Początek:

 

  • Biegnę po śladach naszych dni, cudownych dni, chcę odnaleźć pozostawione myśli, gesty, słowa. Chcę  zatrzymać czas, zachować, w nim trwać...
Zagubieni w przekładzie Drukuj Email
Język angielski - Porady dla uczących się języka - Artykuły
Wpisał Małgorzata Sadowska vs Michał Chaciński   

Małgorzata Sadowska vs Michał Chaciński



Ile sensu można zmieścić w 38 znakach i czy tłumacz musi być przezroczysty - Małgorzacie Sadowskiej tłumaczy Michał Chaciński

Czy dobra znajomość języka obcego wystarczy, żeby zostać tłumaczem?


- To jest najpopularniejszy błąd, jaki popełnia się w odniesieniu do tłumaczeń. Bo zasadniczym problemem nie jest nieznajomość języka, powiedzmy angielskiego, tylko własnego, polskiego: ubóstwo słów, problemy z gramatyką, nieumiejętność budowania zdań w taki sposób, by w krótkiej formie przekazać to, co zawarte jest w oryginale. Świetnie, jeśli tłumacz dostrzegł, że oryginalny tekst jest wyrafinowany, ale to dopiero początek. Pytanie, czy potrafi zbudować równie wyszukane zdania w języku polskim? Wszystko zależy od tego, na ile jest wyedukowany oczytany, czy sam używa podobnego słownictwa.

Nie wystarczy więc znać język, żeby być tłumaczem, tak jak nie wystarczy mieć prawa jazdy, żeby jeździć na wyścigach.

Czy tłumacz powinien być specjalistą w jakiejś dziedzinie? Znać się na kinie, jeśli tłumaczy filmy, albo na ekonomii, jeśli pracuje podczas biznesowych konferencji?

- Dobrze, kiedy jest specjalistą. W końcu przekazuje innym ludziom coś, co zostało napisane czy powiedziane przez innego człowieka, a w takiej sytuacji potencjał generowania błędów jest ogromny. Powinien więc znać terminologię, rozumieć, co tłumaczy. Są jednak obszary, w których łatwiej znaleźć dobrze znającego język eksperta z danej branży niż tłumacza wyspecjalizowanego w tej dziedzinie. Często pojawia się kłopot z dobrymi tłumaczami na konferencjach medycznych i wtedy prościej jest wziąć lekarza, który na przykład studiował w Ameryce, gdzie świetnie opanował angielski, i wykona tłumaczenie gorsze gramatycznie, za to poprawne merytorycznie.

A filmy?

- Wiele zależy od tego, na ile odnoszą się one do innych dziedzin. Jeżeli tłumaczymy postmodernistyczne kino braci Coenów czy Davida Lyncha, gdzie jest mnóstwo aluzji do innych filmów, a my o tym nie wiemy, najprawdopodobniej popełnimy błędy. Tłumacz musi być krytykiem, bo przygląda się konstrukcji utworu, temu, skąd bierze się w nim znaczenie, co jest sednem, nośnikiem sensu. Zanim na dobre zabierze się do przetłumaczenia pierwszego słowa, musi dokonać krytycznej analizy całości.

I chyba zdawać sobie sprawę z niesamowitej ilości kłopotów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć.

- Zacznijmy od technicznych: jeśli ktoś tłumaczy film pod dubbing, musi - razem z reżyserem dubbingu - zadbać, żeby polskie słowa pasowały do ruchu ust postaci na ekranie.

Jeśli tłumaczenie będzie czytał lektor, fraza musi mu pozwolić bez zaplucia się powiedzieć to co bohater w równie krótkim czasie. A to bywa trudne.

Dlaczego? Czy języki różnią się długością fraz, słów?

- Oczywiście. Przyjmuje się, że tekst polski, i pisany, i mówiony, jest o blisko 30 procent dłuższy od angielskiego, bo często nasza gramatyka wymaga stworzenia wypowiedzi z kilku dłuższych wyrazów. Tymczasem w angielskim to samo można ująć za pomocą dwóch krótkich słów.

To chyba sprawia kłopoty z tworzeniem napisów do filmów?

