Początek:

 

  • Masz w sobie tyle nieba...
Język globalny Drukuj Email
Język angielski - Porady dla uczących się języka - Artykuły
Wpisał Ewa Kerr   


Angielszczyzna w powszechnej opinii uchodzi dziś za język nie tylko międzynarodowy, ale wręcz globalny. Według szacunków British Council, dla 400 - 450 milionów ludzi jest to język ojczysty, dla 150 - 350 milionów - drugi język. Jako językiem obcym posługuje się nim od 200 milionów do miliarda ludzi. Co więcej, w ostatnich latach angielski odniósł kilka "administracyjnych" zwycięstw, podczas gdy inne języki, takie jak włoski, czy hiszpański straciły. W niektórych stanach Stanów Zjednoczonych, na przykład, w wyniku referendum zrezygnowano z dwujęzycznej (w praktyce angielsko-hiszpańskiej) edukacji w szkołach, zastępując ją lekcjami, prowadzonymi wyłącznie w języku angielskim, w Zairze, po obaleniu dyktatora Mobutu francuski stracił status języka oficjalnego.

Popularność angielskiego nie jest jednak prostą funkcją liczby jego użytkowników Kilka innych języków, a wśród nich francuski i łacina, na różnych etapach historii cieszyło się większą popularnością, żaden jednak nie zdobył nawet w przybliżeniu tak silnej pozycji jak angielski w czasach współczesnych.

Czemu zatem zawdzięcza on swój fenomenalny sukces? Rodacy Szekspira odpowiadają często, że swej szlachetnej prostocie, dzięki której języka tego łatwiej się uczyć niż francuskiego czy urdu. W grę wchodzą, rzekomo, takie właściwości, jak brak rodzajów i przypadków; szczątkowa koniugacja, czy to, że ten sam wyraz oznaczać może rzeczownik, czasownik lub przymiotnik.

Ta teoria jest dziś jednak odrzucana tak przez lingwistów, jak przez kulturoznawców.
Po pierwsze, łatwość angielskiego jest względna - przedstawiciele niektórych grup językowych uczą się go szybciej, innych - dłużej. Podobnie, rzekome zalety angielskiego, na przykład brak rodzajów i deklinacji stanowią dodatkową trudność" w zrozumieniu sensu zdań. Zresztą, gdyby prostota gramatyki była czynnikiem decydującym o międzynarodowym sukcesie języka, to łacina ze swymi pięcioma deklinacjami, długą listą końcówek i jeszcze dłuższą wyjątków, nie stałaby się nigdy najważniejszym językiem Europy, a wszyscy porozumiewaliby się przy pomocy esperanto.

Angielski jest potęgą, ponieważ miał szczęście znaleźć się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.
W XVII i XVIII wieku był on mową mieszkańców największego mocarstwa kolonialnego - Wielkiej Brytanii, w XVIII i XIX wieku - lidera rewolucji industrialnej - także Wielkiej Brytanii. Pod koniec XIX i na początku XX wieku stal się jeżykiem największej w świecie potęgi ekonomicznej Stanów Zjednoczonych. W rezultacie, kiedy w XX wieku nowe technologie przyniosły nowe możliwości komunikacji, angielski i jego użytkownicy znów znajdowali się w czołówce tych, którzy z nich skorzystali. W ten sposób międzynarodowy transport, komunikacja radiowa, kino. telewizja i reklama zostały zdominowane przez angielski.

Choć historycznym źródłem dzisiejszej dominacji angielskiego jest dawna potęga Wielkiej Brytanii i obecna Stanów Zjednoczonych, skala jego ogólnoświatowego sukcesu wiąże się raczej ze współczesną potrzebą globalnej komunikacji niż specjalnym statusem USA. Szczególne znaczenie mają tu dwa wydarzenia. Jedno to powstanie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wielu nowych, wielonarodowych i wielojęzykowych państw. Angielski uzyskał w nich status drugiego oficjalnego języka, pełniącego funkcję spoiwa kulturowego. Drugie wydarzenie to to rewolucja technologiczna - w tym przypadku znów angielski znalazł się w odpowiednim czasie w ustach odpowiedniego człowieka Paula Gatesa. Oblicza się: że blisko 85 procent światowej komunikacji elektronicznej odbywa się w tym języku. Komputeryzacja to niema! w całości amerykański biznes i zarazem najsubtelniejsze narzędzie amerykańskiej propagandy.

