Po drugiej stronie sznurka (Kenia) Drukuj Email
Poznaj i zrozum świat - Na własne oczy
Wpisał Jerzy Machura   
Środa, 27. Sierpień 2008 22:08

"Zawsze są tajemnicze kraje, będące częścią naszego dzieciństwa.
Pamiętamy je i odwiedzamy niekiedy we śnie.
Nocą są również piękne, jak wówczas, gdy byliśmy dziećmi.
Jeżeli czasem wracamy, by je zobaczyć, już ich nie ma.
Ale w nocy są wspaniałe tak jak były zawsze,
jeżeli ma się to szczęście, by o nich śnić."


Ernest Hemingway


Są takie miejsca, do których sama nazwa przyciąga. Nazwa, która dźwięczy, śpiewa w uszach i tańczy w oczach. Wiele takich miejsc ma Afryka: Kilimandżaro, Tanganika, Zanzibar, Masai Mara, Ngorongoro, Mombasa...

Barwy tego kontynentu to nie tylko te, które znamy z filmowych reportaży, barwy, które oczarowują. W rozpalonej słońcem Afryce jest też i sporo szarości, o której wcześniej albo nie wiemy, albo nie chcemy wiedzieć, podróżując i spodziewając się li tylko bajkowych widoków i przeżyć. Szarość dopełnia obrazu tego kontynentu.

Kenia, a konkretnie Mombasa, powitała nas w dość ponurym wystroju, a pogoda afrykańskiej nie przypominała. Jakaś Ruda Śląska, a nie strefa równikowa. Że jednak tak nie jest, świadczyły

CIEMNE TWARZE

urzędników i policjantów na lotnisku oraz wilgotne powietrze, które przylepiało koszule do ciała. Poczucie rozczarowania dość długo nie ustępowało. Słońce szybko się podniosło, ale tym bardziej jaskrawo i dokładnie odsłoniło tę ciemniejszą stronę Czarnego Lądu.

Droga z lotniska w Mombasie do "Paradise Beach Hotel" była rzeczywiście drogą do raju - przez czyściec, czyli przez
slumsy, wśród ruder ze zbitych desek i bliżej nieokreślonych materiałów budowlanych.

Afrykański dzień budził się do życia opieszale. Wzdłuż trasy, którą pokonywaliśmy autokarem, bezczynnie stało w grupach mnóstwo mężczyzn - najczęściej młodych, opartych o budki i gapiących się na przejeżdżających europejskich turystów. Być może tak wygląda ich życie:
nie mają pracy i po prostu "przeżuwają" dzień po dniu.

Każdy, kto był we wschodniej Afryce, wielokrotnie słyszał hakuna matata (w języku suahili: nie ma sprawy). Kenijczycy starają się, aby pobyt obcokrajowców w ich kraju był przyjemnością, toteż robią wszystko, by biały człowiek nie zapomniał, że nadal jest "panem". Klimatyzowane pokoje, stylizowane bungalowy,
błękitne baseny, pielęgnowane zielone trawniki, kolorowe drinki, a wieczorem światowe szlagiery, słowem: komfort wielkiego świata. I tylko ciemne (prawie ciągle uśmiechnięte) lica obsługi, przypominają, że to jednak Afryka. W takich sterylnych warunkach nie zagrażają choroby tropikalne, toteż przybysz z Europy czy Ameryki może dobrze wypocząć i czuć się bezpiecznie. A życie toczy się wakacyjnym rytmem, między plażą a hotelowym ogrodem,

PRZYPŁYWEM I ODPŁYWEM

oceanu, śniadaniem, obiadem i kolacją. Większość turystów trzyma się w pobliżu hoteli, stołując się
w hotelowych restauracjach, których menu stanowi krzyczący kontrast wobec tego, co jedzą tubylcy i naraża ich gości na codzienne, trzykrotne ryzyko popełnienia grzechu obżarstwa.

