HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY (11) - W UB jak na gestapo Drukuj Email
Czytelnia 2 - Historia kołem się toczy
Wpisał Anselma Głowacz   
Wtorek, 28. Wrzesień 2010 16:40

 

   Dostaliśmy wezwanie do Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie, nie było rady, trzeba było jechać. Zostawiliśmy Krysię pod opieką dziadków i pojechaliśmy. Pomału zaczynałam się orientować w sytuacji, zdawać sobie sprawę z tego, że jesteśmy obserwowani, być może też podsłuchiwani.

   WCHODZIMY do biura i nie wiem dlaczego, bo pomimo że wszyscy starają się być bardzo uprzejmi i mili, czuję się jak na gestapo. Napięcie czuje się w powietrzu. Wysoki mężczyzna przywitał nas, poprosił o zajęcie miejsca. Mieliśmy ze sobą przywieźć wszystkie dokumenty, pan poprosił o położenie ich na biurku, w milczeniu wygrzebaliśmy z torby wszystko, co mieliśmy. Przeprosił nas i wyszedł do sekretarki, ten moment wykorzystałam i, sama nie wiem dlaczego, zupełnie na ślepo chwyciłam parę dokumentów i schowałam do biustonosza. Andi zamarł, ale nie było czasu na dyskusję. Po powrocie pan bardzo uprzejmie spytał:

   - Nie było tu więcej papierów? Mąż przetłumaczył mi pytanie.

   - Nie, nie sądzę - odpowiedziałam.

   Andi, raz blady, raz czerwony, przetłumaczył moją odpowiedź. Zdawało mi się, że słychać, jak moje serce bije, czułam strach, bezgraniczny strach. Pan zabrał papiery, spisał i dał nam pokwitowanie. Zostałam poproszona o opuszczenie pokoju, przestraszony Andi oglądał się za mną jak małe dziecko pozostawione w obcym pomieszczeniu, nie bardzo wiedziałam, jak zareagować, ale czułam, że dyskusje pogorszyłyby tylko sytuację. Później Andi mi wytłumaczył, że papiery zostają na razie w Warszawie, takie są przepisy.

   Jak to? Przecież tam jest mój paszport. Nie mam żadnych dokumentów. Już w pociągu poszłam do toalety zobaczyć, jakie papiery zwinęłam - metryka urodzenia Krysi, akt zawarcia związku małżeńskiego. Andi w ogóle nie rozmawiał ze mną na ten temat, nie pytał mnie też nigdy, jakie papiery udało nam się zachować.


   WRÓCILIŚMY do Krakowa, rodzice odetchnęli z ulgą, dopiero teraz zaczęłam sobie zdawać sprawę, że nikt nie był pewny, czy naprawdę wrócimy. Krysia przez ten jeden dzień nauczyła się do teściów mówić: Bunia i Dziadzio. Była strasznie dumna i uparcie powtarzała te dwa słowa w kółko, gdy zasnęła, odetchnęliśmy. Na razie dosyć przeżyć, trzeba zabrać się za organizację życia rodzinnego, ale jak, nie bardzo wiedzieliśmy. No tak, my nie wiedzieliśmy, ale teściowa wiedziała i to dokładnie. Jeszcze nie skończyliśmy śniadania, wchodzi do pokoju.

   - Selma, ubierz Krysię i idźcie na spacer, dziecko potrzebuje świeżego powietrza - i już jej nie ma.