- Tak, bo tutaj dochodzą jeszcze inne ograniczenia, na przykład ściśle określona liczba znaków, która może pojawić się na ekranie. Teoretycznie dopuszczalne są trzy krótkie wersy, ale w praktyce stosuje się dwa. W każdym można zmieścić 38 znaków. Mało tego, cały tekst musi być wyświetlany przez określony czas, żeby widz zdążył go odczytać, na przykład tekst złożony z dwóch wierszy musi być wyświetlany przez prawie sześć i pół sekundy. To wszystko oznacza, że jeśli mamy szybki dialog, jak w filmach Howarda Hawksa albo braci Coenów, gdzie postaci błyskawicznie przerzucają się świetnie napisanym tekstem, a każde słowo brzmi i ma swoje miejsce w zdaniu, to tłumacz leży. Nie przekaże wszystkiego.

38 znaków to światowy standard?

- Nie. Każdy, kto kupuje DVD z Hongkongu, wie, o czym mówię, bo tam na przykład nie ma żadnych zasad dotyczących długości wyświetlanego tekstu i czasu jego trwania na ekranie. Trzeba co jakiś czas cofnąć się i zrobić pauzę, bo po prostu nie nadążamy z przeczytaniem w trzy sekundy długiego trójwersowego dialogu. Czyli tam łatwiej jest tłumaczowi, ale trudniej widzowi. Polski tłumacz jest w Innej sytuacji. Musi podjąć decyzję, co przekazać, skoro nie da się wszystkiego.

I jak brzmi odpowiedź na to pytanie?

- Sens. Tłumaczenie musi być przekazaniem sensu.

Ale jak zinterpretować wypowiedź i zadecydować, co jest w niej najważniejsze? Skąd wiadomo, co z ekranu usunąć, a co zostawić?

- Nie ma jednej filozofii tłumaczenia. To praca twórcza, przy której tłumacz w każdej chwili zastanawia się, co ma znaczenie. Być może na przykład w rozmowie arystokraty z robotnikiem nośnikiem sensu nie jest faktyczny temat zdania, tylko jego język, bo podkreśla dzielące ich różnice klasowe. Wówczas pominięcie stylu jest błędem tłumacza. A co zrobić z odniesieniami do nazwiska, miejsca, tytułu? Świetnym przykładem takich dylematów może być przypadek filmu "South Park. Bigger, Longer and Uncut" [polski tytuł "Miasteczko South Park" - przyp. red.]. Pojawia się w nim piosenka: .What Would Brian Boitano Do?". Boitano to doskonale znany w Ameryce łyżwiarz figurowy, o którym dość powszechnie mówi się, że jest gejem. W związku z tym pytanie, które jest parafrazą słynnego pytania: "Co na moim miejscu zrobiłby Jezus?", zadawanego sobie przez osoby wierzące, ma podwójny wydźwięk ironiczny. Tymczasem polski widz nie ma najmniejszego pojęcia, kim jest Boitano.

Co wiec powinien zrobić tłumacz?

- Niektórzy uważają, że jeśli widz nie wie, to... niech się dowie. Jest i drugie rozwiązanie - znalezienie postaci budzącej u nas podobne skojarzenia. Ale jeśli nawet taka się znajdzie, to czy mam prawo użyć jej nazwiska?

Poza wiernością tłumaczenia pojawia się więc pytanie etyczne, a do tego praktyczne - bo przecież ktoś mógłby nas w takiej sytuacji zaskarżyć. W Polsce w wersji kinowej zamiast Boitano pojawiło się nazwisko Zbigniewa Bońka - podwójnie wątpliwe, bo po pierwsze, nie niesie tych samych skojarzeń, a po drugie, na ekranie widać chłopaka jeżdżącego na łyżwach! Dopiero na DVD wrócił w tłumaczeniu Brian Boitano, czyli niedoskonałe, ale bezpieczne rozwiązanie.

W przekładaniu niezrozumiałych filmowych żartów na polskie realia przoduje Bartosz Wierzbięta, tłumacz "Shreka". Czy to, co robi, to jeszcze tłumaczenie?

- Warto pamiętać, że tłumacz zwykle pracuje na zlecenie.

Jeśli chodzi o "Shreka", mało kto wie, że producent filmu DreamWorks zalecał dystrybutorom, by wykonali nie tyle tłumaczenie, ile tak zwaną lokalizację, czyli przekładali rozmaite sytuacje i żarty na lokalne realia. Sugerowali dowolność, zostawiali wolną rękę - chodziło o to, żeby było śmiesznie, a nie wiernie.

