|
W parafii w każdą sobotę odbywały się wieczorki taneczne, które dawały możliwość nawiązania nowych znajomości, ale jak łatwo się domyślić, język niemiecki nie należał do ulubionych. Naszych pracodawców ten problem nie interesował, ale inni pracownicy starali się nam pomóc w nauce podstawowych zwrotów. Nauka języka przychodziła nam stosunkowo łatwo, w końcu byłyśmy młode, przeciętna wieku między 20 a 25. Życie zaczęło nabierać pewnego rytmu. Od poniedziałku do piątku praca - przez to trzeba przebrnąć, ale za to od piątku zaczynała się przyjemna część programu, po pracy pieniądze, szybko do pokoju, umyć się, przebrać i w drogę. Na pierwszym miejscu stały zawsze zakupy, przeważnie coś do ubrania, później „luksusy": szminka, perfumy. Żadna z nas nie oszczędzała, zostawiałyśmy sobie jakieś minimum na papierosy i na tzw. wszelki wypadek, no a potem byle do piątku. Gdzieś od połowy tygodnia zaczynałyśmy snuć plany. Wiadomo było, że w sobotę idziemy na tańce, była to jedyna możliwość, żeby kogoś poznać spoza terenu fabryki. Takiej możliwości nie pozostawia się przypadkowi, bez końca przeglądałyśmy żurnale, wypróbowałyśmy fryzury, poddawałyśmy nasze włosy jakimś dziwnym zabiegom. Nasza garderoba, z której byłyśmy tak dumne w Austrii, nie odpowiadała tutejszym wymogom, zaczął się okres przeróbek i przedziwnych kombinacji, pomału wstępowało w nas życie. W sobotę grupami po 2-3 dziewczyny szłyśmy do parafii, duża sala, pod ścianami stoliki, z boku gramofon - czas na zabawę. Na początku wieczora stoliki dzieliły się na „męskie i żeńskie", ale taniec okazał się najlepszym środkiem komunikacji, towarzystwo do końca wieczora było dokładnie wymieszane. Bariera językowa nie była tak potężna jak w innych sytuacjach, w końcu wszyscy byliśmy „obcy" i ewentualne błędy językowe nikomu z nas nie przeszkadzały, najważniejsze było, żeby się w ogóle porozumieć. Powstawały pierwsze pary. W naszym „domu" zrobiło się wesoło, plotki zaczęły kursować, życie, które pozostawiłyśmy poza sobą w Austrii, zaczęło się coraz bardziej oddalać i tracić na ważności, pomału przestałyśmy żyć przeszłością i zaczęłyśmy robić plany, snuć marzenia. O rodzinach i najbliższych przypominały nam listy, z początku częste, później przychodzące coraz rzadziej. RUDI, niestety, nie pisał nic nowego, na razie nie zanosiło się na żadne zmiany, zastanawiałam się, jak mogłabym mu pomóc, rozmawiałam z Marry, która poradziła mi w ogóle się nie przyznawać, że mój narzeczony jest Niemcem. Było mi bardzo ciężko, nie spałam po nocach, próbując znaleźć jakieś rozsądne rozwiązanie, w ciągu dnia chodziłam nieprzytomna. Z początku nie bardzo rozumiałam, dlaczego Marry mi poradziła nie zwierzać się z moich kłopotów sercowych, ale z biegiem czasu odczułam, jak wielka była nienawiść do Niemców. Podczas spacerów po mieście rozmawiałyśmy między sobą po niemiecku, niektórzy ludzie wręcz przechodzili na drugą stronę ulicy. Z czasem ludność Dewsbury zorientowała się, że jesteśmy pracownikami tamtejszej fabryki i że pochodzimy z Austrii, to nam trochę pomogło, ale doszedł następny problem, byłyśmy katoliczkami, co też nie było mile widziane, większość mieszkańców Dewsbury była wyznania protestanckiego. Z Anglikami, pominąwszy pracowników fabryki, no i księdza, nie miałyśmy prawie w ogóle kontaktów, wyjątkiem była Marry, szefowa kantyny. Któregoś dnia zaprosiła mnie do siebie do domu. Było to wielkie wyróżnienie. Z tego, co zauważyłam, Anglicy spotykali się głównie w pubach, do domu zapraszano rodzinę i ewentualnie bardzo dobrych przyjaciół. Powiedzenie: „My home is my castle" - jeśli chodzi o Anglię, mogę w pełni potwierdzić. Całą noc nie mogłam spać z wrażenia, po głowie chodziło mi tysiąc myśli - jak się zachować, czy przynieść coś w prezencie jako podziękowanie za zaproszenie, w końcu zrezygnowałam z wiecznych kombinacji, Marry