HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY (5) - Życie w cieniu choroby Drukuj Email
Czytelnia 2 - Historia kołem się toczy
Wpisał Anselma Głowacz   
Sobota, 21. Sierpień 2010 09:21

 

   Zbliżało się lato, często chorowałam. Lekarz podejrzewał, że być może pył fabryczny powoduje napady kaszlu. Ryszard, który w międzyczasie zaręczył się z Barbarą, miał znajomego, który pracował w fabryce skóry. W trakcie rozmowy ktoś napomknął, że szukają ludzi do pracy i Ryszard nadmienił, że ewentualnie miałby kogoś, myśląc o mnie.

    ZBLIŻAŁO się lato, często chorowałam. Lekarz podejrzewał, że być może pył fabryczny powoduje napady kaszlu. Ryszard, który w międzyczasie zaręczył się z Barbarą, miał znajomego, który pracował w fabryce skóry. W trakcie rozmowy ktoś napomknął, że szukają ludzi do pracy i Ryszard nadmienił, że ewentualnie miałby kogoś, myśląc o mnie. Nie była to prosta sprawa, bądź co bądź miałam podpisany kontrakt z fabryką na dwa lata. Po paru rozmowach z lekarzem i moim szefem pozwolono mi odejść. Fabryka była okropna, przede wszystkim śmierdziało okrutnie, ale nie było wyjścia, no i nie było wyboru, za to praca była dużo lżejsza. Przydzielono mnie do oddziału, który wyrabiał paski wszelkiego rodzaju, również te do wózków dziecięcych, i smycze. Pozostał jeszcze problem mieszkania, w naszym „hotelu" mogłam zostać miesiąc, za co byłam ogromnie wdzięczna. Teoretycznie powinnam przenieść się do swojego mieszkania w momencie zwolnienia z pracy. Byłam nadal w ścisłym kontakcie z Marry, która bardzo się mną opiekowała, toczyły się niekończące się rozmowy i w miarę czasu stała się jakby moją drugą mamą. Oczywiście większość rozmów dotyczyła Andiego, byłam bardzo zakochana i dla mnie był najpiękniejszym i najmądrzejszym mężczyzną na świecie, Marry starała mi się zwrócić uwagę na jego niezaradność, na „różnice stanu", ale zbywałam ją zawsze pocieszeniami, że Andi jest młody, a młodzi mężczyźni, wiadomo, „dorastają" trochę wolniej. Również zmiana pracy i kwestia znalezienia mieszkania zajęły nam parę wieczorów. Marry znalazła mi mieszkanie niedaleko fabryki, właściwie pokój z możliwością używania łazienki i kuchni, mało tego, w cenie były śniadanie i kolacja. Dom, w którym miałam mieszkać, należał do starszego małżeństwa, mieli dwie córki, które po zawarciu małżeństwa wyprowadziły się z domu. Byli bardzo mili, przed pójściem na rentę pracowali w „mojej" fabryce, chętnie wynajęli pokój, poprawiając tym swój budżet domowy. Na obiady chodziłam do kantyny, Marry jakoś to „zorganizowała". W naszej okolicy powstawały różne kluby, które chętnie odwiedzaliśmy. Jeśli gdzieś było pianino, grałam i śpiewy trwały do samego rana. Czasami chodziliśmy do pubu na piwo, ale to należało do luksusu, zwłaszcza że Andi zarabiał bardzo nieregularnie. Odkąd się dostał na studia, nie zależało mu na pracy i starał się tylko tyle zarobić, żeby jakoś przeżyć.


   DEWSBURY było brzydkim miastem, ale miało piękne parki, zadbane, czyściutkie. Często po pracy Andi czekał na mnie przed fabryką i szliśmy na spacer. Wiedząc, że Andi nie bardzo ma z czego żyć, podsunęłam mu pomysł, żeby odwiedził wujka Adama i mu powiedział o swoich problemach, zwłaszcza że swego czasu ojciec Andiego finansował wykształcenie Adama. Wydawało mi się, że przynajmniej w ramach tzw. długu wdzięczności powinien Andiemu trochę finansowo pomóc. Adam zapłacił mu wprawdzie podróż, ale oprócz dobrych życzeń „na drogę" Andi nie dostał nic i musieliśmy jakoś sobie sami poradzić.