Choć Kenijczycy już żyją w niepodległym kraju, czułem się w hotelu i jego okolicach trochę jak w azylu. Plażę, z prawie białym piaskiem, nad seledynowoturkusową wodą Oceanu Indyjskiego, przedzielono rozpiętym na palikach sznurem. To granica! W tej części, bliżej hotelowych posiadłości, leżą turyści, "łapiąc" afrykańską opaleniznę, zaś za sznurkiem... kiedy tylko przekraczam tę "granicę", natychmiast słyszę: - Hallo, jak się masz? To beach boys, czyli
plażowi handlarze. Oferują wszystko - od ogromnych muszli, drewnianych rzeźb zwierząt i masajskich pamiątek, po przejażdżki na wielbłądach i prywatne safari. A wszystko z "dobrą ceną" lub ofertą "specjalnie tylko dla ciebie". Ciemnoskórzy przekupnie i akwizytorzy czyhają każdego dnia, o każdej porze, bo tak zarabiają na życie.

Beach boys stanowią koloryt plażowego życia. Bez nich byłoby głucho i cicho. Dla niektórych Europejek to także potencjalni
towarzysze przygód. Nierzadko widzi się panie nie pierwszej młodości godnie spacerujące w asyście smukłych tubylców bądź dumnych moranów - masajskich wojowników, pojawiających się na plaży w pełnym rynsztunku, czyli z dzidą na lwy. Handlarze są zwykle mili i grzeczni, zawsze chętni do rozmów i żartów, chociaż nieco natarczywi. Łatwo nie ustępują. Jeśli nie chcesz wydawać szylingów, "rozbierają" cię wzrokiem, proponując transakcję barterową: czapkę, koszulę, spodnie lub buty za figurkę. Jeśli wpadniesz w te handlowe sidła, możesz do hotelu wrócić w kąpielówkach. Jeszcze bardziej zdecydowane są kobiety. Gdy nie okazałem zainteresowania figurkami, usłyszałem: Tomba, tomba. A że nie zrozumiałem, więc Murzynka wykonała jednoznaczne ruchy wskazujące,że gotowa jest mi się oddać, byle tylko doszło do "transakcji"...

Trochę dalej, na płytkiej wodzie, usadowieni na charakterystycznych dla wybrzeży tego regionu świata
łódkach zwanych dow, właściciele zachęcają krótkich rejsów i podziwiania

RAFY KORALOWEJ.

Także dla nich to sposób wą o przetrwanie, dla turystów zaś okazja, by choć na trochę wcielić się w arabskich żeglarzy, penetrujących wschodnioafrykańskie wybrzeże. Takimi łódkami niegdyś transportowano orienta przyprawy. Rafa to jeden z cudów natury, ale te łódki do cudów techniki nie należą. Jakby
zbite z luźnych desek, szare, smutne, prawie nie pasujące do kolorytu oceanu. Dla ich właścicieli to jednak warsztat pracy, źródło dolarów, euro czy choćby tylko kenijskich szylingów. Cierpliwie czekają na przypływ. A wtedy muszą stanąć do rywalizacji ze skuterami, windsurfingiem i innymi wodnymi atrakcjami o nieafrykańskim rodowodzie. W porze odpływu można wędrować kilometrami, zanim woda sięgnie do kolan. Toteż turyści, gdy tylko odsłoni się grzbiet rafy, penetrują przybrzeżne dno w poszukiwaniu kawałków koralowców i kolorowych muszli (mimo zakazu wywozu), płosząc okazałe kraby.

Wszystko to dzieje się po drugiej stronie sznurka. Linię tę bacznie obserwują - w dzień i w nocy - askari, strażnicy. Żeby bliżej poznać mieszkańców tego urokliwego kraju, trzeba jednak przeskoczyć sznurek" i udać się w głąb Kenii, najlepiej na sawannę - na safari lub przynajmniej do pobliskiej Mombasy, największego, legendarnego portu Afryki Wschodniej.