wiedziała, że nie należę do najbogatszych. Poszłam pod podany mi adres, ale nie miałam odwagi zastukać do drzwi, już miałam odejść, jak przede mną stanęła śmiejąca się Marry - szukasz dzwonka? U nas się puka. Marry miała niezwykle wyczucie dla tzw. dziwnych sytuacji, tak i tym razem, objęła mnie i wprowadziła do domu. Rozglądałam się dokoła z otwartą buzią, nigdy przedtem nie byłam w typowym angielskim domu, Marry prawdopodobnie zauważyła, jak mi oczy gonią, i zaproponowała przeprowadzkę. Dom nie był duży, na dole mieszkali rodzice, tam też znajdował się leavingroom, na górze urzędowała Marry z mężem i z synem, który niedawno się rozwiódł i wrócił do „swojego" pokoju. Mama Marry upiekła ciasto na moją cześć, byłam okropnie zażenowana, po raz pierwszy, odkąd przyjechałam do Anglii, spędzałam czas tak jak prawdopodobnie tysiące Anglików, w normalnym domu, w normalnej rodzinie. Na początku rozmowa nie bardzo się kleiła, ale parę kieliszków brandy rozwiązało mi język, rodzice Marry byli prze-sympatyczną parą, ona - bardzo stanowcza i głośna, on - cichutki i potakujący dla świętego spokoju. Zadawali mi masę pytań. Co robiłam w czasie wojny? Powinnam była się tego pytania spodziewać, mimo wszystko zaskoczyło mnie, w Austrii nikt z nas nie chciał snuć wspomnień. Nie bardzo wiedziałam od czego zacząć. Od śmierci ojca, aresztowania Anselma? Jąkając się, zaczęłam opowiadać, najpierw o tym jak w zgrupowaniu Selma pracowałam jako kurier, o naszej siedzibie w knajpie Żur Schwarze Katze w Grazu, o aresztowaniu brata. W czasie jego nieobecności przechowywaliśmy ludzi, przemycaliśmy dokumenty. Właściwie więcej do opowiadania miałam o Anselmie, to on był motorem. Zwolniony w 1943 roku wrócił z Da-chau do domu. Na drugi dzień został wezwany do Gestapo. Propozycja - pracuj dla nas, w zamian wyślemy cię na leczenie do sanatorium w Grim-menstein, odmówisz - zabierzemy się za twoją rodzinę. Selmo doszedł do wniosku, że Grimmenstein się znakomicie nadaje na kontynuowanie jego walki z Niemcami i chętnie się zgodził. Ściągnął żonę i dziecko - zamieszkali u chłopów, niedaleko sanatorium, parę tygodni później dojechałam do nich. Na jednej górce sanatorium, na górce vis-a-vis my, między nami Feistritz. Zaczęło się gromadzenie broni, zebrania. Punkt był znakomity, jak było niebezpiecznie, ściągałyśmy pieluchy ze sznura - tego rodzaju operacja nikogo nie dziwiła, a Selmo z okna widział, kiedy może ludzi do nas przysyłać. Gdy dowiedzieliśmy się, że Rosjanie się zbliżają, zadecydowaliśmy, że Selmo z rodziną pojadą do Wiednia, ja wróciłam do Grazu. Rodzina ucieszyła się, że jesteśmy zdrowi i cali, ale do spokoju było daleko. Jeszcze starczało czasu, żeby mnie zaaresztować i skazać na śmierć - Gestapo chciało koniecznie wiedzieć, gdzie jest Selmo - mieli otwarty rachunek. Siedziałam w więzieniu oskarżona o zdradę kraju, w przeddzień egzekucji Rosjanie nas wyzwolili. Wolność wykorzystałyśmy tak, żeby jak najszybciej ukryć się w lesie przed naszymi wyzwoleńcami. Opiekowaliśmy się nadal zbiegami, niestety, nie zawsze byli wdzięczni, jak np. Żenią, który nam wylądował ze spadochronem w ogrodzie. Przechowywaliśmy go aż do nadejścia Rosjan (byli już w Grazu, ale jeszcze nie dotarli do nas), podobnie zresztą jak paru Anglików, Francuzów, nawet jakaś Australijka się u nas zaplątała. Nadejście Armii Rosyjskiej, mimo tego że oznaczało koniec wojny, nie napawało nas radością, tyle opowieści zdążyliśmy się nasłuchać. Oczywiście nadszedł dzień, kiedy weszli do naszego domu. - Żenią mnie wprawdzie uratował przed nimi, mówiąc, że jestem jego żoną. W swojej naiwności cieszyłam się, że taki wdzięczny - po wyjściu gości oświadczył, że czasy się zmieniły i jako jego żona muszę być do jego ciągłej dyspozycji - ciarki przeszły mi po plecach. Przeprosiłam na chwilę i czmychnęłam przez okno w łazience.
