Co z tym angielskim? Drukuj Email
Język angielski - Porady dla uczących się języka - Artykuły
Wpisał Aleksandra Łojek-Magdziarz   


Scenka z życia wzięta: matka z dzieckiem robią zakupy w Londynie. Synek, może ośmioletni, zwraca się do matki piękną angielszczyzną, mama odpowiada po polsku. Rozmowa toczy się bardzo naturalnie, żadna ze stron nie ma kłopotów ze zrozumieniem drugiej.

Zygmunt Broniarek opanował kilka języków obcych, ucząc się na pamięć samouczków. Mechanicznie (był dzieckiem, była wojna) i z nudów powtarzał różne średnio wówczas przydane zwroty, by po latach okazało się, że nadal je pamięta. Odżyły, kiedy pojawił się odpowiedni bodziec.

Robert Maxwell znał kilka języków, bo urodził się na Zakarpaciu (wtedy Czechosłowacja, obecnie Ukraina). W domu używano jidysz, interesy ubijało się po czesku albo węgiersku, a przejeżdżający handlarze mówili po rumuńsku lub ukraińsku. Maxwell nie musiał się uczyć. Języki przyszły same.

Odkrywca Troi, Henryk Schliemann natomiast poznał sam szesnaście języków. Jego metodą było pisanie pamiętników w języku kraju, w którym aktualnie przebywał, a że przed rozpoczęciem swojej kariery archeologicznej był biznesmenem, podróżowanie sprzyjało temu zadaniu, jakie sam sobie wyznaczył.

Melodie językowe

Różne szkoły językowe lubią chwalić się swoimi jedynymi i niepowtarzalnymi metodami nauczania. To czysty marketing. Nie ma bowiem uniwersalnej metody, choć niewątpliwie jest wiele ułatwiających naukę, usprawniających pamięć. Każda z nich jednak bezlitośnie zasadza się na dość mrówczej pracy - jeśli nie miało się szczęścia i w dzieciństwie nie było wystawionym na działanie więcej niż jednego języka w sposób ciągły.

Język obcy to melodia, jak mówią jedni. Giuseppe, naukowiec, który nauczył się polskiego, twierdzi, że było to trudne zadanie, bo melodia języka polskiego różni się znacznie od melodii angielskiego czy francuskiego. Dlatego nie mógł zapamiętać słówek, bo długo umykała mu melodyka. Postanowił zatem w ogóle nie mówić po włosku ani angielsku, kiedy był w Polsce i nastawić się jedynie na odbiór i maniakalne wprost robienie notatek.

Piosenki i wiadomości

Rafał, prawnik, zna angielski i włoski, jak twierdzi, przypadkiem, bo nie poświęcił tym językom zbyt dużo czasu. Od dziecka jednak uczył się śpiewać różne dziecięce piosenki, które otworzyły go na inne języki. Śpiewał głównie po angielsku, dzięki taśmom magnetofonowym przywożonym przez rodziców zza żelaznej kurtyny. W tej chwili Rafał stosuje podobną metodę wobec swojego synka, który ma trzy lata. Malec uczy się angielskich piosenek, słucha polskich bajek i BBC - naprzemiennie, żeby żadnego języka nie traktował jak obcego. Oczywiście, nie rozumie wiadomości, jakich słucha, ale wyłapuje pojedyncze słowa i zna melodię - to mu ułatwi "poważną" naukę w przyszłości. Angielski jego ojca nie jest szczególnie poprawny - robi błędy gramatyczne, ale spełnia swoje zadanie - komunikuje się z anglojęzycznymi klientami.

Słówka tylko w kontekście

Tomasz, komputerowiec, nie należy do tych szczęśliwców, którzy wyłapują melodykę czy błyskawicznie przyswajają słówka. Co więcej, wie, że nie ma zdolności językowych (choć to rzecz względna), zatem po wielu eksperymentach z sobą samym zidentyfikował metodę, która przyniosła najlepsze wyniki: uczenie się słówek w kontekście. Tomek, przy pomocy prywatnego nauczyciela, który tę metodę mu zaproponował, uczy się nie dziesięciu czy dwudziestu słówek na pamięć dziennie, ale wypisuje całe zdania lub zwroty, już świadom, że samo słówko nie wystarcza, bo oderwane od kontekstu szybko zginie w mrokach niepamięci (a mroki te są szczególne zachłanne.)

- Na początku oczywiście bardzo mi się nie chciało uczyć, ale okazało się, że gdy się wreszcie zmobilizowałem, bardzo szybko zobaczyłem skutki. Inna sprawa, że mój nauczyciel wybiera słówka w otoczeniu zwrotów, które są często używane i kiedy słyszę je potem w telewizji czy na filmie, jestem bardzo z siebie zadowolony - mówi. Tomek wymyślił też, że filmy na DVD będzie oglądał zawsze z napisami (angielskimi) i kartką papieru. A ponieważ jest maniakiem i filmy ogląda po sto razy, nie ma siły - uczy się. Owszem, jego cierpliwa partnerka musi zrozumieć, że Tomek od czasu do czasu zatrzymuje film, żeby coś zanotować, ale na szczęście podziałało to na nią po pewnym czasie stymulująco i sama zaczęła się uczyć.

