HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY (4) - Opowieści o Polsce i Polakach Drukuj Email
Czytelnia 2 - Historia kołem się toczy
Wpisał Anselma Głowacz   
Czwartek, 19. Sierpień 2010 21:32

   Andi jako dziecko mieszkał po części w Lublinie i w Zamościu, dopiero w 1935 roku rodzina przeprowadziła się do Krakowa. Cieszyłam się na każde spotkanie i opowieści ciąg dalszy, a było ich wiele i przenosiły mnie w nieznany świat. Z czasów „Zamościa" opowiadał mi bardzo dużo, i tak dowiedziałam się o zaprzyjaźnionej rodzinie mieszkającej w Narolu. Narol, jeśli wierzyć opowieściom, był pięknie położony. W zimie jako dziecko Andi jeździł na nartach z córką przyjaciół rodziców, Zosią Sulimierską. Toczyły się opowieści o spacerach końmi do lasu, wyjazdach do wodospadów rzeki Tanwi we wsi Rebizanty, zwanej także Szumami. Zabierali kosze z jedzeniem i spędzali całe dnie na chodzeniu po progach, jakie wyżłobiła rzeka i po których spadała woda (stąd też nazwa - szumy). Dom państwa Kory-towskich, u których rodziny Głowaczów i Sulimierskich często spędzały wakacje, był uroczym typowym dworkiem szlacheckim z kolumienkami, podjazdem, strzyżone trawniki i klomby z czerwonymi kannami i begoniami. W letnie wieczory siadywali na ganku, między nimi psy - rodzina An-diego miała psa myśliwskiego, chyba wyżła, który nazywał się Mars. Słuchając opowieści, miałam czasami wrażenie, że siedzę obok nich, a przecież tak inny był świat, w którym spędzałam swoje dzieciństwo.


   KIEDY indziej uśmiałam się serdecznie, jak Andi opowiadał mi o „wizytach" samolotów, które podobno miały miejsce w Narolu parę razy. Raz awaryjnie wylądował samolot wojskowy. Ponieważ został uszkodzony przy lądowaniu na zoranej ziemi, odesłany został pociągiem, a pilot spędził w gościnnym Narolu parę dni. Innym razem lądował samolot z szybowcem, kiedy indziej jakaś para leciała na dancing do Poznania i koniec końców przymusowo wylądowała w Narolu. Kiedy indziej opowiadał mi o konkursie lotników w 1934 roku, zwycięzca o imieniu Bajan krążył nad majątkiem przez kilka minut na zmianę, wznosząc się i zniżając, jakby miał zamiar wylądować, Andi z Zosią biegali podnieceni, nie wiedząc, o co chodzi. Po kilku dniach przyszła kartka z Lwowa od lotników, którzy przepraszali za te dziwne harce, ale chcieli się podzielić z całym światem swoją radością ze zwycięstwa Polaka w zawodach.


   NAJBARDZIEJ na tym całym zajściu skorzystali panowie, którzy „na przeprosiny" zostali samolotem „przewiezieni" nad Narolem. Z tych opowieści poznawałam nie tylko Andiego, ale też jego kraj, architekturę i Polaków. Pamiętam, że kiedyś cały wieczór opowiadał mi o pałacu w Narolu. Była to wspaniała rezydencja barokowo-klasycystyczna, podobno jedna z najpiękniejszych w Polsce. Pałac ten został zbudowany pod koniec XVIII wieku przez przodków pani Korytowskiej. Był otoczony 20-hektarowym parkiem, który dekorowały posągi mitologicznych postaci, posiadał ponad 30 pięknie urządzonych pokoi, ogromną bibliotekę, galerię portretów, wielką salę balową. Do pałacu wiodła stara aleja lipowa. Po śmierci męża pani Korytowska mieszkała w pałacu sama otoczona liczną służbą. W ogrodach hodowano owoce i nowalijki, w oranżerii egzotyczne krzewy. Hrabina Korytowska była osobą starszą i z racji swoich dolegliwości nie mogła już jeść tych wspaniałych dań, jakie mógł wyczarowywać kucharz. Niemniej nawet najskromniejsze dania były podawane zawsze na srebrnych półmiskach. W czasach, gdy jeszcze żył mąż pani hrabiny, opowiadano, że dom prowadzony był na tak wysokim poziomie, że w razie niespodziewanej wizyty cesarza Franciszka Józefa nic by nie zostało dodane i nic ujęte. Pani Korytowska wspominała cesarza, gdyż jej mąż miał kiedyś jakieś funkcje u dworu w Wiedniu. Słuchałam tego wszystkiego z zainteresowaniem, ale też trochę z niedowierzaniem. Nie znałam takiego życia, nie wiedziałam, że w ogóle coś takiego naprawdę istnieje.

