Jedziemy taksówką na dworzec, Andi jedzie z nami jeszcze pociągiem do Katowic, nie dałabym sobie rady z dwójką małych dzieci i z bagażem. W Katowicach wsadza nas do pociągu do Wiednia. Pociąg komfortowy, ani śladu tłoku, do którego zdążyłam się już przyzwyczaić.
W „naszym" przedziale tylko my i bardzo wytworna pani z bardzo długimi, czerwonymi paznokciami. Jedziemy. Dzieci zasypiają. Siedzimy i pani mi opowiada, że poznała przez biuro matrymonialne mężczyznę w Austrii. To od niego dostała zaproszenie. Nie bardzo rozumiem, jak może ot tak sobie do obcego mężczyzny jechać, ale jest jej wszystko jedno - byle wyjechać na Zachód. Od początku naszej podróży na stoliczku pod oknem rozłożyła kanapeczki. Sama nie je i nie zaprasza. Trochę śmiesznie, ale przyjmuję, że po prostu jest zdenerwowana. Umieram ze strachu, że może jeszcze coś się stanie i w ostatniej chwili zabiorą nam paszporty. Pociąg dojeżdża do granicy i staje gdzieś w polach. Patrzymy przez okno. Wojskowi z psami ostukują koła pociągu, zaglądają pod spód. Pociąg rusza i po przejechaniu może dwóch kilometrów znowu staje. Kontrola paszportów. Podaję paszport, ręce mi się trzęsą. Urzędnik wbija pieczątkę. Oddycham. Po jakimś czasie przychodzą celnicy. Przypominają mi się sceny ze statku i zamieram. Pytają, co mam, przysięgam, nie mam już pojęcia, co mam! Plotę coś o pamiątkach. Chcą zobaczyć, więc grzebię po bagażach, na całe szczęście szybko znajduję jakieś serwetki, koraliki. Nie są zachwyceni, najwyraźniej mam coś, czego nie powinnam mieć, albo za dużo. Widocznie jednak moje „przestępstwo" nie jest warte roboty papierkowej i machają ręką. Nasza współpasażerka pokazuje swój właściwie mały bagaż, ale coś się celnikom nie podoba. Zaglądają do torebki, proszą o zdjęcie butów. Kontrola już prawie skończona, a tu nagle wzrok celnika pada na nieszczęsne kanapki. No i faktycznie znajdują dolary. Ton rozmowy od razu się zmienia. Odbierają paszport, każą jej zabrać bagaże i wysiąść. Prawdopodobnie koniec podróży. Żal mi kobiety. Przez zakichane pieniądze!! Z drugiej strony jechała do obcego człowieka. Co to jest pięć dolarów, do tego wszystkiego w obcym kraju.
PO paru godzinach pociąg rusza. O świcie dojeżdżamy do granicy austriackiej. Patrzę na urzędników i najchętniej z radości rzuciłabym się im na szyję. Formalności szybko załatwione. Za oknem zmienia się krajobraz. Niby wiem, że jestem w Austrii, ale jakoś jeszcze nie mogę pojąć. Za oknami budzi się życie, ludzie jadą do pracy. Wszędzie czysto, piękne auta, domy. Dworzec w Wiedniu. Z daleka poznaję Selmo, macham ręką - biegnie do nas, wpada do przedziału. Nie mogę powstrzymać łez szczęścia. Dzieci są przestraszone, więc je szybko uspokajam. Wsiadamy w taksówkę i jedziemy do domu. Przywitaniem nie ma końca. Spędzamy cały dzień w Wiedniu, dzieci objadają się czekoladą. - Selma, opowiadaj.
Patrzę na szczęśliwe twarze i opowiadam wszystko, co dobre. Tak naprawdę chcę na jakiś czas tylko to dobre mieć w pamięci. Selmo z kolei opowiada mi, jak go Rosjanie zaaresztowali (wycinek z gazety u mnie), ale nie chciał im powiedzieć, że ma siostrę w Polsce, bał się, że mógłby mi tym zaszkodzić - zresztą wypuścili go po paru dniach, był już za bardzo znany jako artysta.
Na następny dzień jedziemy do Grazu. Brat zaopatrzył mnie w jakieś pieniądze. Jestem mu ogromnie wdzięczna. Nie czuję się już tak całkiem jak żebrak. Młodszy brat odbiera nas z dworca. Dojeżdżamy do domu, oczekiwałam, że mama będzie przed domem czekać. Nie ma nikogo. Później opowiadają mi, że mama do ostatniej chwili nie mogła uwierzyć, że przyjadę. Dom był trochę odnowiony, dół zajął mój brat Ingo, na górze mieszkał Willi z rodziną i mama. W tydzień później przyjechała Steffi z synami. Nareszcie byliśmy razem. Steffi wiedząc o tym, że przyjeżdżam, przywiozła masę ciuchów. Od razu poczułam się lepiej. Przyjaciele z lat dziecinnych przyszli się ze mną zobaczyć i popodziwiać „komunistkę". Uchylałam się od wszelkich dyskusji, nie ze strachu - nie chciałam wyjść na idiotkę. Tak naprawdę przy moim bujnym życiu rodzinnym nie miałam ani czasu, ani ochoty zajmować się polityką.
