|
Kiedy zaczął się rok akademicki, jednym z moich potężniejszych dylematów był język. Nie oszukujmy się - z językami obcymi mam dokładnie tyle wspólnego, co z baletem klasycznym, fizyką kwantową, budową ciągnika rolniczego zasilanego biopaliwem albo z rejestrami z liniowym sprzężeniem zwrotnym. A tym bardziej, jeśli przedmiotem zainteresowania przymusowego staje się język niemiecki, który chyba wymyślił sam Bóg po wypędzeniu Adama i Ewy z raju, na pohybel ludzkości i zagładzie świata.
Narzucili nam odgórnie w podstawówce, ponieważ dyrektorzy tej światowej placówki oświatowej byli nastawieni nonkonformistycznie do reszty populacji. Angielski uważali za niegodny uwagi, czasu i poświęcenia - może mieli dziadków w Wehrmachcie, któż dociecze. W każdym bądź razie, wszystkie niebożątka były i są i będą katowane deutschową leksyką z piekła wyjętą.
Nie miałam najmniejszych ambicji w liceum, by umieć komunikować się w tym języku, byłam ambicjonalną kaleką i impotentem. Matura znajdowała się gdzieś w sinej dali, mało kto się przejmował. Potem matura została zdana cudem, metodą: entliczek- pentliczek, czerwony stoliczek (nie żartuję!). A kiedy przyszło do rozmowy z prawdziwym Niemcem, był tylko wstyd. Trudno się więc dziwić, że niemiecki - to była jedna wielka trauma. A tutaj jeszcze pojawia się na poziomie wyższym.. Nic tylko pakować manele i uciekać, zanim sami się pozbędą.
Tymczasem... Na filologii do wyboru były tylko dwie grupy lektoratowe - A2 i B1. Biłam się z myślami przez tydzień, rozważałam w każdą możliwą stronę. A co jeśli B1 okaże się potwornie ciężki..? Nieźle się nakombinuję, żeby zdać. Przychodzę na pierwsze zajęcia. Dowiaduję się, że poziom B1 jest poziomem DOCELOWYM, a nie, jak myślałam, punktem wyjścia. I osiągniemy go po dwóch latach nauki. Przyznam, że nieco osłupiałam. Właśnie przez sąd, że wybieramy poziom początkowy, od którego zaczynamy kształcenie językowe.
Dostałam do ręki nasz podręcznik z niemieckiego - i osłupiałam ponownie, tym razem trwale, kamiennie i niewzruszenie. Bowiem zrozumiałam praktycznie wszystko z tego podręcznika. Nie musiałam zagłębiać się specjalnie w teksty, aby złapać sens. Wrażenie dość szokujące, jeśli wziąć pod uwagę moją powyższą samoocenę. I nie jest to wyłącznie moja opinia, ponieważ każdy, kto wrócił ze swoich zajęć językowych, miał podobne odczucia! Poziom języków jest po prostu t r a g i c z n y. Ludzie, którzy poszli na poziom wysokozaawansowany, mówili, że przerabiali te rzeczy w liceum!
Coś tu stoi na głowie. Całe lata już trąbi się o konieczności nauki języków obcych, nasza kobieta od łaciny powtarza dosłownie co tydzień kazanie na temat: czym będą języki obce w moim życiu bezrobotnego polonisty? A tutaj dostajemy możliwość nauki wprost na żenującym poziomie. Właściwie... większość cofa się w edukacji obcojęzycznej, często nie stać ich na kształcenie się w prywatnych szkołach, bo zdzierają niemiłosiernie.
Ja się pytam: jak to możliwe, że po liceum człowiek umie więcej z języka niż na studiach...? Nierządem uczelnie stoją?
|