San Carlos, czyli Amerykanin idzie na emeryturę (Meksyk) Drukuj Email
Poznaj i zrozum świat - Na własne oczy
Wpisał Małgorzata Larecka   
Wtorek, 26. Sierpień 2008 22:04

MEKSYK

To było to, o czym marzyłam od lat. Miejsce wybrałam na chybił trafił. „San Carlos, w stanie Sonora, oaza gringo zamieszkana głównie przez emerytów ze Stanów Zjednoczonych - przeczytałam w przewodniku - jest tu kilkanaście hoteli i restauracji oraz jedna z największych przystani jachtowych w kraju z jednostkami pływającymi z całego świata".

Zdecydowałam się kupić bilet z Yumy via Phoenix do Guaymas, miasta oddalonego od San Carlos o 20 km.

Po przylocie, za dodatkowe 10 dolarów, mówiący po angielsku taksówkarz, pomógł mi znaleźć tanie lokum w dość zdewastowanym Marosa Hotel jedynie za 11 dol. za dobę. Jak na San Carlos, to tanio, gdyż - jak się okazało - miejscowość uważana jest za ekskluzywną... Jakież było moje zdumienie i rozczarowanie zarazem, gdy po opuszczeniu taksówki

poczułam chłód

i przenikliwy wiatr, a do tego ujrzałam surowe, brunatne wzgórza spowite w mlecznej mgle oraz ciemnoszafirowe, wzburzone fale oceanu. To wszystko bardzo odbiegało od gorącego, przyjaznego i soczyście zielonego rejonu, jaki spodziewałam się tu ujrzeć.

Wkrótce miałam się przekonać, że jest to najbardziej zamerykanizowane miejsce w Meksyku. Oddalone o 450 km od granicy z Arizoną ściąga ludzi z całych Stanów, nawet z zimnych, północnych rejonów. Gringo rządzą tu niepodzielnie, a co najdziwniejsze, podczas pobytu tutaj nie spotkałam nikogo z Europy! Gringo mają tu nie tylko swe domy, lecz także mniejsze lub większe biznesy: firmy deweloperskie, agencje podróży, restauracje i sklepy, a w marinach niepodzielnie królują łodzie z USA i Kanady.

Gdziekolwiek by się obrócić, w rozległym wbrew pozorom San Carlos, widziało się przed sobą to charakterystyczne wzgórze, nazwane tak przez Indian, co w ich języku oznacza wymiona leżącej na grzbiecie kozy. Aby dojechać do piaszczystych i najpiękniejszych plaż, jak Piedras Pintas, Playa Blanca, Los Algodones, gdzie wydmy osiągają kilka metrów wvsokości, czy ulubionej przez gringo plaży z The Soggy Peso Bar, trzeba samochodu, motocykla, bądź przynajmniej wózka golfowego. Tutejsze nieliczne agencje podróży oferują jedynie wycieczki specjalistyczne dla wędkarzy lub podglądaczy przyrody na wysepkach Morza Corteza. Do pięknego Alamos, kolonialnego miasta z pięknymi, starymi pałacykami, obecnie należącymi do zamożnych Amerykanów musiałam wybrać się samotnie autobusami z przesiadką, by wracać nocą i dopiero nad ranem być w San Carlos. Najtańszy nocleg, jaki udało mi się znaleźć, kosztował bowiem 1500 pesos. (1 dol. = 10 pesos).

Szybko przekonałam się, że San Carlos i okolice to z pewnością nie miejsce dla samotnych turystów typu backpackers. Ja, co najwyżej mogłam się przemieszczać pieszo, bądź jedynym tu busem, jeżdżącym główną, ruchliwą trzypasmową szosą San Carlos - Nuevo Guaymas. Kończyła ją marina San Carlos, oferująca miejsce dla 150 łodzi. To serce miejscowości, stanowiące samowystarczalne miasteczko. Cumujący tu żeglarze mają do dyspozycji wszystko: łazienki, pralnię, restauracje, bary, sklepy, agencje podróży, kursy języka hiszpańskiego, a co najważniejsze - internet i słodką wodę, której jednak w całym Meksyku pić nie należy; kupuje się ją w galonach, dostępnych we wszystkich sklepach. Nad mariną górują budynki z Yacht Clubem, hotelem Marina Terra z dużym basenem i inne. W czynnym od godz. 6.30 rano barze Barracuda's Bob udający się w rejs żeglarze, wędkarze i poranni spacerowicze mogą zjeść smaczne śniadanie lub napić się kawy za 15 pesos. Około godz. 9 pojawiają się starsze Amerykanki, szczebioczące niczym stada szczęśliwych ptaków. Dzięki pracującym tu miejscowym robotnikom można posłuchać typowej meksykańskiej muzyki, która, jak mówią, zagrzewa ich do pracy.