Jeżeli jednak nie ma takiego zlecenia, tłumacz nie ma prawa zakładać z góry: wszystko lokalizuję! Dlatego Wierzbięta spotyka się czasami z zarzutem, że jest raczej dialogistą, a nie tłumaczem. Różnica między oryginałem a wersją polską bywa u niego zbyt duża.

Mówi się, że dystrybutorzy czy stacje telewizyjne wpływają również na liczbę i ostrość wulgaryzmów w filmach. Czy presja "zleceniodawcy" dotyczy jeszcze innych kwestii?

- Tytułów, które niesłychanie rzadko mają coś wspólnego z tłumaczem, a zwykle są wytworem działu marketingu. Razem ze znajomym tłumaczyłem kiedyś dla telewizji film "House on Turk Street" Boba Rafelsona nakręcony na podstawie opowiadania Dashiella Hammetta o tym samym tytule. Ale polskie tłumaczenie nie mogło brzmieć "Dom przy Turk Street", bo uznano je za mało atrakcyjne. Zatytułowano go więc niezwykle oryginalnie: "Zakładnik".

Wynika z tego, że praca tłumacza filmów jest niewdzięczna i skomplikowana. Inni tłumacze mają łatwiej?

- W sytuacji najbardziej komfortowej jest tłumacz tekstu pisanego, artykułu czy książki, bo ma jednorodny kanał komunikacyjny. Ma też najwięcej czasu na pracę. Nie ma kłopotów z zamuleniem przekazu, z którym zmaga się choćby tłumacz filmu, w którym na ekranie na przykład ktoś z szyderczym uśmiechem wypowiada frazę nijak do uśmiechu niepasującą, czy tłumacz konferencyjny, który pracuje, dajmy na to, z niewyraźnie mówiącym wykładowcą.

I nie dotyczy go bariera 30 procent, o której wspomniałeś?

- Jeśli ktoś przełoży dwustustronicową powieść na język polski i będzie ona miała 230 stron, to żaden problem. Chyba że w tej powieści z jakiegoś powodu znajdują się odwołania do numerów stron.

A na jakie ograniczenia może się natknąć tłumacz poezji?

- Przede wszystkim musi dokonać gruntownej analizy tekstu, żeby nie zgubić nie tylko znaczeń, ale i brzmienia czy rytmu. Pamiętam, jak zaszokował nas przed laty na anglistyce profesor analizujący poezję Williama Blake'a. Zwrócił nam uwagę na liczbę zgłosek twardych, która w kolejnych linijkach była taka sama. Nie przez przypadek, bo wiersz mówił o symetrii. Na pierwszy rzut oka to rzecz niedostrzegalna, ale przecież niesłychanie istotna. Mamy zresztą w Polsce świetny przykład: - "Lokomotywa" Juliana Tuwima. Jeśli zagraniczny tłumacz nie zauważy, że akcenty wykorzystane przez Tuwima oraz liczba twardych i szeleszczących zgłosek sugerują dźwięk rozpędzającego się pociągu, po prostu zrobi kiepskie tłumaczenie.

Może dlatego najlepszymi tłumaczami poezji często bywają sami poeci? Jak Piotr Sommer czy Stanisław Barańczak?

- Zapewne. Przy okazji warto podkreślić, że w angielskim słowa "translation" używa się właśnie w odniesieniu do tekstów, choćby literackich. "Translation" to coś zupełnie innego niż "interpretation", które odnosi się do tłumaczeń ustnych i od razu sugeruje, że nie mamy do czynienia z precyzyjnym przekładem.

A na czym polega specyfika tłumaczenia ustnego?

- Pewnie cię zaskoczę, jeśli powiem, że wielu łatwiej jest tłumaczyć symultanicznie z polskiego na angielski niż odwrotnie.

Zaskoczyłeś mnie. Dlaczego?

- Kiedy słyszysz wypowiedź w obcym języku, próbujesz złapać jej sens. To trwa. Tymczasem 30 czy 40 lat operowania językiem polskim sprawia, że wystarczy usłyszeć dwa pierwsze wyrazy i już wiesz, co będzie dalej. W drugą stronę zawsze masz opóźnienie.

Czy tłumacz ustny nie powinien być trochę aktorem?

- Powinien, bo tłumaczenie jest przekazaniem sensów, ale one nie sprowadzają się tylko do tekstu. To również emocje.

Jeśli mówi monotonnie, a osoba tłumaczona - entuzjastycznie, to filtr, jakim jest tłumacz, działa bardzo "stratnie".