   Trochę mnie niepokoiły te opowieści, wyrastaliśmy w tak różnych środowiskach. Czy przeżycia wojenne będą w stanie zatrzeć doświadczenia z dzieciństwa tak, abyśmy mogli zacząć nasze życie od nowa? Nasze wspomnienia z dzieciństwa wymażą i zaczniemy jakby od zera. Byłam wtedy za młoda, żeby naprawdę nad tym tematem rozmyślać - a szkoda, może byłoby lepiej dla nas. Jakby nie było, chciałam poznać historii ciąg dalszy i Andi opowiadał.

   Pani Korytowska spędzała w Narolu tylko lato. W październiku cały dom przenosił się do Lwowa, gdzie posiadała mały pałacyk. W Narolu pozostawał tylko stary kamerdyner. We Lwowie też rozegrał się ostatni etap jej życia. Gdy wybuchła wojna i wiadomo było, że Niemcy posuwają się na wschód, Andi z mamą i z rodziną p. Sulimierskich wyjechali, kierując się do majątków Korytowskich na Podolu. Jechali kilkoma wozami (samochodem byłoby zbyt niepewnie ze względu na trudności z benzyną). Mars, wyżeł ojca Andiego, biegł za wozami i nie dał się zawrócić do domu. Gdy 17 września wkroczyli bolszewicy, hrabina zdecydowała się jechać do Lwowa. Z wybuchem wojny łączy się też ostatnia wizyta w Narolu. Andi przyjechał z mamą z Krakowa, gdy Niemcy zaatakowali Polskę, bo w Narolu było wtedy jeszcze względnie spokojnie. Bombowce niemieckie latały nad okolicą i jak spadło parę bomb, pan Sulimierski postanowił, że na dzień będą wyjeżdżać do lasu, a noc spędzać w domu. Każdy przelot bombowców ogromnie denerwował mamę Andiego i to do tego stopnia, że nie pozwalała dzieciom głośno mówić. Pan Michał, który się nimi opiekował w lesie, śmiał się i kiedyś podobno powiedział: „Proszę pani prezeso-wej, oni i tak nie usłyszą, przecież to tak jakby komar brzęczał w dziesiątym pokoju".


   FRONT się zbliżał, Andi z mamą zabrali się autobusem z innymi uciekinierami w kierunku Krakowa. Rodzina państwa Sulimierskich wyruszyła w kierunku Rumunii, dotarli pod Tarnopol, gdzie ich zatrzymano i obrabowano. Dalszą część tej historii opowiedziała mi dużo później Zosia Sulimierską. Pan Sulimierski usiłował podtrzymać panie na duchu, twierdząc, że najważniejsze, że żyją. Dzięki pomocy rządcy, który miał rodzinę w Tarnopolu, znaleźli dach nad głową i przez kilka dni spali u nich pokotem na podłodze. Mars z nimi, co wiązało się z dodatkowymi problemami. Był psem myśliwskim i reagował na każdy strzał, myśląc, że to polowanie i ma coś aportować. Nie znosił motocykli i o mały włos zapłaciłby życiem, bo nie spodobał mu się ruski żołnierz na motocyklu. Zosia podniosła straszny krzyk, Mars wrócił, a żołnierz dał spokój. Gdy tylko pojawiły się możliwości wyjazdu z Tarnopola, wyruszyli do Lwowa. Nie było miejsc i, niestety, musieli Marsa zostawić u leśniczego spod Tarnopola, zostawili jakieś pieniądze na jego utrzymanie, licząc na to, że niedługo po psa wrócą. We Lwowie udali się do Sióstr Notre Damę, gdzie Zosia przed wojną chodziła do szkoły z internatem i odebrali jej rzeczy. Byli bogaci! Mieli kołdrę i poduszkę i trochę zimowych rzeczy Zosi. Potem znowu bydlęcy wagon i nareszcie Bełżec. Niestety, nie było koni, które zawsze czekały na nich, gdy przyjeżdżali na święta czy wakacje. Był natomiast Żyd z Narola z furką i biednym koniem. Gdy ich zobaczył, rzucił się na nich uradowany i całując ojca Zosi w rękę, powiedział: „Panie dyrektorze! Gdybym dziś zrobił najlepszy interes, nie cieszyłbym się tak jak z tego, że wiozę pana do Narola". Pan Sulimier-ski był bardzo lubiany i szanowany przez Żydów narolskich, z którymi robił jakieś interesy. Jak to wtedy bywało między dworem a miasteczkiem. Państwo Sulimierscy zastali swój dom kompletnie wywrócony do góry nogami. Był w nim szpital. Bandaże, krew, brudy. Doprowadzili wszystko do ładu i było jako tako. Służba folwarczna chodziła z czerwonymi opaskami i nikt za bardzo nie wiedział dokładnie, o co chodzi. Byli to już inni ludzie, niż ci, których znali całe lata i których uważali za wiernych i oddanych. Pan Suli-mierski wkrótce musiał się ukrywać, szukali go bowiem Rosjanie, a potem Niemcy. Zawsze był politycznie i społecznie zaangażowany, więc pewnie dlatego wysuwana była przed wojną jego kandydatura na senatora.