CZAS mijał szybko, czasami zastanawiałam się nad możliwością pozostania w Austrii, z drugiej strony w Polsce miałam już przyjaciół, życie z Andim jakkolwiek nie zawsze łatwe, ale było na pewno bardzo urozmaicone. Zaczynanie od początku wiązałoby się ze zdaniem na łaskę mojej rodziny i z masą kłopotów natury praktycznej. Niby moment byłby może odpowiedni, Gosia była mała, Krysia miała pójść do pierwszej klasy. Dzieci w tym wieku uczą się szybko języka, o czym mogłam się przekonać na miejscu, po paru tygodniach dogadywały się jako tako. Czekałam na ewentualną propozycję ze strony rodzeństwa, ale w głębi duszy czułam, że się boją komplikacji. Tak naprawdę czułam się obco i w miarę upływu czasu zauważyłam, że zaczynam tęsknić za Krakowem. Pakujemy się, nasz bagaż nabiera monstrualnych rozmiarów, nie mam bladego pojęcia, jak się z tym wszystkim zabrać, ale nie chcę z niczego zrezygnować, wiem, że się przyda.
Koniec sierpnia. Wyruszamy w drogę powrotną. Po przyjeździe, widząc radość rodziny, cieszę się z podjętej decyzji. Krysia idzie do szkoły.
Pół roku po śmierci cioci Mani umiera pan pułkownik. Pani Zosia w szoku, odsuwam ją na bok i biorę się do „roboty". Zaczyna to być już rutyną, najpierw do Dziadzia na kieliszeczek i dalej. Panią Zosię pozostawiam na łasce teścia.
Pani Zosia po śmierci męża była kompletnie zagubiona, rzadko wychodziła z domu, zaczęła chorować. Czasami odwiedzały ją przyjaciółki. Podejrzane mi się wydało, że za każdym razem wychodziły z jakimiś pakunkami, spytałam panią Zosię, co one wynoszą, powiedziała, że rzeczy do naprawy. Nie zawracałam sobie głowy, miałam dosyć swoich spraw na głowie. Po śmierci okazało się, że tzw. przyjaciółki wyniosły wszystko, co miało jakąkolwiek wartość - ale o tym dowiedziałam się dopiero od brata pani Zosi, który przyjechał na pogrzeb z Warszawy. Siedzieliśmy w ogołoconym pokoju. Zaproponował, żebym sobie coś wzięła na pamiątkę, wybrałam Matkę Boską z ceramiki - mam ją do dzisiaj. Przykro mi było, podejrzewam, że pani Zosi po śmierci męża po prostu było wszystko jedno, może sobie nie zdawała z tego sprawy. Na pogrzeb nie przyszła żadna z przyjaciółek. Po śmierci pani Zosi zaczęli się schodzić ludzie i oglądać pokój. Pamiętam jak dzisiaj, między innymi jakiś zasłużony w czasie II wojny pan. Dziadzio powtarzał bez końca, że tego komunisty to on nie chce tu mieć. Koniec końców doszło do rozprawy, w której planowo miał brać udział teść. Dwa dni przed terminem okazało się, że ma zapalenie płuc. Mój mąż oświadczył, że nie pójdzie, bo mu wszystko jedno, kto tam będzie mieszkał. Dziadzio „obdarzył" mnie pełnomocnictwem i cichą uwagą. No, teraz wszystko przegrane. Poszłam do sądu. Na sali sądowej ludzie szemrali, że pan prezes synową przysłał, co robić, trzeba brnąć dalej. Jako pierwszy wypowiadał się „kandydat" na mieszkanie, walił pięścią w stół i wrzeszczał: walczyłem na froncie, byłem ranny, operowany w Moskwie.
- O kurza twarz! - tego nam brakowało.
NADESZŁA moja kolej, bałam się okropnie, ale najmocniej jak tylko potrafiłam, rąbnęłam pięścią w stół. „Wiele ludzi walczyło na froncie, pan miał szczęście, że operowano pana w Moskwie. Pan ma pokój, może trochę mniejszy niż ten u nas, ale ile ludzi, którzy tak samo jak pan walczyli, mieszka w piwnicach, w suterenach, jest chorych - to im się należy ten pokój". Na sali najpierw cisza, potem zaczęli wszyscy mówić naraz, sędzia się zeźlił, koniec rozprawy, decyzja nadejdzie pocztą.
- Co ja narobiłam?
Zdruzgotana wracam do domu, ale Dziadzio promienieje, znajomy sędzia już dzwonił, stary komunista pokoju nie dostanie (pismo u mnie). Przydział na pokój po Stachowiczach dostało młode małżeństwo, oboje nauczyciele.