Powtarzanie niechcący i powtarzanie świadome

Nauka mówi, że aby dany zwrot zinternalizować, czyli przyswoić tak, by z głowy nie wyszedł nigdy (wyjąwszy np. urazy głowy, dzięki którym zapada się na amnezję, ale i to nie jest pewne, bo mózg potrafi płatać ludziom dziwne figle), należy go powtórzyć 50 razy. To zniechęca. Ale nie zdajemy sobie sprawy, że powtórzenie słowa czy zwrotu po tylekroć wcale nie jest takie trudne, bo on się i tak pojawi i nas znajdzie. Jeśli będziemy systematyczni.

Ania, sekretarka, która też nie uważa się za szczególnie zdolną językowo, uznała pewnego dnia, że bez angielskiego już normalnie funkcjonować nie może i zapisała się do bardzo znanej szkoły, która ogłasza się nieustannie na łamach wszystkich mediów, a metodą nauki jest powtarzanie przez godzinę tego, co powiedział nauczyciel. Na Anię to podziałało i po roku czuła się dużo swobodniej, a poza tym, okazało się, że mimo iż uważała, że nic nie pamięta, w sytuacji krytycznej, takiej, której panicznie obawiają się uczący, czyli konfrontacji z obcokrajowcem na ulicy, potrafiła mu odpowiedzieć i doradzić, gdzie jest restauracja wegetariańska. Zrobiła to niemal odruchowo.

Bajek tłumaczenie

Ta sama metoda zupełnie nie podziałała na Dorotę, nauczycielkę w szkole specjalnej, która porzuciła szkołę po miesiącu, ponieważ uznała, że nie dość, iż się potwornie nudzi, to w dodatku nic nie pamięta, a nauczyciel budzi w niej żądzę mordu.

- Miotałam się, dopóki nie zaczęłam sama dla siebie tłumaczyć ze słownikiem różnych krótkich bajek dla dzieci. Po prostu codziennie siedziałam nad słownikiem, na początku strasznie mnie to denerwowało, ale potem się wciągnęłam. Obłożyłam się podręcznikami i uczę się sama. Wymowę mam straszną, ale w Internecie znalazłam kursy dla takich, jak ja, więc po prostu radzę sobie sama.

Książki, ale audio

Jakub, artysta, który ma ADHD (jak sam twierdzi, by usprawiedliwić fakt, że nie umie lub nie chce skupić się na systematycznej nauce), doprowadzony w Londynie do ostateczności faktem, że kiedy otrzymał telefon od potencjalnego pracodawcy, potrafił z siebie wykrztusić kilka monosylab i w panice wyłączył się, bo omdlał wewnętrznie z przerażenia, że doszło do kompromitacji językowej, ściągnął z Internetu książki w wersji audio. Różne. Kryminały i science-fiction. Słucha ich codziennie w metrze, a wieczorem przegląda niby od niechcenia, słownik. Jego kieszenie są pełne karteluszek ze słówkami, do których pewnie nigdy nie zajrzy, ale nie trzeba było czekać długo na efekty. Teraz to Jakub prowadzi negocjacje z klientami. Ma piękny akcent, bo głównie słuchał Conan Doyle`a. Zasób słów nadal niewielki, ale dzięki pięknym klasycznym zwrotom, jakie mu bezboleśnie weszły do głowy w trakcie wielogodzinnych podróży do pracy, niejednokrotnie rozładowywał atmosferę w trakcie rozmów z Anglikami. Co też jest istotne.

Inny świat

Oczywiście na pewnym poziomie język obcy to nie tylko narzędzie do komunikacji, którego uczenie się oznacza literalne przekładanie zdań języka ojczystego na inny. Nic bardziej mylnego. Drugi język operuje często zupełnie innymi pojęciami, często nieprzetłumaczalnymi. Dobrym przykładem może być termin "śnieg" w językach grupy eskimoskiej. Tam śnieg ma kilkanaście określeń, w zależności od faktury, koloru, czasu występowania, stopnia twardości, itp. Niektórzy Indianie z kolei nie powiedzą "było wczoraj", tylko "minął świat", bo zupełnie inaczej pojmują czas. Cyklicznie, a my - linearnie. Anglik zapyta: "How are you?", Polak przetłumaczy to na : "Jak się masz?" Ale przecież nikt nigdy w języku polskim tak się do nikogo nie zwróci - bo to kalka. Dlatego poznanie języka to nie tylko umiejętność przełożenia tego, co się pomyślało, na inny język - to nauczenie się myślenia w innym języku, co oznacza wejście w kompletnie różny świat.

To jednak wyższy stopień wtajemniczenia, o istnieniu którego warto wiedzieć, żeby zrozumieć, jaki ważny krok robimy, podejmując się nauki języka. Bo będziemy potrafili nie tylko zamówić obiad w restauracji czy zapytać się o drogę, ale przy odpowiedniej mobilizacji znajdziemy się w nowym świecie, przez co wiele zjawisk z tego świata nie będzie w nas budzić zdziwienia. A znając dwie kultury, stajemy się świetnym pomostem, łączącym różne rzeczywistości. Tłumaczami kultur. Najpierw na poziomie podstawowym (na przykład tłumacząc przyjezdnym, że na pytanie uprzejmego Brytyjczyka o to, jak minął dzień, należy się rozpromienić i entuzjastycznie odpowiedzieć, że świetnie, mino faktu, iż szef wręczył nam zwolnienie), potem coraz bardziej zaawansowanym.

A to ułatwi życie już nie tylko nam.