi mnie potworny ból głowy, budzę Rosemarie, okazuje się, że mam wysoką gorączkę, próbujemy jakoś sobie poradzić, ale nie mamy ze sobą żadnych lekarstw.

   Rano Rosemarie zawiadamia naszego szefa, który natychmiast przysyła lekarza. Lekarz kieruje mnie do szpitala. Jestem w skrajnej rozpaczy, w obcym kraju, między ludźmi, z którymi nie bardzo mogę się dogadać, boję się - nie wiem, jak bardzo jestem chora, wyjaśnienia lekarza rozumiem piąte przez dziesiąte, ale nie mam odwagi pytać. Co z pracą? Pierwszy dzień, a ja leżę w szpitalu! Na sali jest nas dwadzieścia, wokół każdego łóżka parawanik, który w czasie badania zostaje zasunięty. Na środku sali stolik z kwiatami,
szafki nocne służą wyłącznie do przechowywania przyborów toaletowych i napojów. Rosemarie przynosi mi niezbędne rzeczy i opowiada o pracy i nowych znajomościach. Okazuje się, że mam zapalenie płuc, poza tym wszystko jest w porządku, niemniej najbliższe 10 dni muszę spędzić w szpitalu. Wracam bardzo szybko do zdrowia, prawdopodobnie nie tylko dzięki lekarstwom, ale także dzięki temu, że po raz pierwszy od lat zaznałam spokoju i po raz pierwszy od lat otrzymywałam trzy razy dziennie pełny posiłek. Po powrocie do „hotelu" leżałam jeszcze parę dni, koleżanki opowiadały mi swoje przeżycia w fabryce. Wydawało mi się, że jestem przynajmniej teoretycznie przygotowana do nowej pracy, okazało się jednak, że między praktyką a teorią jest wielka różnica. Nigdy w życiu nie pracowałam w fabryce. Na sam widok olbrzymiej hali zamarłam z wrażenia, w mojej wyobraźni wszystko było nieco mniejsze. Nie miałam pojęcia, co i jak się robi na krosnach! Okazało się, że wszystkiego się można nauczyć. Pierwsze dni były strasznie męczące, jak się później z rozmów dowiedziałam, nie tylko dla mnie. Żadna z nas nie miała doświadczenia w tym zawodzie, do tego dochodziły jeszcze trudności językowe. Wreszcie nadszedł piątek, a z nim pieniążki i pierwsza wyprawa z Rosemarie do miasta. Dewsbury okazało się typowym przemysłowym miasteczkiem. Gdzie okiem sięgnąć fabryki. Jakoś dotarłyśmy do centrum i cała nasza uwaga skoncentrowała się na sklepach. Nie mogłyśmy wyjść z podziwu. Rzeczy, o których się nam nawet nie śniło przez ostatnie parę lat, leżały na wystawach i najwyraźniej nie sprawiały żadnego wrażenia na tubylcach. Na początku nie miałyśmy odwagi wejść do sklepu, więc oglądałyśmy wystawy, starając się zapamiętać sobie ceny, żeby później w spokoju móc przeliczyć na szylingi, nie miałyśmy bladego pojęcia, co jest tanie, a co drogie. Nie mogłyśmy się napatrzeć, największe wrażenie sprawił na nas olbrzymi wybór mydeł i perfum. Jak one pięknie pachniały! Dominowały bez i konwalie. Co chwilę brałyśmy coś do ręki, jakieś mydło, kosmetyki. W którymś momencie zauważyłyśmy podejrzliwe spojrzenie sprzedawczyni i postanowiłyśmy odłożyć sprawę do czasu, aż się zorientujemy, na co możemy sobie pozwolić, a co musi pozostać w sferze marzeń. W czasie spaceru rzuciło nam się w oko, że oprócz nas kręci się cała masa obcokrajowców, później dowiedziałyśmy się, że są to przeważnie Polacy. W niedzielę wszyscy szli do kościoła, który później stał się miejscem spotkań dla obcokrajowców.

   Następne tygodnie były dla mnie czasem intensywnej nauki i to nie tylko w fabryce, wszystko wokół mnie było nowe. Między sobą rozmawiałyśmy po niemiecku, ale coraz częściej dawał się odczuwać brak znajomości angielskiego.

Cdn.

   ANSELMA GŁOWACZ. „HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY'. Wydawnictwo Poligraf. Brzezia Łąka. Cena 29,90 zł.

   Książka do nabycia m.in. w księgarniach sieci Empik lub w wydawnictwie: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.