DZIĘKI Bogu robiło się późno, do dzisiaj niechętnie rozmawiam o tym tak ciężkim dla naszej rodziny okresie, wykorzystałam porę i zwiałam, niemniej wizyta ta była początkiem wielu niezapomnianych wieczorów. Patrząc wstecz, często się zastanawiam, czy Marry nie knuła jakichś planów matrymonialnych między mną a jej synem, który nieco później zginął tragicznie w niewyjaśnionych okolicznościach, ale wtedy miałam tylko Rudiego w głowie. Nic mi nie szło, na niczym nie mogłam się skoncentrować, ciągle wydawało mi się, że gdzieś istnieje rozwiązanie dla moich problemów, że może ktoś mi może pomóc. Czas mijał, zbliżała się Wielkanoc i przygotowania w parafii, ponieważ wszyscy z nas byli z daleka od rodzin, ksiądz postanowił zorganizować specjalny wieczór. Byłam odpowiedzialna za muzyczną część wieczoru, fortepian i śpiew. Im bardziej się zbliżał termin, tym bardziej byłam przerażona, do tego stopnia, że parę godzin przed uroczystością prawie kompletnie straciłam głos. Wieczór był bardzo udany, wśród gości był mężczyzna, który mi już przedtem wpadł w oko w kościele. Bardzo przystojny, ale zawsze w towarzystwie kolegi. Tym razem siedzieli z panią, zauważyłam, że często patrzą w moją stronę, miałam wraże- nie, że mówią o mnie, w końcu poprosili mnie, żebym się do nich dosiadła, co bardzo chętnie uczyniłam. Okazało się, że panowie są z Polski, Ryszard i Andrzej, pani była Angielką i nazywała się Barbara (chyba Klosin-scy - mieszkają obecnie w USA). Spędziłam z nimi uroczy wieczór, An-di (tak zwracali się wszyscy do Andrzeja, którzy podobnie jak ja nie byli w stanie wymówić polskiego imienia) był bardzo nieśmiały i bałam się, że nie będzie miał odwagi się ze mną umówić.
BYŁO bardzo późno i cała trójka postanowiła mnie odprowadzić do domu, przy pożegnaniu Andi spytał, czy moglibyśmy się nazajutrz spotkać. Hurra! Pełna mieszanych uczuć poszłam spać, na następny dzień czas nie chciał mijać, co chwilę patrzyłam na zegarek, strasznie się cieszyłam, że spędzę dzień z kimś spoza fabryki, nie mówiąc już o tym, że Andi mi się bardzo podobał. Już z daleka widziałam, że stoi przed bramą, bardzo elegancki i bardzo przystojny. Moje koleżanki stały w oknie i obserwowały, jak chodzi nerwowo tam i z powrotem. Nie miałam pojęcia w jakiej sytuacji finansowej się znajduje, więc na wszelki wypadek zaproponowałam spacer wzdłuż rzeki. Był to jeden z pierwszych dni wiosny, piękna pogoda. Andi opowiadał mi o sobie, a umiał opowiadać. Słuchając go, wydawało się, że bierze się samemu udział w niektórych wydarzeniach. Zupełnie nowy świat otwierał się przede mną, kiedy Andi opowiadał o polowaniach, na które chodził jako chłopiec z ojcem - gdzieś między Lwowem a Lublinem - nic mi to wtedy nie mówiło - ale słuchałam jego opowieści jak bajki dla dzieci. Opowiadał mi o Narolu, majątku Jadwigi i Władysława Korytowskich (dawne Roztocze Lwowsko-Toma-szowskie). Zimą zdarzały się podobno polowania, które trwały czasami dwa dni. Zjeżdżało wtedy do Narola kilkunastu myśliwych, między innymi ojciec Andiego, który w tym czasie był prezesem sądu w Zamościu. Na ogół byli to obywatele ziemscy z sąsiedztwa, lekarze, palestra z Tomaszowa i Lubaczowa. Polowano na zające, dziki, kozły, kuropatwy, kaczki i słonki - w zależności od terminów ochronnych. Wczesnym rankiem po szybkim śniadaniu wyjeżdżali saniami do lasu ubrani w myśliwskie stroje, z dubeltówkami. Tam przygotowane były stanowiska przez służbę leśną, a leśniczy wskazywał każdemu z myśliwych jego miejsce. Po ulokowaniu wszystkich dawał znak do rozpoczęcia polowania, grając na rogu. Ruszała wtedy nagonka i bijąc kołatkami, płoszyła zwierzynę. Koło południa panie domu wysyłały śniadanie zagłodzonym myśliwym. Na takie śniadanie podawano przeważnie bigos i flaczki, pieczywo i oczywiście alkohol na rozgrzewkę. Kotły z bigosem i flaczkami podgrzewane były w gajówce. Po śniadaniu dalsza część polowania, które również kończył leśniczy, grając na rogu. Wieczorem odbywał się obiad, w którym brały udział również panie. Cdn.
ANSELMA GŁOWACZ. „HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY'. Wydawnictwo Poligraf. Brzezia Łąka. Cena 29,90 zł. Książka do nabycia m.in. w księgarniach sieci Empik lub w wydawnictwie:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
|