W domu robi się trochę raźniej, Andi przyprowadza czasami swoich przyjaciół z klubu, wpada Jacek Krukierek, Jurek Pluter, który był fotografem, Zdzisiek Wróbel, nieco później Paweł Dubiel, mój ulubieniec, bo przeważnie był najtrzeźwiejszy z całego towarzystwa. Marian Garlicki, który prawie życiem by przypłacił wyprawę na Siemiradzkiego.
Było to zimą, ulice zasypane śniegiem. Andi zapowiada, że przyjadą z Marianem. Oczywiście wyjazd z klubu trwa w nieskończoność, więc stoję w oknie i wypatruję. Nareszcie podjeżdża taksówka. Panowie mają problemy z wysiadaniem, widzę, że Marian wysiadł, Andi dalej siedzi, przypuszczam, że reguluje rachunek. Nagle nie mogę się dopatrzyć Mariana, podchodzę do drzwi, może już wszedł na górę. Martwiąc się, że może „pomylił kierunki", schodzę na ulicę, i widzę nogi Mariana wystające spod taksówki. Przy wysiadaniu po prostu zjechał pod taksówkę i zasnął! Do spółki z taksówkarzem wyciągamy Mariana i wleczemy do mieszkania. Ubrany w olbrzymi kożuch Marian jest ciężki jak cholera, a Andi nie jest wielką pomocą. „Składamy" Mariana pod piecem - żeby odtajał. Kiedy indziej, już nie pamiętam kto wpadł na pomysł, że zorganizują u nas pokaz mody. Jak na tamte czasy mieliśmy duże mieszkanie. Zaczęli znosić ubrania, robić zdjęcia. Okazało się, że wprawdzie ubrania są, ale odpowiednich butów nie ma. Zaczęło się grzebanie po moich szafach - dzięki Steffi dysponowałam jak na te czasy niesamowitą ilością butów. Bardzo wesoło obchodziliśmy imieniny Andiego. Fortepian padał „ofiarą" - najpierw obgrywany przez gości i na koniec przeważnie podlany wódeczką.
Zaczynam znowu mieć problemy ze zdrowiem. Chodzę od lekarza do lekarza, w końcu orzekają, że muszę pojechać na kurację. Oderwać się od wszystkiego. Najwyraźniej klubowe eskapady Andiego bardziej mnie obciążały, niż mi się wydawało. Jak tu wyjechać, Gosia ma dwa lata, Krysia osiem. Andi pracuje. Żuła proponuje wziąć na te trzy tygodnie Krysię do siebie. Po niekończących się kombinacjach znajdujemy rozwiązanie dla Gosi. Przyjaciółka Żuli pracuje w Domu Dziecka w Nowej Hucie, więc może Gosię wziąć do siebie i będzie ją brać ze sobą do pracy. Jadę, bo czuję, że żaden ze mnie pożytek, muszę się pozbierać. Ale jest mi ciężko i martwię się o dzieci. Jestem w kontakcie telefonicznym, głównie z Zulą. Ku mojej rozpaczy dowiaduję się, że Gosia tęskni okropnie, jest osowiała, nie bawi się z dziećmi. Przerywam kurację i wracam do domu. Małgosia zachowuje się, jakby mnie nie poznawała, jest apatyczna. Jedyną osobą, którą do siebie dopuszcza, jest Krysia. Tylko jej pozwala się myć, tylko z nią rozmawia. Jestem w rozpaczy. Rozmawiam z lekarzami, twierdzą, że to kwestia czasu, przejdzie. Któregoś dnia przychodzi Zdzisław, rozmawiamy. Robi się wieczór, Zdzisiek nie bardzo wie, jak mnie pocieszyć. Przed wyjściem proponuję strzelić kielicha. W międzyczasie przychodzi Andi, któremu Zdzisiek obiecał pomóc powiesić obraz. Sprawa załatwiona, wracamy do pokoju i nie wierzę oczom. Gosia podśpiewuje.
- Mama, patrz - pokazuje mi rysunek.
- Co się stało?
Rozglądam się za Krysią, poszła do łazienki. Postanawiamy wypić wódeczkę, mój kieliszek pusty. No chyba nie mam jeszcze sklerozy, przecież nie piliśmy. Zdzisiek podchodzi do rozbawionej Gosi.
- Selma, nie uwierzysz, Gosia wypiła.
Tajemnica cudownego uzdrowienia po części wyjaśniona, ale tak naprawdę nie wiemy do dzisiaj, jaki był mechanizm całego wydarzenia. Rozmawiałam z koleżanką psychologiem, podejrzewała, że po prostu Gosia musiała przeżyć szok w momencie kiedy znalazła się w obcym otoczeniu bez rodziny, alkohol ją zluzował.
Cdn.
ANSELMA GŁOWACZ. „HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY". Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka. Książka do nabycia m.in. w księgarniach sieci Empik lub w wydawnictwie:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.