ANGLOJĘZYCZNI ANALFABECI

Jednym z paradoksów; związanych z angielskim jest to, iż choć mówi nim licząca się część populacji Ziemi, mówi słabo. Według badań, przeprowadzonych przez naukowców z Oxfordu, aż 25 procent dorosłych mieszkańców Wielkiej Brytanii i prawie 40 procent Amerykanów spełnia techniczną definicję analfabetyzmu. Ci ludzie nic potrafią, na przykład, wypełnić najprostszego formularza, ani poprawnie napisać takich słów, jak "bezwarunkowy", "zrozumiały" i "odpowiedzialny". Nawet anglojęzyczni posiadacze wyższego wykształcenia popełniają więcej błędów ortograficznych niż Francuzi czy Niemcy.

Jeszcze gorzej rzeczy się mają, gdy w grę wchodzi gramatyka i interpunkcja.
Jedynym znakiem przestankowym, nie sprawiającym większych problemów mieszkańcom Wysp Brytyjskich, jest kropka, Zaledwie co dwunasty Anglik wie natomiast, gdzie postawić przecinek, a takie znaki, jak średnik czy dwukropek, w prywatnej i urzędowej korespondencji praktycznie nie występują.

Czemu przypisać ten opłakany stan? W znacznym stopniu winę ponosi niski poziom państwowej edukacji we wszystkich anglojęzycznych krajach ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Analfabetyzm zaś to stan dziedziczny - dzieci tych, którzy nie potrafią poprawnie pisać, same są szczególnie narażone na to, że pisać się nie nauczą i przypadłość tę przekażą swemu potomstwu. Istotnym czynnikiem zniechęcającym do nauki poprawnego pisania i mówienia jest również to, że ci, co angielski "wyssali z mlekiem matki" z reguły zakładają, że i tak zostaną zrozumiani przez cudzoziemców. Taka postawa nie sprzyja także nauce języków obcych. Francuskim, który jest w Wielkiej Brytanii najpopularniejszym obcym językiem, posługuje się zaledwie kilka procent dorosłych mieszkańców tego kraju. Z kolei nauka obcych języków jest świetną metodą udoskonalenia ojczystej mowy, nabycia świadomości ważności gramatyki i interpunkcji.

Obniżenie poziomu nauczania z jednej strony, a z drugiej - rozległość zjawiska wtórnego analfanetyzmu sprawiły, ze minister edukacji, David Blunket zarządził, by nauka czytania i pisania uznana została w szkołach podstawowych za priorytet. W rezultacie w ciągu ostatniego roku zwiększono w brytyjskich podstawówkach liczbę godzin angielskiego i wprowadzono coroczne testy z tego języka, W całym kraju angielskiego można także uczyć się na kursach wieczorowych. Nawet studenci uniwersytetów mają szansę nadrobić braki w tej dziedzinie - na większości kierunków istnieją specjalne zajęcia "korekcyjne". Ten program jednak jest bardzo trudny do realizacji, ponieważ wszędzie brakuje nauczycieli. Ostatni pomysł rządu, aby do nauki pisania i czytania zatrudnić w szkołach podstawowych bezrobotnych w charakterze pomocy szkolnych, opinia publiczna uznała za okrutny żart - bezrobocie spowodowane jest bowiem, między innymi, analfabetyzmem.

