Dwie małe dziewczynki rozmawiają z ożywieniem. "Liba Cabengo, it tulejmeja" - mówi jedna. "Nis, Poto?" - pyta druga. "Ya, pinit" - odpowiada pierwsza. Mówią językiem, którego poza nimi nikt nie zna i nie używa. Od kilku lat są najpopularniejszymi bliźniaczkami na świecie i przedmiotem zainteresowania językoznawców i psychologów, którzy próbują odnaleźć klucz do drzwi odgradzających ich od prywatnego, fascynującego świata Gracie i Ginny. Poddaje się je niezliczonym testom, fotografuje i nagrywa. Są gwiazdami telewizyjnych programów i przedmiotem sporów filmowców, którzy walczą o prawo sfilmowania ich niezwykłej historii.
Odkryto je, gdy miały po kilkanaście lat. Nazywają się Grace i Virginia Kennedy, ale rozmawiając ze sobą używają imion Poto i Cabengo; czasami też zwracają się do siebie per Madame i Milady. Przez pewien czas uważano, że są opóźnione w rozwoju - nie umiały mówić, a jednak najwyraźniej używały między sobą jakiegoś dziwnego języka. Wkrótce okazało się, że reprezentują najbardziej rozwiniętą formę idioglosji zanotowaną w historii językoznawstwa i medycyny.
Idioglosja - zjawisko jeszcze niecałkowicie przez naukę poznane - to powstanie jednostkowego języka , o odrębnej składni i słowniku, stworzonego na własny użytek przez dwie tylko osoby, najczęściej parę bliźniąt. Nie należy jej utożsamiać z pojęciem tzw. Języków bliźniąt: około 40% par bliźniąt używa "prywatnych" słów i wyrażeń, które są zniekształconymi formami języka dorosłych, i które na ogół zanikają, gdy dzieci osiągają wiek trzech lat. Ale Gracie i Ginny miały po sześć lat kiedy je "odkryto", a w dodatku w ogóle nie znały angielskiego! Operowały słownikiem złożonym z setek absolutnie egzotycznie brzmiących słów, powiązanych ze sobą w zdania i "przyprawionych" dziwacznymi na wpół angielskimi i na wpół niemieckimi zwrotami. Co więcej, reguły tego dziwacznego języka nie przypominały niczego, co byłoby znane językoznawcom: przyimki spełniały w nim funkcję czasowników, a jedno i to samo słowo mogło przybrać aż 30 odmiennych fonologicznie kształtów!
Językoznawcy, specjaliści od zjawisk patologii mowy i psycholodzy ujrzeli w przypadku Gracie i Ginny rzadką okazję poznania tajemnicy, jaka otacza zjawisko narodzin języka: w jaki sposób genetycznie zaprogramowane funkcje neurologiczne współdziałają z bodźcami dostarczanymi przez środowisko?
W 1977 dziewczynki trafiły do szpitala pediatrycznego w San Diego - skierowano je tam z Rejonowego Centrum Zdrowia Dziecka, instytucji, której zdaniem jest organizowanie pomocy dla rodzin dzieci trudnych. Okazało się, że są zbyt inteligentne, aby wystarczył im program nauki przewidziany dla dzieci, ociężałych umysłowo. W klinice logopedycznej poddano je serii testów: bardzo nieśmiałe, rozmawiały tylko ze sobą strasznie szybko i całkowicie niezrozumiale. Logopeda zanotował: "Ich język brzmi tak, jakby ktoś przegrywał taśmę magnetofonową na zwiększonych obrotach; od czasu do czasu da się z tego świergotu wyłowić jakieś zrozumiałe słowo.
Pod fachową opieką logopedy i psychologa dziewczynki zaczęły się bardzo szybko rozwijać. Uczęszczały na zajęcia dla dzieci cierpiących na poważne wady wymowy oraz specjalne zajęcia w ramach terapii klinicznej. Z Uniwersytetu Stanowego w Kalifornii przybyła do San Diego dwójka psycholingwistó - Richard Meier i Elissa Newport - którym powierzono niełatwe zadanie rozszyfrowania przedziwnego języka bliźniaczek. Sesje terapeutyczne nagrywano na wideofonie, po czym taśmy przegrywano w zwolnionym tempie, starając się odgadnąć powiązania między niezrozumiałymi zbitkami dźwięków a przedmiotami, których nazwy stanowiły zapewne te dziwaczne wyrazy. Meier i Newport pracowicie zapisywali dialogi dziewczynek w transkrypcji fonetycznej, starając się jednocześnie dzielić długie ciągi zgłosek na jednostki syntaktyczne i leksykalne.
W tym samym czasie przydzieleni do bliźniaczek logopeuci starali się nauczyć je angielskiego. Dziewczynki zupełnie nie potrafiły łączyć poszczególnych sylab w wyrazy: nieliczne znane słowa "wyrzucały" z siebie z niewiarygodną wprost szybkością.
Po długich tygodniach pracy dwóm nauczycielkom udało się poznać podstawy ich prywatnego języka. Ale kiedy instruktorki zaczęły go używać, bliźniaczki nie odpowiadały - udawały, że nie rozumieją lub wybuchały śmiechem. Może czuły, że muszą bronić swego prywatnego świata przed inwazją z zewnątrz?