Podobno, gdy w 1498 roku Vasco da Gama przybył do Mombasy, ze skalistego brzegu

OBSZCZEKAŁY

go psy o czerwonej sierści. Nie wiadomo, czy ta reakcja czworonogów wpłynęła na decyzję króla Mombasy, bo ten, choć podarował owcę, pomarańcze, cytryny i trzcinę cukrową, to do portu europejskich żeglarzy nie wpuścił. Słynny żeglarz zakotwiczył w pobliskim Malindi. Ale wkrótce Portugalczycy postawili na swoim i objęli Mombasę w posiadanie, dokładając swoje kolory do barwnej mozaiki narodowościowej i rasowej tego miasta.

Mombasa
częściowo leży na wyspie, w zatoce Kilindini i pocięta jest siecią kanałów i rozlewisk. To strategiczne usytuowanie miało wpływ na nazwę miasta, bo Mombasa w suahili to "Wyspa Wojny". Brytyjczycy uznali ją za pierwszą stolicę swoich kolonii, a dziś to drugie co do wielkości miasto Kenii określane jest jako "stolica suahili" - języka i kultury, stanowiących konglomerat wpływów afrykańskich, arabskich i europejskich. Zapisały się w nim ślady tych, którzy przybywali na wschodnie wybrzeże Afryki, tworząc własną tożsamość. A suahili jest dziś, obok angielskiego, językiem urzędowym w całym kraju.

Do Mombasy można dotrzeć lądem i morzem. Od strony oceanu miasto jawi się
niezbyt okazale. Nie przypomina obrazów, które nęciły średniowiecznych żeglarzy. Dość smutne, jakby opustoszałe miejsce

DOGASAJĄCEJ

przeszłości. I tylko chłopcy grający w piłkę na plaży są świadectwem ciągle tętniącego tu życia. Imponuje przyroda. Miasto jest obrysowane zielenią: drzewa mango, strzeliste palmy, baobaby sprawiające wrażenie, jakby ktoś wetknął je korzeniami do góry, oraz wszechobecne czerwone, różowe i fioletowe bugenwille.

Drogą lądową, do centrum miasta na wyspie, można dostać się mostem zmodernizowanym przez Japończyków, albo promem. To droga biedy, przepychu i nowoczesności. Mijamy cementownię Bamburi, wioskę "Mamba", gdzie hoduje się krokodyle, ale i złomowiska i rupieciarnie. Osławiony klub dyskotekowy Bora-Bora i kozy pasące się na... stacji benzynowej, tuż przy dystrybutorach. Z okazałymi budynkami supermarketów i restauracji sąsiadują drewniane chatki i sklepiki przydrożnych handlarzy. Widać posiadłości białych ludzi, którzy kiedyś postanowili tu zostać, także pola golfowe oraz jedną z ośmiu rezydencji prezydenta kraju (w każdej prowincji jedna!), ale i targowisko w błocie, gdzie handluje się dosłownie wszystkim, co jednym zbędne, a drugim może się przydać.

Dwie główne atrakcje turystyczne Mombasy, przy których obowiązkowo zatrzymują się wycieczki, to
brama z czterech potężnych aluminiowych

SŁONIOWYCH KŁÓW

na Moi Avenue (wzniesiona w 1952 roku na pamiątkę wizyty królowej Elżbiety) oraz starszy o cztery wieki Fort Jezus. Twierdza z potężnymi murami i
lufami armat wycelowanymi w morze to dowód dawnej świetności miasta. Choć fort nosi imię Jezusa, była to główna ongiś portugalska składnica "żywego hebanu", użytkowana następnie w ten sam sposób przez arabskich władców Mombasy, przez Brytyjczyków traktowana jako więzienie.

Obecnie pełni funkcję muzeum, ale pół godziny wystarczy, by je obejrzeć.
Wokół murów psów z czerwoną sierścią już nie ma, są za to znudzeni bądź śpiący w cieniu okazałych drzew młodzieńcy.

