HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY (15) - Chrzest naszej Krysi Drukuj Email
Czytelnia 2 - Historia kołem się toczy
Wpisał Anselma Głowacz   
Piątek, 15. Październik 2010 21:30

 

   Niedaleko nas był mały sklepik, który znałam ze spacerów z Krysią. Oprócz właściciela nie było nikogo, dodało mi to odwagi i postanowiłam spróbować. Uśmiecham się najuprzejmiej jak tylko mogę.

   - Dzień dobry - lawina słów sprzedawcy.

   Próbuję coś znajomego wyłowić, ale nie bardzo mi się udaje. Nietrudno się domyślić, że się mnie pyta, co chcę kupić, więc brnę dalej.

   - Eeee - widzę chleb na ladzie, jestem uratowana, pokazuję palcem i pierwsza rzecz jest kupiona. Zachwycona sukcesem brnę dalej, rozglądam się dokoła, na co ewentualnie można jeszcze pokazać palcem. Jest! Ziemniaki, ale nie wiem, jak opisać, ile potrzebuję, więc na oko wyciągam ze skrzynki i kładę na wagę. Dobrze jest. Na karteczce rozszyfrowuję buraki, rozglądam się, ale ich nigdzie nie widzę. Sprzedawca próbuje ze mną rozmawiać, ale nic nam z tego nie wychodzi.

   Nagle - że też mi wcześniej nie wpadło do głowy - podaję mu kartkę - znowu lawina słów, z której wyłapuję, że muszę pójść do sklepu za rogiem. Płacę i zachwycona sama sobą zaczynam szukać następnego sklepu. Sklep znalazłam, zaglądam, ludzie stoją w kolejce.

   NIEDOBRZE - myślę sobie, bo nawet nie wiem, czy mają to, czego szukam. Delikatnie próbuję przejść do przodu i popatrzeć, ale syczą na mnie, bo myślą, że chcę obejść kolejkę. Nie pozostaje nic innego, jak grzecznie stanąć w ogonku i zdać się na los szczęścia.

   Nadchodzi moja kolej, serce mi zamiera, ale czuję jeszcze w kościach „posmak sukcesu" z poprzedniego sklepu i brnę dalej. Pani patrzy na mnie z lekkim niedowierzaniem i widzę, że się zastanawia, czy jestem cofnięta w rozwoju, czy też istnieje jakaś inna przyczyna mojej dziwnej wymowy. Pomagam sobie kartką i rzeczywiście pojawiają się różne rzeczy, o których nie miałam pojęcia, że mam je kupić, wręcz łapczywie pakuję zdobycz do siatki, duma mnie rozpiera.

   Wychodzę ze sklepu i ze szczęścia najchętniej rzuciłabym się komuś na szyję, ale szybko rozpoznaję następny problem - nie wiem, czy mam wszystko. Postanawiam jednak zdobycz przynieść do domu i liczę na to, że gdzieś na boku uda mi się dorwać ciocię Manię, żeby sprawdzić, czy mam wszystko.

   Z mieszanymi uczuciami przychodzę do domu, przekonana, że teściowa rzuci się do siatek i na wszystko będzie za późno, ale w domu nikt się nie interesuje moimi zakupami. Okazuje się, że nastąpiło cudowne wyzdrowienie. Teściowa zachowuje się jak podlotek, nuci pod nosem i szykuje się do wyjścia. Jak nietrudno się domyślić, przyczyną szybkiego powrotu do sił były odwiedziny pana Biernackiego. Siedział w pokoju obok i czekał na Julię, którą udało mu się jakimś cudem, mimo cierpień, namówić na spacer i kawę. Nie szkodzi, będzie w domu spokój.

   Wieczorem kładłam Krysię spać i szliśmy z Andim do teściów. Teść i Andi czytali gazetę, teściowa przeważnie wyszywała jakąś serwetkę albo cerowała skarpetki, Mania patrzyła gdzieś w dal, jakby przeniesiona w dawne czasy, a ja albo czyściłam srebro, albo robiłam na drutach. Koniec „posiedzenia" określała zawsze teściowa, zrywając się w którymś momencie z fotela i otwierając na oścież okno, bez względu na porę roku.

   - Dzieci, idziemy spać!