   WKRÓTCE po powrocie do Narola pojawił się ojciec Andiego, szukając żony i syna. Był parę dni, ale ponieważ nie było żadnych wieści, wyruszył na dalsze poszukiwania. Bolszewicy byli w Narolu krótko. Zajęli pałac, po ustaleniu granicy na linii Curzona wycofali się, zabierając wszystko, co się dało z pałacu. Przyszli Niemcy i ponieważ nie było pana Sulimierskiego, a przede wszystkim hrabiny, przejęli majątek. Pod koniec października państwo Sulimierscy stwierdzili, że trzeba dzieci wysłać do szkoły. Wynajęli małe mieszkanie w Lublinie i kilkoma wozami, zalewając się łzami, żegnani przez wierną służbę opuścili swój dom. Taki był koniec Narola. Koniec pięknego dzieciństwa Andiego i dzieci państwa Sulimierskich. Po wojnie mama Andiego pomogła państwu Sulimierskim znaleźć mieszkanie w Krakowie i zaprzyjaźnione rodziny zeszły się znowu razem, niestety, nie wszyscy przeżyli wojnę.

   Andi wynajmował mieszkanie do spółki ze swoim przyjacielem Ryszar-dem. Ryszard studiował, Andi nie miał jeszcze konkretnych planów, na razie pracował w jednej z fabryk i pisywał do gazetek, które były wydawane dla Polaków. Wielu jego przyjaciół wróciło w 1948 roku do Polski, ci, którzy zostali w Anglii, z napięciem śledzili wiadomości z kraju, nie bardzo wiedząc, czemu można wierzyć, a czemu nie. Korespondencja z Polską kulała, listy docierały często okrężną drogą, podawane przez znajomych lub krewnych. Jeden z wujków Andiego mieszkał w Londynie, był lekarzem pediatrą, z tego co Andi opowiadał, powodziło mu się całkiem dobrze, niemniej jednak Andi wolał nie korzystać z jego pomocy tak długo, dopóki nie będzie to absolutnie konieczne. W soboty chodziliśmy z Ry-szardem i Barbarą na wieczorki taneczne do parafii, szczęście uśmiechnęło się do mnie, nadeszła pora, żeby napisać do Rudiego. Długo się zmagałam ze sobą, i tak źle, i tak niedobrze, w końcu napisałam całą prawdę, zrywając ostatecznie kontakt.

   Do naszych atrakcji w Dewsbury doszły spotkania w Klubie Polonijnym. Coś całkiem nowego dla mnie, no i następny szok. Ledwo nauczyłam się jako tako angielskiego, a tu prawie wszyscy mówią po polsku. Nie znałam przedtem nikogo z Polski, ale musiałam przyznać, że to wyjątkowo towarzyski naród. Co chwilę ktoś przychodził do naszego stolika, przysiady-wał się na chwilę na plotki, po czym szedł dalej, żeby ustąpić miejsca następnemu. Pomimo tego, że nie rozumiałam absolutnie nic z tego, co mówili po polsku, czułam się dobrze.


   RYSZARD i Barbara prowadzili w miarę uregulowany tryb życia, Barbara miała dobrą pracę, Ryszard dostał stypendium od Polskiego Rządu w Londynie i studiował włókiennictwo. Gorzej wyglądało z Andim, prawie co tydzień zmieniał pracę, albo jemu coś nie odpowiadało, albo pracodawca miał dość jego psikusów. Na początku śmialiśmy się, gdy już z daleka Andi machał kartką z wypowiedzeniem, ale z czasem zaczęliśmy się o niego martwić. Jasne było, że praca w fabryce nie jest dla niego, w końcu Ryszard podsunął pomysł, żeby Andi zapisał się na studia. Wielkiego wyboru, jeśli chodzi o kierunek studiów, nie było, właściwie w rachubę wchodziło tylko jedno - włókiennictwo. Studia były płatne, ale istniała możliwość otrzymania stypendium. Koniec końców Andi dał się namówić i pojechał do wujka do Londynu, żeby całą sprawę przedyskutować.


   WUJEK Adam był zachwycony tym pomysłem i pomocny w załatwianiu wszystkich formalności. Andi otrzymał stypendium, a my odetchnęliśmy z ulgą, zwłaszcza że były to takie pieniądze, z którymi można było sobie jako tako poradzić, no i przede wszystkim pewne, nie tak jak dotychczasowe tygodniówki. Niewątpliwie było to jedyne wyjście z sytuacji. W miarę upływu czasu okazało się, że Andi, który pochodził z dobrze sytuowanej rodziny i do tego wszystkiego jeszcze jedynak, był po prostu niemożliwie rozpieszczony, niesamodzielny i absolutnie nieprzygotowany do życia. Mieliśmy nadzieję, że studia go nieco ustatkują. Musiałam mu parę razy dziennie przypominać, żeby wreszcie złożył podanie, trochę czekania i co za radość - Andi otrzymał stypendium.

 

Cdn.

 


   ANSELMA GŁOWACZ. „HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY'. Wydawnictwo Poligraf. Brzezia Łąka Cena 29,90 zł.
   Książka do nabycia m.in. w księgarniach sieci Empik lub w wydawnictwie: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.