Termin rozwiązania się zbliżał, wszyscy myśleli, że będzie chłopak, bo zachcianki miałam zupełnie inne niż przy Krysi, ja chciałam dziewczynkę. Miałam nawet wymyślone imię, Małgorzata, a na drugie Rosemarie, na pamiątkę mojej przyjaźni w Anglii.
Upalna letnia noc. Nie mogę zasnąć, przewracam się z boku na bok, boli mnie krzyż, brzuch przeszkadza. Koło drugiej budzę się po raz kolejny, Andiego nie ma. Źle się czuję, otwieram okno, piję szklankę mleka. Wstaję, próbuję ból trochę rozchodzić, do porodu jeszcze mam trochę czasu. Kładę się z powrotem do łóżka. O czwartej przychodzi Andi i pada na łóżko jak bela. Idę do kuchni i wychodzę na ganek, od ogrodu powiewa przyjemny wiatr. Znowu ból, wracam do pokoju po zegarek i biorę bóle „pod lupę". Powtarzają się regularnie, nie ma rady, muszę obudzić Andiego.
- Andi, Andi, obudź się! Mam bóle, musimy jechać do szpitala! Andi mruczy przez sen:
- Nie możesz trochę poczekać?
No, niby mogę.
WYCHODZĘ znowu na ganek, jest W już szósta. Widzę, że u Maryni świeci się światło. Powoli schodzę na dół, pukam do drzwi: - Maryniu, mam bóle! Jestem przekonana, że mi pomoże, ale Marynia gna do kalendarza.
- Cudownie, dzisiaj niedziela, imieniny mają Małgorzata, Róża, Maria.
Nie wierzę własnym uszom, no fajnie, ale nie załatwia to mojego „problemu". Widzę, że u Maryni nic nie wskóram, więc idę na górę, tym razem już zdecydowana na wszystko.
- Andi, albo wstajesz, albo dzwonię po taksówkę i jadę sama do szpitala!
Wreszcie raczy na mnie popatrzeć i wyskakuje jak z procy.
- Czemu mnie nie obudziłaś?
- No przecież budziłam.
Łapiemy rzeczy i jedziemy. Nie mogę już powstrzymać pojękiwania, Andi cały czas mi szepcze do ucha:
- Poczekaj, zaraz jesteśmy.
- Andi, ja nie mam na to wpływu, ja bym i poczekała, ale to nie ode mnie zależy!
O ósmej jestem na sali porodowej, lekarze żartują:
- Zobaczymy, jak rodzą Angielki.
- Mogę was uspokoić - tak samo jak Polki.
ZA piętnaście dziewiąta rodzi się Małgosia, calutka, zdrowiutka, pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to przedługie rzęsy. Pielęgniarka zabiera ją na pierwsze badania. Kłopot jest ze mną, bo łożysko nie chce odejść, przewożą mnie na salę operacyjną. Po jakimś czasie budzę się na korytarzu. Dookoła mnie praca wre jak w ulu. Nigdy nie byłam przedtem w polskim szpitalu. Brak personelu, brak łóżek, nie ma waty. Wokół mnie panie, które przyszły rodzić, stoją w kolejce. Sala porodowa jest za mała, więc zdarza się, że pani, która jeszcze nie rodzi, wyjeżdża nagle z łóżkiem na korytarz, żeby ustąpić miejsca pani, która jest bardziej zaawansowana. Od czasu do czasu ktoś się mnie pyta, jak się czuję. Dziwię się, że w ogóle jeszcze o mnie pamiętają. Noc spędzam w korytarzu. Rano zwalnia się miejsce i wjeżdżam na małą salę, w której jakimś cudem udało się upchać dwanaście łóżek. Jest strasznie gorąco, nie wiem dlaczego, ale nie wolno nam otworzyć okna, co parę godzin wpada pielęgniarka i wietrzy. W kość daje nam brak waty, radzimy sobie ściereczkami kuchennymi. O odwiedzinach nie ma mowy, słyszę dziwne wyjaśnienie mojej sąsiadki, która jest lekarką, że to ze względu na możliwość zakażenia. W Anglii nie było to problemem. Wiadomości kursują przez portiera, odwiedzający mogą podać wiadomość czy też jedzenie. Portier przychodzi za piętnaście minut i odbiera ewentualne listy. Andi podaje liścik i bukiet piwonii. Po południu przychodzi zakonnica, która chyba pomaga pielęgniarkom. Podaje nam coś do picia, wietrzy pokój, pyta o dzieci i poród. Tego też nie było w Anglii. Jestem wzruszona jej troską, daję piwonie z prośbą, żeby zaniosła do kościoła. Nie mogę się doczekać, kiedy przyniosą Gosię. Wjeżdża dziwny wózek z dziećmi, które krzyczą na wyścigi. Pomału się uspokajają, szczęśliwe matki karmią i gaworzą do dzieci. Po godzinie maluszki zostają znowu „złożone" na wózku i wyjeżdżają na korytarz.
Czas mija, a one ciągle na korytarzu! Sytuacja się powtarza, zaczynam się coraz bardziej martwić. Na trzeci dzień Gosia płacze i nie chce pić, od-wijam pieluszkę i widzę odparzoną pupcię. Wołam pielęgniarkę, tłumaczy się, jest jedna na trzydzieścioro pięcioro dzieci. Nawet nie mogę być na nią zła - bo i jak?