   Posłusznie rozchodziliśmy się po swoich pokojach. Niedziele były przeznaczone na wizyty, oczywiście całą rodziną w komplecie. Właściwie z Andim nie prowadziliśmy samodzielnego życia, o wszystkim decydowała Bunia. Jakiekolwiek próby wyrwania się spod jej rządów powodowały ataki histerii, łapała się za serce, mdlała, krótko mówiąc, pełny repertuar, który nas zawsze napawał strachem.

   ZACHODZIŁAM w głowę, jak wybrnąć z tej sytuacji, bo o znalezieniu mieszkania nie było mowy. Przepisy były jasne, na jednego pracującego 10 m kw., a nasz pokój u teściów miał 30 metrów, czyli teoretycznie na tamtejsze warunki mieliśmy lepiej niż dobrze. Często rozmawiałam z Żuła, która odwiedzała nas co najmniej dwa razy w tygodniu, czasami chowałam się u niej z Krysią, zamiast spacerować na mrozie. Żuła próbowała mnie uspokoić i dawać rady, ale ona wyrastała z tymi problemami, gdy tymczasem mnie niektóre rzeczy po prostu nie mieściły się w głowie. Jak sobie pomyślę, że w Anglii mi się wydawało, że mamy problem z mieszkaniem, a tak naprawdę było to „tylko" kwestią pieniędzy.

   Zdawałoby się, że nasze życie pomału się uspokaja, z niejednym po prostu postanowiłam się na razie pogodzić, gdy „wypłynął" następny problem. Ponieważ na naszym ślubie nie było nikogo z rodziny, chrzciny Krysi miały się odbyć w Polsce. Był najwyższy czas. Siłą rzeczy organizacją zajęła się Bunia. Dla mnie zaczął się następny okres wzlotów i upadków. Trzeba było wybrać rodziców chrzestnych, dla mnie niejako nowość, bo w Austrii wybiera się tylko matkę chrzestną. Cieszyłabym się bardzo, gdyby chrzestną matką była Żuła, ale teściowa miała już gotowy plan i jakby inaczej, wybrała Zosię. No cóż, jak już nie może jej mieć jako synową... Do dzisiaj nie rozumiem jej uporu, bo Zosia i Andi nigdy nie mieli się ku sobie i cała afera była kompletnie bez sensu. Ojcem chrzestnym został Włodek Piasecki. Chrzest Krysi odbył się w Święta Wielkanocne, można sobie wyobrazić, co się działo w domu. Powiem krótko:

   „The same procedurę as last year".

   KRYSIA na swój chrzest udała się lApieszo, miała już prawie trzy lata. W kościele, nie powiem, było wesoło, ksiądz usiłował się z trudem przebić przez potok słów Krysi, której chwała Bogu nie rozumiał, bo mała próbowała cały czas nawiązać rozmowę na temat swoich nowych butów. Odetchnęłam, jak było po wszystkim. W domu odbyło się małe przyjęcie w gronie przyjaciół.

   Jak zwykle spędzałam czas na obserwowaniu gości. Żal mi było pani Biernackiej - żony przyjaciela Buni. Z natury już malutka i zgarbiona, obok Buni zdawała się jeszcze bardziej niepozorna, widać było, że bardzo cierpi na awansach, które jej mąż robił Buni, ale nie było na to rady. Od czasu do czasu rzucałyśmy sobie spojrzenia, szkoda, bo była to przesympatycz-na kobieta. Ojciec chrzestny był przystojnym mężczyzną, ożeniony z piękną panią o zaciętym wyrazie twarzy, mieli córeczkę, najbardziej niesforne dziecko, jakie mi się udało w życiu spotkać. Później dowiedziałam się, że dziewczynka jest chora i dlatego bardzo rozpieszczana. Po chrzcie życie wróciło do normy.


   Polityka - listopad - Biuro Polityczne PZPR wprowadza kolegialne rządy w partii, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostaje rozwiązane, 13.12.1954 - Gomułka zostaje zwolniony z więzienia.


Cdn.


   ANSELMA GŁOWACZ. „HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY'. Wydawnictwo Poligraf. Brzezia Łąka. Książka do nabycia m.in. w księgarniach sieci Empik lub w wydawnictwie: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.