Znajomość angielskiego jest nie tylko wartością samą w sobie, ale podstawą osiągnięcia sukcesów na wielu innych polach. Jednym z nich jest uczenie angielskiego cudzoziemców. Obecnie daje ono zatrudnienie blisko 100 tysiącom Brytyjczyków, pracującym tak w kraju, jak za granicą. Jeśli jednak obecny trend, polegający na ciągłym obniżaniu poziomu angielskiego w szkołach, utrzyma się, albo - co gorsza - pogłębi, to Brytyjczycy stracą swą uprzywilejowaną pozycję także w tej dziedzinie. Od kilku już lat w szkołach języka angielskiego, których pełno jest w Londynie, a także Bristolu. Manchesterze czy Edynburgu, przybywa cudzoziemców w roli nauczycieli - osiągają oni bowiem coraz lepsze wyniki w egzaminach typu TEFL, podczas gdy Brytyjczycy mają kłopoty z ich zdaniem.

ANGIELSZCZYZNA LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH

David Rowan, autor "Słownika angielskiego lat dziewięćdziesiątych" twierdzi, że angielski zmienia się dziś szybciej niż kiedykolwiek przedtem.
Po części jest to spowodowane tym, że samo życie zwiększyło tempo - ledwo opanowaliśmy "fax", a już trzeba zacząć posługiwać się "e-mailem", ledwo zrozumieliśmy, co to znaczy "fotogeniczny", a już specjaliści ukuli słowo "mediageniczny", ledwo poznaliśmy uroki "Prozaca", a już wolno nam rozkoszować się .Viagrą".

Po drugie, angielski w większym stopniu pełni dziś funkcje propagandowo-perswazyjne, zamiast rozjaśniać rzeczywistość stara sieją zaciemnić- Doskonałym tego przykładem jest cała gama nowych wyrażeń, dotyczących zatrudnienia i - jeszcze bardziej - bezrobocia. Sam termin "bezrobocie" (unemployment) praktycznie wyszedł z użycia. Kiedy; na przykład, kilka lat temu fabryka Chryslera wyrzuciła na bruk 500 pracowników, jej rzecznik prasowy przedstawił to jako "Program wzmocnienia alternatywnych karier" (career alternative enhancement programme). W dzisiejszych czasach temu, kto stara się o pracę, nie wypada powiedzieć, że nie został przyjęty - zamiast tego używa się słowa "decruit", które bardziej kojarzy się z "recruit" (przyjąć do pracy) niż zwykle "nieprzyjęcie". Podobnie, ci, którzy utracili pracę, nie muszą się do tego przyznawać wprost - lepiej brzmi powiedzenie, że wybrało się żywot "slackera" (szczęśliwego lenia), albo że znajduje się na etapie "downshifting" (zwalniania tempa).

W ostatnich latach powstała też cala gama wyrażeń i terminów, które mają na celu przyciągnięcie ludzi do mało atrakcyjnych i nisko opłacanych zawodów. Babcia klozetowa czy sprzątaczka, na przykład, w Wielkiej Brytanii szczyci się tytułem "menedżera urządzeń sanitarnych". Podobnie supermarkety zachęcają do pracy w nich, oferując "rzadką szansę aranżacji otoczenia półek". Wbrew pozorom, nie chodzi tu o pracę plastyka, odpowiedzialnego za dekorację wnętrza sklepu, a tylko o przekładanie puszek ananasów i butli ketchupu na półki.

Współczesny angielski to także język skrótów, z których znaczna część stanowi zmorę dla cudzoziemców, a także - coraz częściej - dla użytkowników tego samego języka, nie należących do zamkniętego świata wtajemniczonych w zawiłości slangu. I tak, ledwo do powszechnego obiegu trafił "yuppie", a już słowa tego praktycznie się nie używa. W modzie są natomiast "sinbady" (Single Income, No Boyfriend, Absolutely Desperate, czyli - własny dochód, brak chłopaka, w głębokiej potrzebie poznania kogoś) i "sitcomy" (Single Income, Two Children and an Oppressiye Mortgage, czyli jedna pensja, dwoje dzieci i dom do spłacenia) i "dumpy" (Destitute Unemployed Mature Professional, czyli spauperyzowany bezrobotny podstarzały inteligent).