W pobliżu fortu widać
resztki kolonialnej zabudowy, pozostałości siedzib brytyjskich władz kolonialnych. To tu pierwsze kroki na afrykańskiej ziemi postawiła hrabina Isak Dinesen, a w rezydencji gubernatora poślubiła szwedzkiego arystokratę Brora Blixena, rozpoczynając historię znaną w świecie jako "Pożegnanie z Afryką". Ale dziś... Jeśli ktoś szuka naocznego świadectwa afrykańskiej degrengolady, to właśnie je znalazł.

Jest jednak i inna Mombasa, bardziej przypominająca historyczne przekazy. Centrum miasta to
wielkie targowisko. Zgiełk, gwar i biznes na każdym kroku. W gorącym, wilgotnym powietrzu ulicami miasta sunie stłoczony, wielobarwny tłum. Samochody trąbią, usiłując przecisnąć się między autokarami i przechodniami. Barwna

MOZAIKA

i orientalny zapach bazarów. Można nawąchać się do woli: od zapachu kawy do goździków z Zanzibaru. Mnóstwo straganików, na których wystawia się co tylko się da, ale głównie trzcinę cukrową, owoce, mięso. W Mombasie każdy dzień jest dniem targowym.

Ulice centrum Mombasy to sama esencja tego, co nazywa się suahili. Różnorodność ras i plemion, mozaika strojów. Fałdziste hinduskie sari i turbany mieszają się z arabskimi dżellabami i burnusami. Kolorowe T-shirty, krzykliwe w barwach męskie koszule i kuse spódniczki mini kontrastują z
czarnymi okryciami muzułmanek i etnicznymi strojami afrykańskich plemion.

Ta mozaika kultur to także religia, co widać po pobliskich świątyniach. Meczety hinduskie i arabskie, pagody buddyjskie, kościoły katolickie i anglikańskie... Pod tym względem nic się nie zmieniło od wieków: Mombasa to bardzo kosmopolityczne, pełne życia miejsce.

Zupełnie inne refleksje rodzą się podczas odwiedzin murzyńskich wiosek. Chłopiec sprzedający na ulicy garstkę orzeszków ziemnych, matka z dwojgiem maleństw żebrząca przy drodze i nakazująca im uśmiechać się, gdy przechodzi turysta. Prawie błagalne gesty dzieci, by biały bwana dał cokolwiek, choćby tylko obietnicę na jutro, ale dał... I ich ogromna radość,
gdy dostaną choćby cukierka. Takie obrazki w Afryce to codzienność, podobnie jak młode dziewczęta oferujące swe wdzięki w biały dzień.

JERZY MACHURA

 

868


Witam Pana, Panie Marku!

Wszedłem na przeglądarkę Google, wpisałem swoje nazwisko i... zobaczyłem się pod nowym adresem...

Nazywam się Jerzy Machura i jestem autorem
tekstu o Kenii, zamieszczonego kiedyś w angorowskim Peryskopie, a teraz widniejącego na Pana witrynie.

Nim napisałem powyższe słowa, zajrzałem do notki o autorze, czyli o Panu. Cóż..., zawsze miałem problemy w wyrażaniu uczuć i emocji, w zetknięciu z takimi sytuacjami losowymi jak Pana, ale... myślę, że to nie przypadek, iż właśnie - internetowo - los zetknął mnie z Panem...

Jeszcze raz przeczytam to co Pan o sobie napisał. Być może, całkiem niespodziewanie - dla siebie, a tym bardziej dla Pana - mi te słowa pomogą...

W każdym razie, gratuluję bardzo fajnej witryny, którą - obiecuję - bedę odwiedzał. I cieszę się, że moje refleksje z Kenii spodobały się Panu.

Pozdrawiam Pana i życzę dużo Słońca - na zewnątrz i wewnątrz, choć jak mniemam po Pana wyznaniach, ma go Pan i tak więcej niż inni. Pozdrawiam -

Jerzy Machura

 

 



**********************************************



Źródło: ANGORA - PERYSKOP nr 8, 25 lutego 2007 r.


W przygotowaniu materiału wykorzystałem zdjęcia następujących autorów:
Kristo, Terence Weston, Saskia van Diesen, Farside Michael, Andrew Fuentes, Don Shedrick oraz A. Harnes