Schodzę do telefonu, rozmowa z Andim - chcę natychmiast do domu. Zwalniam się na własne żądanie, podpisuję papiery i widzę ulgę w oczach lekarza, ma jedno łóżko więcej. Jestem pełna szacunku dla ludzi, którzy pracowali w tych warunkach i mimo przeciwności mieli jeszcze dobre słowo i czasami uśmiech na twarzy.
Uroczyste przywitanie na Siemiradzkiego, Bunia nie mogła się doczekać, stała na ulicy, Krysia z Dziadziem przywieźli taksówkę pełną piwonii, całe mieszkanie w piwoniach, do dzisiaj ich zapach kojarzy mi się z narodzinami Gosi. Wszystko przygotowane, łóżko dla mnie pościelone. Czuję się jak królowa. Co za piękny dzień!
Ledwo się położyłam, przyszła nasza kotka, cała podenerwowana wskoczyła na łóżko i zagląda do becika.
- Tak, kiciu, to Gosia. Moja Małgorzata Róża Maria.
Matki dostawały prezent od państwa: sześć pieluch, śpioszki, dwie koszulki - niedużo, ale zawsze coś. Dwa dni przeleżałam, Bunia zajęła się wszystkim, ale po dwóch dniach skończyły się pieluchy, trzeba było wstać i wyprać. Po moich przeżyciach z Krysią muszę powiedzieć, że Małgosia była „łatwym dzieckiem", podobnie do Krysi piła dużo więcej niż powinna, dużo spała.
ZBLIŻAJĄ sie kolejne imieniny Dziadzia, które obchodzą wspólnie (Buni przypadają pięć dni wcześniej), goscie zaproszeni, lista na przyjęcie zrobiona. Widzę, że Bunia źle wygląda i tym razem biorę jej ubolewania poważnie. Ma problemy z sercem i bardzo wysokie ciśnienie, lekarz wysyłają do łóżka.
Wielka rozpacz, za tydzień przychodzą goście. Uspokajam, jak mogę.
- Idź do łóżka, ja się tym zajmę, będziesz tylko mówić co, a ja zrobię.
- Selma, ja zaprosiłam trzydzieści osób!
- Nie szkodzi - leż!
Ciocia Mania pomagała mi w kuchni, Krysia przejęła Gosię. Bunia oczywiście nie może wytrzymać w łóżku, robimy w kuchni z krzesła coś w rodzaju fotela i przychodzi do nas. Musi się czuć bardzo źle, bo nie wstaje i na siedząco daje nam wskazówki. Wszystko idzie po jej myśli, dokładamy starań, bo wiemy, że nie wolno jej się denerwować. Pieczenie tortu zwalamy na Marynię. Dziadzio przygotowuje trunki, dziwne mieszanki wódki z sokiem i wodą, bardzo dobre.
PRZYJĘCIE było bardzo udane, ale nie trwało długo ze względu na Bunię, wbrew zakazom oczywiście brała w nim udział. Jedyne, co się nam udało na niej wymusić, to przyrzeczenie, że się będzie oszczędzać. Po przyjęciu pomaszerowała grzecznie do łóżka. Leżała prawie dwa tygodnie i pomału stan się polepszał. Pan Biernacki przychodził codziennie, przynosił kwiaty, czekoladki, zabawiał rozmową.
Z wakacji zrezygnowaliśmy, Andi miał dużo pracy, oprócz swoich obowiązków w zakładzie włókienniczym pisywał do gazet, między innymi do tygodnika „Nasze Sprawy".
Bunia często źle się czuła. Lato spędziliśmy na spacerach do parku Jordana i wycieczkach do Lasku Wolskiego. Gotuję obiad i patrzę na panią Zosię, która bezradnie stoi przy kuchence. Okazuje się, że pan pułkownik leży chory, między innymi ma - podobnie jak Bunia - wysokie
ciśnienie i czeka na lekarza. Ugotowanie obiadu zaskoczyło nieprzygotowaną na takie przeżycia panią Zosię, która jeszcze nigdy niczego nie gotowała. Nie mam pojęcia, jak się zachować, udawać, że nie widzę? Koniec końców proponuję jej pomoc, przez najbliższe parę tygodni gotuję dla nich też. Zupełnie nie wiem, kiedy zaczęłam gotować dla wszystkich, oprócz pana profesora,ale jego nie widziałam ani razu w kuchni.
KRYSIA uwielbia się zajmować Gosią, nie odstępuje jej na krok. Mam dużo roboty w domu, bo Bunia ostatnio nie czuje się dobrze, i jest mi to bardzo na rękę. Krysia karmi, kąpie, przewija, chodzi na spacer... i zaczyna być wręcz zazdrosna, jak się zbliżam do Gosi. Prawdziwa mała mama. Zbliżały się imieniny mojego męża, o przyjęciu nie miałam odwagi nawet myśleć, zwłaszcza że stan Buni się pogorszył, a wiedziałam, że na odciągnięcie jej od przygotowań nie mam szans. Problem załatwił się sam, bo Andi oświadczył, że będzie świętował z kolegami. Bunia była trochę zaskoczona, ale jakoś jej wytłumaczył. Jako kompromis zaproponował podwieczorek w gronie rodzinnym. Teściowa pogodziła się z losem. Bunia rzadko wstawała z łóżka, dużo czytała, czasami przychodziły przyjaciółki. W wolnych chwilach wpadałam do niej, przynosiłam herbatę lub kompot, podawałam posiłki.
Cdn.
ANSELMA GŁOWACZ. „HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY'. Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka.
Książka do nabycia m.in. w księgarniach sieci Empik lub w wydawnictwie:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.