Inaczej niż konserwatyści, którzy mieli konserwatywny stosunek do języka, laburzyści rozmiłowani są w nowomowie. Jest to nowomowa nowego menedżera, który uważa, że wszystko można zmierzyć, a jak czegoś nie można zmierzyć, to nie ma co sobie zawracać tym głowy. Ten język zachęca do nieustannego doskonalenia się, podwyższania kwalifikacji, a także - w tym jego podobieństwo do komunistyczno-technokratycznej mowy, którą wyśmiewał George Orwell w swym "Roku 1984", do nieustannej, podwyższonej czujności. Wartości abstrakcyjne, takie jak mądrość czy sprawiedliwość, nie mają w nich miejsca - jedyną cnotą, która ze starego słownika prześlizgnęła się do nowego jest przezorność.

Najsłynniejszym wyrażeniem, które do języka wprowadziła ekipa Blaira, jest "on message". Oznacza to, po prostu, bycie w pogotowiu i czekanie na wskazówki z góry. Laburzyści wspierają także "flexibility", czyli elastyczność i wspieranie, czyli "enhancement" w każdej postaci - jakości, ilości. Podobnie, godzą się na podwyżki dla budżetówki tylko wtedy, gdy są one "performance related", czyli uzależnione od osiąganych wyników. Gdy chodzi o edukację, nie ma, jak dawniej mowy o uczeniu się dla czystej przyjemności zdobywania wiedzy. W czasach Blaira chodzi się do szkoły i wstępuje na uniwersytet w imię "value-addedness" (dodawania wartości), czyli po to, aby "exit skills" (umiejętności wyjściowe) były wyższe niż "entrance skills" (umiejętności wejściowe), a wszyscy osiągnęli minimalny poziom "graduateness" ("absolwentowości"). Nad wszystkim tym zaś czuwa cala armia "auditors" (kontrolerów), którzy nie tylko sprawdzają, czy dana instytucja działa jak należy, ale w nieskończoność porównują szkołę ze szkołą, szpital ze szpitalem, toaletą miejską w mieście X z klozetem w mieście Y.

CO DALEJ Z ANGIELSKIM?

Jaka będzie przyszłość angielskiego? Jeszcze 30 lat temu przewidywano, że podzieli on los łaciny - jego ekspansja doprowadzi do tego, że powstanie wiele różnych jego odmian, które stopniowo będą się od siebie oddalać, dając początek nowym językom. W ten sposób brytyjski angielski tak się będzie miał do amerykańskiego angielskiego, jak powiedzmy, hiszpański do francuskiego. Dziś już wiadomo, że ten scenariusz ma nikłe szansę urzeczywistnienia.
Wprawdzie Kanadyjczycy mówią inną odmianą angielskiego niż Szkoci czy Australijczycy, ale różnice miedzy nimi zamiast pogłębiać się od kilkunastu lat maleją. Jest to, przede wszystkim, zasługa telewizji satelitarnej, dostępnych na całym świecie anglojęzycznych gazet, zuniformizowanego języka reklamy i Internetu, czyli - używając określenia francuskiego filozofa, Jeana Baudrillarda - "ekstazy komunikacji", w której pogrążona jest ludzkość na przełomie wieków.

Większym niebezpieczeństwem jest to, że angielski zdominuje inne narodowej języki - poziom "zaśmiecenia" angielszczyzną od wielu lat budzi troskę językoznawców Niemiec, czy Włoch. We Francji "anglicyzowanie" w prasie, radiu i telewizji, a także na terenie szkoły grozi nawet zapłaceniem grzywny - mimo to "fast food" wypiera francuskie dania.

Inny problem, związany z angielskim, polega na tym, że jego poszczególne odmiany ulegają stopniowej "gettoizacji". Owocuje on tym, że przedstawiciele jednej grupy zawodowej posługują się slangiem, niezrozumiałym dla innych, a także, że wykształcenie i status ekonomiczny stają się większą barierą językową niż fakt urodzenia się w takim czy innym kraju. Jeśli ten proces pogłębi się, to w przyszłości sposób korzystania z angielskiego może stać się wskaźnikiem "globalnej stratyfikacji społecznej" - nie tylko metodą odróżniania angielskiego arystokraty od angielskiego robotnika, ale bankiera z Danii od sprzątaczki z Malezji.