W tajniki żeglarskiego życia wprowadzał mnie Sycylijczyk urodzony w Stanach, James Conti. W 1960, jako 18-latek, został wysłany na rok do Guantanamo, potem dwa lata spędził na wojnie w Wietnamie, służąc w marynarce. Dwukrotnie rozwiedziony, już przed laty wybrał życie samotnika. W Los Angeles, gdzie mieszka na łodzi „Gitana" (hiszp. „Cyganka"), jest członkiem Pacific Mariners Yacht Club. Do San Carlos przypłynął w styczniu i niezwykle starannie przygotowywał

pływający dom

do wyruszenia na Morze Corteza wraz z przyjacielem i jego żoną Japonką. Na jego łodzi w marinie spędziłam wielkanocny tydzień. Musiałam opuścić hotel na ten czas, gdyż San Carlos przeżywało istny najazd meksykańskich turystów. Podczas tego najważniejszego w Meksyku święta, przez kilka nocy z rzędu, wokół trwała nieustająca fiesta.

Główny menedżer w marinie, młodziutki Francisco Ouiroz Lerma, opowiedział mi, jak funkcjonują istniejące od 1976 roku mariny San Carlos i Seca, w których „przechowuje" się łodzie na lądzie, co kosztuje ich właścicieli kilkakrotnie mniej, niż gdy zostawiają je na wodzie.

Obie mariny należą do Amerykanina ożenionego z Meksykanką. - Dzięki marinom nie ma w tym rejonie prawdziwej biedy - usłyszałam od Francisco - dają one oficjalnie pracę kilkuset osobom, także z Guaymas i okolic. Jest tu jeszcze mniejsza, marina Real. Do mariny San Carlos przypływa czasami na swej wspaniałej łodzi najbogatszy Meksykanin Carlos Slim, król telekomu.

Po Wielkanocy znów zamieszkałam w „swoim hotelu", lecz wkrótce na parter wprowadził się prawdopodobnie narkoman, gdyż

nocne hałasy

i głośna muzyka nie pozwalały mi spać aż do rana. Nie pomogła interwencja właścicielki obiektu. Zdesperowana, którejś nocy wezwałam policję. Miałam szczęście: jeden z policjantów mówił po angielsku (co nie zdarza się tu często), a do tego obaj dla mnie bardzo uprzejmi, ostrym tonem udzielili reprymendy młodym ludziom, mnie jednak poradzili... żebym się wyprowadziła. Od znajomych otrzymałam radę: nigdy nie wzywaj policji w Meksyku, gdy jesteś sama. Zdarzały się wypadki, gdy jeden z policjantów przesłuchiwał winnych, drugi gwałcił kobietę. Dobrze, że to San Carlos - skwitowali - a nie zapadła mieścina w głębi kraju.

Z dalszych opresji wybawiła mnie przemiła Rosy de Garcia, żona szeryfa, pracująca w galerii przepięknych, bardzo kolorowych meksykańskich malowideł (widniał tam też portret Jana Pawła II). Poznałyśmy się wkrótce po moim przyjeździe. Jej o 19 lat starsza siostra, 75-letnia Ramona Heiser, wdowa po Amerykaninie, wynajmuje apartamenty zaufanym osobom. U Ramony zamieszkałam za tę samą cenę, którą płaciłam uprzednio. Na parterze pięknie urządzonego domu Ramona prowadzi butik, stanowiący tutejszy salon towarzyski. Młodo wyglądająca i nadal piękna, zna wszystkich wpływowych ludzi; ma przyjaciół zarówno wśród gringo, jak i Meksykanów. Przed 25 laty, jako pierwsza kobieta w stanie Sonora, wstąpiła do Rotary Club. Do dziś pomaga miasteczku i najbiedniejszym.

Spośród kilku bankietów, na które zabrały mnie siostry, najbardziej utkwiła mi w pamięci grecka Wielkanoc (miesiąc po naszej), na którą Grek, właściciel nadmorskiej restauracji Palapa Greek zaprosił tutejszą śmietankę towarzyską. Dzięki siostrom lepiej poznałam smaki meksykańskiej kuchni, kiedy to z ich rodzinnej wioski w stanie

Sinaloa przyjechał ich brat Valentin, właściciel dużej plantacji orzeszków ziemnych. Przywiózł własnoręcznie przyrządzone smakołyki: panale - naturalny miód, pan - chleb domowego wypieku, i tamale - naleśniki nadziewane masą kukurydzianą i kandyzowaną w cukrze trzcinowym papaję.

Ponieważ nie lubię ostrej kuchni, omijam słynne meksykańskie sosy i pasty oparte na bazie papryki. W Meksyku rośnie jej ponad 100 gatunków! Smaczne i niezbędne w tym kraju są tortillas, cienkie okrągłe placuszki z mąki kukurydzianej bądź pszennej. Faszerując przeróżnym nadzieniem, można otrzymać wiele potraw. Kuchnia ta tak różnorodna, iż nie sposób opisać ją w kilku zdaniach. Jedno pewne: jest ostra!