Jaki był ów świat? Pani Christine Kennedy, urzędniczka bankowa z Monachium, którą Tom Kennedy poznał na dancingu, poślubił i przywiózł do Stanów, urodziła swoje córeczki w 1970 roku. Rodzice nie liczyli się z możliwością narodzin bliźniaków, i przez pierwszy okres życia Ginny i Gracie musiały dzielić się wyprawką przeznaczoną dla jednego tylko niemowlęcia - sypiały nawet we wspólnym łóżeczku. Tuż po urodzeniu obie cierpiały na gwałtowne konwulsje. Badania nie wykazały żadnych poważniejszych uszkodzeń mózgu, ale neurochirurg podejrzewał wodniaki podtwardówkowe i orzekł, że dopiero po upływie kilku lat będzie można odpowiedzieć na pytanie, czy bliźniaczki rozwijają się normalnie. Po roku badania powtórzono, a encefalograf nie wykazał żadnych patologii.
Przez pierwsze lata życia dziewczynki skazane były na własne towarzystwo, albo pozostawały pod opieką babki ze strony matki. Niemki, zupełnie nie znającej angielskiego. Bały się babki, bały się psów i obcych ludzi, spędzały dnie w domu bawiąc się ze sobą, podczas gdy rodzice spali lub wychodzili z domu na długie godziny w poszukiwaniu pracy. Zaobserwowali jednak ulubioną zabawę córeczek: Grace, bardziej przedsiębiorcza z bliźniaczek, brała do ręki jakiś przedmiot i jak gdyby nadawała mu nazwę. Ginny powtarzała ją za siostrą, po czym obie rozpoczynały pospieszny, gorączkowy dialog. Z rodzicami porozumiewały się po angielsku, ale były to tylko pojedyncze słowa, których nigdy nie nauczyły się łączyć w zdania, mówiły: "daj wody", albo "chcę cukier". Natomiast między sobą rozmawiały z ogromnym ożywieniem i niemal bez przerwy. Nie wiadomo, czy ich przedziwny język zrodził się z samotności, z buntu przeciw despotycznym rządom babki, czy też po prostu na skutek jakiegoś neurologicznego przypadku. Dziś pewne jest tylko, że nie jest aż tak niezwykły i skomplikowany jak się wydawało na początku. To co sprawiało wrażenie setek dziwacznych wyrazów, okazało się kilkudziesięcioma zniekształconymi słowami niemieckimi lub angielskimi, posklejanymi ze sobą i wypowiadanymi w bardzo szybkim tempie. Stąd też pierwsze wrażenie językoznawców, że mowa bliźniaczek zmieniała się za każdym razem, gdy dokonywano kolejnego nagrania. Po wprowadzeniu transkrypcji okazało się, że wrażenie to sprawiały fonetyczne zbitki słów, a język Ginny i Gracie jest w gruncie rzeczy czymś w rodzaju szczególnej odmiany fonetycznej języka angielskiego, z nieznacznymi wpływami języka niemieckiego. Ostatnio rozszyfrowano nawet jedną z ostatnich tajemnic: słowo tulejmeja okazało się zniekształconym o sole mio, zwrotem, którego rodzina Kennedy używa jako żartobliwego określenia spagetti.
Ale o ile wśród językoznawców przeważa przekonanie, że system komunikacji werbalnej między dwojgiem ludzi musi być w pełni oryginalny, aby zasłużyć na miano odrębnego języka, o tyle wszelkie ciągi dźwięków używane do celów porozumienia się określane są mianem mowy. Zdaniem psychologów przypadek sióstr Kennedy wskazuje więc na doniosłą rolę czynnika psychicznego w procesie kształtowania się mowy: ... mimo znacznej izolacji, Ginny i Gracie nie poprzestały na systemie prostych znaków, wykraczając znacznie poza minimum, zapewniając skuteczne porozumiewanie się.
Dziś Ginny i Gracie uczęszczają do normalnej szkoły. Umieszczono je w dwóch różnych klasach, aby nie miały zbyt wielu okazji do używania swojego prywatnego języka. Mówią już nieźle po angielsku, ale pod względem rozwoju społecznego i emocjonalnego wciąż jeszcze pozostają daleko w tyle za rówieśnikami. Ciągle jeszcze mają problemy z koordynacją motoryczną. Brak im tego, co Jean Piaget określa mianem "trwania przedmiotu", a co u normalnych dzieci rozwija się już w wieku około dwóch lat: umiejętności zachowywania w pamięci obrazów, które przestały się już znajdować w zasięgu wzroku. Nauczyły się czytać i wykonywać podstawowe operacje... Pozostawione same sobie, wciąż jeszcze wracają do swojego prywatnego języka.
Pytanie - czy kryje się za nim nieprawidłowość rozwojowa, czy też wybitna inteligencja skrępowana zaburzeniami w rozwoju emocjonalnym - wciąż jeszcze nie doczekało się ostatecznej odpowiedzi.
|