   Patrzę na męża, nie mówi nic. Nie ma rady, trzeba iść na spacer. Ubieramy się, dla Krysi miałam masę bardzo ciepłych ubrań, ale mój płaszczyk nadawał się w najlepszym wypadku na spacer w Dewsbury, cieniutka wełenka, a tu minus 10 stopni. Dokoła mnie ludzie w kożuchach. Stoję z Krysią przed bramą i nie bardzo wiem, gdzie iść, jestem pierwszy raz sama na ulicy w Krakowie, boję się zgubić, przecież w razie czego nie potrafię się porozumieć, jak w razie czego zapytać, nawet adresu nie znam. Idę ulicą w dół i w prawo, znowu w prawo, w ten sposób jakby okrążam dom. Jest mi potwornie zimno, nawet Krysia ma czerwony nos, postanawiam wracać. Co za idiotka ze mnie! Z jednej strony - tony włóczki z myślą o Sybirze, z drugiej - elegancka nylonowa bielizna, leciutki płaszczyk. Byłam młoda, chciałam być modna, chciałam, żeby Andi był ze mnie dumny. Spacery były dla mojej teściowej bardzo ważne i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zaczęła swego rodzaju terror. Stałyśmy już w drzwiach gotowe do wyjścia, gdy nagle jak spod ziemi stawała przede mną teściowa i żądała, tak dokładnie tak, żądała, żeby Krysię ubrać w coś innego.

   Za pierwszym razem myślałam, że po prostu z jakiegoś powodu jest niewłaściwie ubrana, ale za którymś razem doszłam do wniosku, że coś jest nie tak, w końcu przez dwa lata sama ubierałam dziecko i wszystko było w porządku. Opowiedziałam o tym mężowi, widziałam, że mu bardzo nieprzyjemnie.

   - No wiesz, ona już taka jest, co ci szkodzi przebrać dziecko, proszę cię, Selma, dla świętego spokoju.


   MIAŁ inne zmartwienia, coraz częściej był wzywany na rozmowy na milicję, która mieściła się parę budynków dalej. Zadawali mu masę pytań, grozili. Kiedyś przepadł na parę godzin i wrócił kompletnie załamany.

   - Andi, co się stało?

- Nic, zostaw mnie w spokoju, ty tego nie rozumiesz. Po prostu zostaw mnie w spokoju, pogadamy innym razem, ja sam muszę pozbierać myśli.

   Postanowiłam na razie nie pytać, zwłaszcza że wiedziałam, że szuka pracy, a to było chwilowo dużo ważniejsze. Zarobki pozwoliłyby nam przynajmniej trochę uniezależnić się od teściów.

   Na razie byliśmy zdani w pełni na ich łaskę, bardzo wdzięczni za ich pomoc, ale w tej sytuacji jako małżeństwo praktycznie nie istnieliśmy, można to było raczej określić mianem wspólnoty mieszkaniowej. Prace domowe podzieliły się między panie niejako automatycznie, Bunia robiła zakupy i gotowała, ciocia Mania pomagała, głównie w dźwiganiu zakupów, w kuchni przypadała jej przeważnie tzw. brudna robota, obieranie ziemniaków, czyszczenie jarzyn, wynoszenie śmieci czy też zmywanie naczyń, mnie pozostawały roboty, które nie wymagały komunikacji językowej, jak na przykład sprzątanie mieszkania. Muszę przyznać, że nie zazdrościłam teściowej robienia zakupów i czasami pytałam sama siebie, gdzie udało się jej to czy owo zorganizować. Na początku byłam wręcz „zafascynowana" zaopatrzeniem sklepów, nie było nic. Na ludziach żyjących w Polsce najwyraźniej nie sprawiało to żadnego wrażenia, nawet Andi, który w końcu dopiero co przyjechał z Anglii, przyjął sytuację bez komentarzy. Ja nie mogłam sobie wytłumaczyć, skąd się biorą rzeczy, które jemy, bo w sklepach ich nie widziałam. Fakt, że nasz jadłospis był, delikatnie mówiąc, dość ubogi. Na śniadanie owsianka, która moczyła się przez noc w wodzie, rano dodawano do niej mleka, do tego kawałek chleba z białym serem, na obiad przeważnie ziemniaki i fasolka albo jakieś inne jarzyny, na kolację to, co zostało odgrzane z obiadu, mięso przeważnie w niedzielę - co było dla mnie przez długi czas zagadką, bo w sklepie prawie nigdy nie widziałam mięsa, o żadnej porze, a mogłam sklep mięsny obserwować z naszego okna. Kupienie guzików, gumki czy nitki urastało do miary akcji, które były przeprowadzane przez całą rodzinę i krąg znajomych. Muszę przyznać, że potrzebowałam nieco czasu, żeby się zorientować, że nie wychodzi się na zakupy po coś konkretnego - kupowało się to, co akurat pokazało się na rynku, jeśli był to rzadki artykuł, to najlepiej w większych ilościach - bo nie wiadomo, kiedy się znowu pokaże.