Meksykańska muzyka i takiż styl a w San Carlos są trudne do znalezienia. Gringo wolą tę wykonywa przez przybyłych tu amerykańskich piosenkarzy, jak: Mark Mulligan czy byli członkowie popularnego ongiś zespołu „Mamas&Papas”, małżeństwo Boby&Leslie Sahlen, których poznałam w barze Bananas. Trzy lata temu otworzyła go para amerykańskich emerytów. Panuje tu prawdziwie rodzinna atmosfera. Kilka razy w tygodniu daje występy prawdziwy meksykański zespół, a repertuar niemal za każdym razem jest odmienny. Tu poznałam jednego z sześciu synów założyciela San Carlos - Francisca Cabaliero. Zarówno jego ojciec, dzś 83-letni Rafael T. Cabaliero Corral i cała rodzina, należą tu do najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi. To on, w połowie lat 50. ub. wieku, zorganizował tu pierwszą grupę inwestycyjną. Francisco zostawił piękną meksykańską żonę i dwie córki dla Cristiny, Amerykanki, która jak mówi, zauroczona romantyzmem meksykańskich mężczyzn, została tu na stałe. Podobnie jej córka, która także wyszła za Meksykanina. Przy okazji poznałam jeszcze kilkunastu gringo, którzy wiodą tu beztroskie życie, rozpoczynając dzień np. w barze przy plaży we wspomnianej The Soggy Peso, około południa wpadając do ulubionej przez siebie Froggy's („Pod żabą"), gdzie wszyscy spotykają wszystkich. Następnie przenoszą się do któregoś z lokali w marinie, by zakończyć dzień w Bananas. Spokojniejsi udają się do Blackies. W tym sympatycznym lokalu, utrzymanym w stylu przedwojennego art deco, meksykański staruszek odtwarza na pianinie stare amerykańskie przeboje.

W San Carlos, prócz marin, są dwa rozległe

pola dla amperów,

wyposażone we wszelkie możliwe udogodnienia. Zarówno w „Totonaka RV Park", jak i w „Trailer Park" spotkałam wielu starszych wiekiem Amerykanów i Kanadyjczyków, dla których trailer, często większy niż nasze autobusy, jest ich jedynym domem. Nierzadko przybywają oni z najodleglejszych rejonów Ameryki. l taki właśnie tryb życia na tzw. starość najbardziej im odpowiada.

Przepiękny widok w świetle zachodzącego słońca roztacza się tu z niektórych plaż, jako że wokół wszędzie są wzgórza. Z plaży Santa Rosa np. widać, położoną nad zatoką, kolejną miejscowość Miramar. Dostrzec można m.in. romantyczną przedwojenną hacjendę, w której mieści się słynny Cortez Hotel, w latach 50. XX w. ulubione miejsce hollywoodzkich gwiazd. Stałymi gośćmi byli tu m.in. Clark Gable i John Wayne. Dziś miejsce to ożywia się jedynie w święta i czasem w weekendy. Widać stąd także inne stare hacjendy Miramar. Odwiedziłam najbardziej ekskluzywną szkołę w tym rejonie Colegio Americano de San Carlos. Jej właścicielką jest bardzo zamożna młoda Meksykanka Mariel M. de Liano. Uczy się tu około 500 dzieci w wieku od 2 do 15 lat. Jest wszystko co potrzebne do wspaniale zorganizowanej nauki i luksusowego życia. Starsze dzieci raz w roku wyjeżdżają „w świat", oczywiście na koszt rodziców.

Jeden z Amerykanów, próbujący osiedlić się w Miramar, John Crenshaw, weteran wojny wietnamskiej, zabrał mnie dwukrotnie w swą biznesową podróż do uniwersyteckiego Obregon i stolicy stanu Sonora, Hermosillo. Dopiero w drodze dowiedziałam się, czemu John jest zdenerwowany. Przed niektórymi miastami w Meksyku jest tzw. strefa militarna. Przed Obregonem ujrzałam okopane workami z piaskiem wojskowe posterunki, obsadzone żołnierzami z bronią. Zatrzymali nasz wóz, lecz po krótkim namyśle pozwolili na dalszą drogę. John opowiedział mi, że już dwukrotnie przeszedł

szczegółową kontrolę,

gdy wiózł automaty do kawy i lodów do sprzedania (to jego biznes w Meksyku). Do tego strażnicy nie mówią po angielsku. John jest zdania, że kobieta w samochodzie „łagodzi" obyczaje Meksykanów. Jego sąsiad, Meksykanin, Louis wyjaśnił mi, że to „polowanie" na tzw. kojoty, jak określa się tu ludzi przemycających narkotyki z południa i broń z północy, z USA do Meksyku.

Meksykanie to na ogół ludzie sympatyczni, serdeczni, kobiety zaś między sobą są bardzo bezpośrednie, lubiące bez ogródek rozmawiać nawet na bardzo intymne tematy. Przyjazne Como esta? (Jak się masz?), na które wypadało odpowiedzieć: Muy bien (Bardzo dobrze), słyszałam niemal na każdym kroku. Wiele obcych ludzi pozdrawiało mnie z uśmiechem: hola! (cześć!). Trudno powiedzieć na ile to meksykański zwyczaj, na ile amerykański, niemniej - sympatyczny.