   Z POCZĄTKIEM jesieni zaczęłam znowu chorować, na całym ciele pojawiły się ropniaki i nikt nie był w stanie powiedzieć, jaka była tego przyczyna. Być może, że lekarstwa, które poprzednio dostawałam, miały jakieś działanie uboczne. Była to bardzo bolesna historia, całymi nocami nie mogłam spać, dostawałam tabletki, potem zastrzyki, ale nic nie pomagało, w końcu lekarz dał mi bardzo w tych czasach popularną radę - zajdź w ciążę. Chyba kompletnie zwariował? Andi nie pracował, ja byłam chora. Moje życie w Anglii, które w sumie dobrze się zaczęło, stało się coraz bardziej skomplikowane. Nie wspomniałam nikomu o tej radzie, nawet z Marry nie rozmawiałam na ten temat, bo i jak? Moje szare komórki pracowały na pełnych obrotach. Moja siostra Steffi przyjechała do mnie w odwiedziny, ucieszyłam się bardzo, bo od roku nie widziałam nikogo z rodziny, a listy nie mogły zastąpić osobistego kontaktu. Steffi zamężna z Anglikiem mieszkała w Londynie. Powodziło im się dobrze, niedawno kupili dom. W dzieciństwie kłóciłyśmy się często, ona była ulubienicą mamy, ja babci i ojca, który zawsze do mnie mówił, że jestem jego „małą sarenką".

   Wielką miłością darzyłam mojego dziadka. Babcia nie była właściwie moją prawdziwą babcią. Moja mama straciła matkę w wieku 3 miesięcy i została oddana na wychowanie do cioci, ale to nie miało dla nas, dzieci, żadnego znaczenia. Dziadzio zmarł, jak miałam 3 lata, nie pamiętam jak i dlaczego, niemniej w pamięci został mi czarny wóz zaprzągnięty w dwa olbrzymie czarne konie, który przyjechał po mojego Dziadzia. Podobno strasznie płakałam i chciałam koniecznie, żeby Dziadziowi włożono buty, ale tę historię znam tylko z opowiadań. Większą część dzieciństwa spędziłam u babci, która mieszkała w malutkim pokoju niedaleko naszego domu. Pokój pamiętam do dzisiaj, duża komoda, maszyna do szycia, mała szafka, na której stał garnek ze smalcem, stół i łóżko. Do 14. roku chodziłam spać do domu, resztę czasu byłam u babci, która bardzo o mnie dbała aż do swojej śmierci, co z kolei było powodem zazdrości moich braci i sióstr. Nie wiem, dlaczego akurat ja zostałam wybranką. Jedno jest pewne, wiązało się to z wieloma wyrzeczeniami ze strony babci i było co nieco skomplikowane, bo pokoik był naprawdę maleńki, na noc wyciągałyśmy drugi materac spod łóżka, robiąc coś w rodzaju legowiska dla mnie. Byłam bardzo szczęśliwa, że mam kogoś tylko dla siebie, w domu miałam siedmiu braci i dwie siostry. Nietrudno się domyślić, że mama nie miała czasu zająć się każdym z nas z osobna. Po śmierci ojca, który zmarł, mając 49 lat, mama została sama z dziećmi i długami, skoncentrowała się głównie na walce o przeżycie, utrzymanie domu i walce o zatrzymanie swoich dzieci. Pamiętam, że często przychodzili urzędnicy, którzy próbowali jej wytłumaczyć, że rozsądniej by było oddać parę dzieci do adopcji. Mama walczyła jak lew, poszła do pracy w przedszkolu jako kucharka, bo to jej pozwoliło na zorganizowanie jedzenia dla nas, małe dzieci brała ze sobą, wieczorem przynosiła resztki jedzenia z kuchni, którymi mogła wyżywić całą rodzinę. Wyglądała tak niepozornie, mała kobietka, niecałe 1,50 m, a przy tym tak wielki człowiek. W czasie wojny nie dość, że walczyła, żeby nas jakoś wyżywić, to jeszcze pomagała najstarszemu synowi, który zorganizował ruch oporu w Austrii. Później jeździła po obozach i więzieniach, dodając otuchy swoim dzieciom zaaresztowanym przez Niemców. Przechowywała kurierów, przemycała papiery. Była kobietą o wielkim sercu i wielkiej odwadze. Po wojnie dostała podziękowanie od Rządu Wielkiej Brytanii i wiele odznaczeń. Nigdy się tym nie chwaliła i nigdy na ten temat nic nie chciała opowiadać.