Również tłumacz konsekutywny, czyli stojący obok osoby, z którą pracuje, powinien wiernie oddać nie tylko jej słowa, ale i język ciała, intonację itp. Ale to moja prywatna filozofia. Wielu uważa, że tłumacz powinien być przezroczysty, nie przykuwać uwagi.

No właśnie, czy tłumacz zawsze zostawia ślad?

- Prawie zawsze. Ma dbać, żeby jego wersja była jak najbliższa oryginałowi, a jeśli czyni świadomie jakieś odstępstwa, powinien się z tego wytłumaczyć. Przy tłumaczeniu literatury ideałem jest sposób pracy Roberta Stillera: na niektórych stronach książek w jego tłumaczeniu jest więcej komentarzy od niego niż samego tekstu.

Są one oczywiście przeznaczone dla czytelnika świadomego, który rozumie, dlaczego nie ma możliwości użycia innego znaku, żeby zastąpić dany znak i przy tym ani nie zgubić, ani nie naddać sensu.

Nie ma takiej możliwości, żeby tłumacz był przezroczysty, bo to, jakim językiem operujemy, jakich słów używamy, jak rozumiemy czyjąś wypowiedź, jest zawsze subiektywne.

Czyżby? Są przecież tłumaczenia, które uważa się wręcz za kanoniczne: jeśli "Pulp Fiction", to tylko Gałązka, jeśli "Monty Python", to tylko Beksiński, jeśli "Władca pierścieni", to tylko Skibniewska.

- Akurat te dwa ostatnie tłumaczenia bywają kwestionowane. Tomasz Beksiński na krótko przed śmiercią napisał w jednym z felietonów, że ponownie obejrzał "Monty Pythona" i doszedł do wniosku, że całe tłumaczenie powinien poprawić. Skibniewskiej zarzuca się problemy z płynnością języka i błędy merytoryczne. Prywatnie uważam, że im więcej tłumaczeń, tym lepiej, bo mamy większą szansę zbliżyć się do sensu oryginału.

Czy są więc tłumaczenia doskonałe?

- Mówi się, że są kongenialne, ale doskonałość jest właściwie niemożliwa. Nie ma po prostu dwóch znaków - w sensie semiotycznym - oznaczających dokładnie to samo i niosących identyczne sensy.

A czy tłumaczenia się starzeją?

- Tak, bo starzeje się język, zmieniają się sensy słów. Świetnym przykładem jest użycie w języku angielskim słowa "gay", które pół wieku temu oznaczało "radosny", "zabawny", "pełen uciech". Dziś użycie go w takim znaczeniu wymagałoby komentarza, bo "gay" w pierwszym znaczeniu to po prostu gej, homoseksualista.

Czy cierpisz na chorobę zawodową objawiającą się uporczywym śledzeniem tłumaczeń innych?

- To nie do uniknięcia. Czytając książki, wyłapuję anglicyzmy, zwracam uwagę na fragmenty, w których kiepska polska składnia wskazuje na słabość tłumacza, albo biję brawo świetnym pomysłom. Kiedy oglądam film w kinie, walczę, żeby nie zerkać na napisy i z czystej ciekawości nie sprawdzać, jak ktoś coś przełożył, jakiej frazy użył.

No i ktoś ci zaimponował swoimi umiejętnościami? Jest tłumaczenie, które uważasz za genialne?

- Jest ich mnóstwo, choćby genialne użycie w "Pulp Fiction" stwierdzenia, że pewnemu panu "zrobią z dupy jesień średniowiecza", choć oryginał: "I'm gonna get Medieval on your ass", nie zawiera przecież odniesienia do tytułu książki Johana Huizingi "Jesień średniowiecza". Tłumaczka Elżbieta Gałązka-Salamon poszła z duchem wypowiedzi, wprowadziła odniesienie z własnej woli i jej fraza weszła do języka potocznego.

Ciekawie jest też z tłumaczeniem "Kubusia Puchatka" Ireny Tuwim i późniejszym Moniki Adamczyk. Choć pojawiła się Fredzia Phi Phi, nie zaistniała szerzej w świadomości, bo Kubuś Pucharek jest nie do ruszenia - brzmi ciepło, niewinnie, ale i jakoś tak fajtłapowato, po prostu rewelacyjnie dla tej postaci. Jeśli słowa tłumacza weszły do języka potocznego, to on sam właściwie stał się współtwórcą kultury. To szczyt osiągnięcia dla człowieka posługującego się w pracy cudzym słowem.