   ZBLIŻAŁY się święta Bożego Narodzenia - moje pierwsze w Polsce. Sytuacja z dnia na dzień robiła się coraz bardziej napięta. Bunia była bardziej podenerwowana niż zazwyczaj, zajęta wiecznym „polowaniem" na niezbędne do zorganizowania świąt produkty. Teść spędzał dużo czasu z Krysią, najchętniej opuszczając mieszkanie pod pretekstem spaceru. Była niańka mojego męża, Marynia, była odpowiedzialna za pranie, które w tych czasach było istną przygodą. Najpierw w olbrzymich kotłach gotowano wodę z dodatkiem startego szarego mydła, następnie do tej „zupy" wrzucano bieliznę do gotowania. Później olbrzymią drewnianą tyżką łowiło się kawałek po kawałku i przenosiło do olbrzymiej balii wtarga-ną na tę okazję do kuchni. Marynia prała na tarle, płukała, krochmaliła i pranie wędrowało na strych. Dzień lub dwa potem przynosiłyśmy pranie do mieszkania, naciągałyśmy, żeby „rogi się wyrównały", składałyśmy na stos, pokrapiając od czasu do czasu wodą i całość zwinięta w wałek wędrowała do magla.

   Z podziwem najpierw na to patrzyłam, a potem brałam udział w przygotowaniach. Z czasem się zorientowałam, że święta w Polsce nie mają nic wspólnego ze świętami, jakie do tej pory obchodziłam w Austrii czy w Anglii. Panie szalały, a ja z nimi. Porządki przedświąteczne można było w moim pojęciu porównać, no bo ja wiem, z remontem generalnym w Austrii. Wszystko było myte, szorowane, podłogi wiórkowane, okna - w tym mrozie! - myte spirytusem, żeby woda nie zamarzła. Z czasem szaleństwo udzieliło się też mnie i coraz bardziej mi się zaczynało podobać.

   KOMPLETNIE zgłupiałam, jak któregoś dnia zobaczyłam, że w łazience, w naszej wannie pływają dwa karpie. Andi uciekł wcześniej oczywiście na zakupy i nie miałam kogo spytać, o co chodzi? Jak się dowiedziałam - zgłupiałam jeszcze bardziej i już nie miałam odwagi spytać, kto te ryby ukatrupi?! Prace wrzały nadal, mieszkanie pachniało czystą bielizną i wypastowanymi podłogami, z kuchni dochodziły wręcz niesamowite zapachy. Przez całe dnie coś się działo, kiszono buraki - jeszcze nie wiedziałam w jakim celu, gotowano, smażono ryby, mięsa. Pieczono ciasta, babki. Byłam z jednej strony rozczarowana, że Andi mi nie poświęci choć chwili czasu, żeby trochę o tym polskim sposobie obchodzenia świąt opowiedzieć, z drugiej strony byłam zafascynowana rozmiarami przygotowań. Mój mąż był co chwilę przez teściową gdzieś wysyłany, co po jakimś czasie nawet mi się niespecjalnie rzuciło w oko. Po prostu byliśmy wszyscy zajęci przygotowywaniem świąt. Tylko teść i Krysia zostali oszczędzeni i zajmowali się sobą, czym się w ogóle nie przejmowałam, bo wiedziałam, że dziecko jest w dobrych rękach.

   Zbliżała się Wigilia i coraz bardziej się martwiłam, prosiłam Andiego, żeby się rozglądnął za prezentami dla rodziny, no i oczywiście za jakąś zabawką dla Krysi. Moje prośby pozostały bezowocne.

Cdn.


ANSELMA GŁOWACZ. „HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY". Wydawnictwo Poligraf. Brzezia Łąka. Książka do nabycia m.in. w księgarniach sieci Empik lub w wydawnictwie: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.