   PRAWIE że nie poznałam swojej siostry, wydoroślała, wyglądała szałowo. Wszystko się u niej jakoś poukładało, ukoronowaniem tego była ciąża. Bardzo się z nią cieszyłam, bo Steffi zawsze chciała mieć dziecko, umówiłyśmy się, że przyjadę do niej w październiku, żeby jej trochę pomóc. Było mi to bardzo na rękę trochę wyrwać się z codzienności i zamieszkać na parę dni w normalnych warunkach - cudownie. Pozostał jeszcze problem załatwienia urlopu, ale okazało się to łatwe, zwłaszcza że w ostatnim czasie dużo chorowałam, obiecałam pójść do lekarza w Londynie, co zarządowi fabryki, zważywszy na koszty opieki medycznej było bardzo na rękę. Przyjechałam do Londynu i odetchnęłam. Steffi mieszkała na przedmieściach, dom był bardzo ładny i przestronny z małym ogródkiem. Nareszcie żadnych fabryk. Ludzie byli zupełnie inni, może dlatego, że w tej okolicy nie mieszkało tylu obcokrajowców co w Dewsbury. Właściwie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Steffi podarowała mi masę garderoby, w którą, wiadomo i tak nie wchodziła. Nigdy do tej pory nie miałam tyle rzeczy, nie tylko ubrania, dostałam buty, pończochy, kosmetyki, piękne nocne koszule. Steffi umiała szyć i miała naprawdę piękne i bardzo modne rzeczy. Poczułam się jak księżniczka, przebierałam się co chwilę, byłam bardzo szczęśliwa.

   Przygotowywałyśmy wszystko do porodu, rzeczy dla Steffi i dziecka. Byłyśmy w ciągłym kontakcie z położną, która codziennie przez ostatni tydzień przychodziła na kontrolę. Fred, mąż Steffi, schodził nam z drogi, był bardzo spokojnym człowiekiem, ale podejrzewam, że „w środku" był też bardzo nerwowy.

   WYDAWAŁO się, że jesteśmy przygotowane na wszystkie ewentualności. Steffi od samego rana chodziła lekko skwaszona, poprzedniego wieczora pochłonęła ogromne ilości ciasta. Bóle brzucha dawały jej się coraz bardziej we znaki, aż nagle olśnienie - może to nie brzuch? Zaczęłyśmy mierzyć odstępy czasu pomiędzy bólami i okazało się, że są to jednoznacznie bóle porodowe. Nie ma sprawy, ubrałam się i pognałam po położną, niestety, okazało się, że poszła do kościoła. Na szczęście udało mi się złapać lekarza, który w tym dniu miał dyżur. Na transport do szpitala nie było czasu, klęłam na siebie, że mi
wcześniej do głowy nie przyszło, że to mogą być bóle porodowe. Lekarz dyrygował mną mocno, nie było czasu na większe rozmyślania. Fred wyrwał do ogrodu i od czasu do czasu zaglądał ostrożnie przez szparę w drzwiach. Dzięki Bogu poród był krótki i przebiegł bez większych komplikacji. Steffi urodziła syna, Petera. Ledwo było po wszystkim, jak do drzwi zapukała położna, która właśnie chciała sprawdzić „stan rzeczy". Uśmialiśmy się serdecznie, resztę dnia spędziliśmy na ogólnej organizacji. Steffi miała leżeć w łóżku przez najbliższe parę dni, więc prace domowe zostały podzielone między Freda i mnie. Dzięki Bogu Peter był bardzo grzeczny, budził się tylko jak był głodny, co parę godzin go przewijałam i kładłam z powrotem do łóżeczka, które stało obok łóżka Steffi. Steffi wracała z zawrotną szybkością do sił i po 3 dniach przejęła dowództwo nad domem, a dla mnie nadszedł czas powrotu do Dewsbury.


Cdn.


ANSELMA GŁOWACZ. „HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY". Wydawnictwo Poligraf. Brzezia Łąka. Cena 29,90 zł.
Książka do nabycia m.in. w księgarniach sieci Empik lub w wydawnictwie: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.