- Kanał Ostródzko-Elbląski jest najdłuższym kanałem żeglownym w Polsce i jedyną tego typu drogą wodną na świecie
Przy odrobinie szczęścia po 11 godzinach jazdy możemy z centrum Polski dojechać samochodem niemal do Wenecji lub do Amsterdamu. Tyleż samo czasu zajmuje przemieszczenie się z Ostródy do... Elbląga „Pingwinem" albo „Łabędziem". To statki wycieczkowe, które płyną zarówno po wodzie, jak i po... szynach.
1. Grubo przed ósmą rano przy „Pingwinie" robi się nerwowo. Statek zabiera na pokład 65 osób, ale nie dla każdego znajdzie się miejsce na górnym pokładzie. Jedna trzecia pasażerów musi siedzieć na dole, gdzie jest duszno i przez szyby niewiele widać.
Za każdym razem toczy się walka o miejsce, ale przez tyle godzin wszystko będzie się zmieniać, a jak zacznie padać deszcz, najcenniejsze bedą miejsca na dole - mówi pan Witek, który od kilku lat jest na „Pingwinie" marynarzem. Wie, co mówi.
Gorzej będzie jednak, jak na pochylni statek wypadnie z wózka albo zerwie się lina. Co się wtedy dzieje? Nic się nie dzieje, po prostu kończy się piękna wycieczka... pan Witek trochę straszy, trochę żartuje, bo to rzadkie przypadki. Pasażerowie mają jednak poważniejsze zmartwienie: jak wytrzymać 11 godzin na wodzie oraz czy wystarczy w bufecie piwa, kiełbasek, bigosu i flaczków.
Odpływamy. Od przystani w Ostródzie do przystani w Elblągu trzeba pokonać ponad 80 kilometrów.
2. Inżynier Jakob Georg Steenke urodził się w Królewcu, studiował w Berlinie, budował Kanał Sekenburski w dolnym dorzeczu rzeki Niemen, ale dzieło swojego życia tworzył tu, w Elblągu Jego rozwiązania hydrotechniczne do dziś zachwycają cały świat. Cóż takiego zrobił inżynier Steenke? Ano połączył szlakiem wodnym jezioro Drużno z jeziorami na Pojezierzu Iławskim, żeby z Warmii transportować towary do portu w Elblągu. Problem polegał tylko na tym, że różnica poziomów wody między jeziorami wynosi prawie... 100 metrów! Żeby zniwelować różnicę, wybudowano system dwóch śluz i pięciu pochylni. Oryginalność konstrukcji polega na tym, że siły potrzebnej do poruszania się statków po pochylniach dostarcza tylko woda. Podobne rozwiązanie zastosowano w USA na Kanale Morrisa w stanie New Jersey, ale od ponad 80 lat jest on zamknięty.
3. Zanim „Pingwin" dopłynie do pierwszej śluzy, zwanej „Zielona" (podniesienie o prawie 1,5 metra), załoga każe schylić głowy, bo za chwilę przepłyniemy pod mostkiem. Jest tak niski, że trzeba obniżyć kabinę sterówki. Przez otwarty właz wystaje głowa kapitana.
- Jak w czołgu - ktoś komentuje.
Przepłynęliśmy już... 10 kilometrów. Za następne pięć będzie kolejna śluza „Miłomin", gdzie statek „wznosi się" o kolejne 2,8 metra. Stąd do Elbląga w prawo, a w lewo do Iławy. Trzeba bowiem wiedzieć, że to kolejny szlak wodny, głównie dla żeglarzy i kajakarzy.
Przed nami jednak jeszcze 40 kilometrów do pierwszej pochylni. Robi się trochę monotonnie. Pasażerowie z góry idą na dół po piwo i bigos, pasażerowie z dołu wynoszą bigos i piwo na górę. Ze sterówki słychać „Żółte kalendarze" Piotra Szczepanika, Pan Marek, drugi marynarz, zarzuca wędkę, a pan Witek zabawia turystów.
- Czy tym kanałem przewozi się jeszcze towary? - pyta ktoś. - Owszem, ale tylko ładne - odpowiada pan Witek.
4. Z towarami zrobiło się marnie, kiedy w 1872 roku uruchomiono konkurencyjną linię kolejową. To 12 lat po uruchomieniu pierwszych czterech pochylni. Co prawda jeszcze do 1912 roku kanał służył wyłącznie transportowi płodów rolnych i drewna, ale powoli przestawiano się na rejsy turystyczne, by w latach trzydziestych skupić się tylko na nich. Do historii przeszło kursowanie 20 statków dziennie, a inżynier Steenke nigdy już nie zanotował w swoim dzienniku przepłynięcia w ciągu jednego dnia 57 jednostek, A tak ponoć zdarzyło się w 1862 roku. Jeszcze w 1913 roku przewieziono grubo ponad 100 tysięcy ton ładunków. Piętnaście lat później już tylko połowę tego. Po wojnie, w 1948 roku, ponownie udrożniono kanał i wznowiono regularne rejsy turystyczne. Dzisiaj Żegluga Ostródzko-Elbląska przewozi około 40 tysięcy turystów rocznie. Ciągle trwają jednak spory, czy kanał powinien nazywać się Ostródzko-Elbląski czy tylko Elbląski. Tak czy inaczej w ubiegłym roku w ogólnopolskim plebiscycie internetowym wybrany został jednym z siedmiu „cudów Polski". Do końca wojny był zaś jednym z trzech „cudów Prus Wschodnich", obok ruchomych wydm na Mierzei Kurońskiej nad Bałtykiem i Zamku Krzyżackiego w Malborku.
5. Zaczyna się najciekawszy odcinek trasy. Na górnym pokładzie jest coraz tłoczniej, bo widać już ogromne niebieskie koła napędowe. „Buczyniec" - pierwsza pochylnia. Za parę minut „Pingwin" będzie „płynął" z górki po trawie na szynach. Trochę to przypomina zjazd z Gubałówki, tyle że zamiast elektrycznego napędu wciąga nas siła wody. A i widoki nie gorsze, bo z pokładu statku widać rozlewiska i łąki. Są w... dole. W Buczyńcu przez ponad pół kilometra będziemy zjeżdżać ponad 21 metrów w dół. Jeszcze bardziej stromo jest na pochylni w Oleśnicy, gdzie statki pokonują największą różnicę poziomów (24,5 m) na najkrótszym odcinku (350 metrów). Dzięki pięciu pochylniom przepłyniemy (przejedziemy) 9,6 km, pokonując prawie stumetrową różnicę poziomów wody.
Na razie „Pingwin" wpływa na coś, co przypomina wąski prom albo pomost między barierkami. Tyle że to „coś" ma osiem kółek. Załoga zeskakuje na pomost, cumuje statek i uderzając w gong, daje znać, że możemy ruszać. Przed nami łąka i ułożone tory kolejowe. To na nie za chwilę wjedzie platforma z „Pingwinem", żeby przez kilkanaście minut statek zjeżdżał pół kilometra w dół po trawie. Z prędkością 6 kilometrów na godzinę.
Przeprawa przez pochylnie jest też atrakcją dla obserwatorów z zewnątrz. Nie dziwi tłum turystów obserwujących tę hydrotechniczną operację. Każdy chce mieć zdjęcie dwóch mijających się na pochylni statków: zjeżdżającego i góry i ciągniętego pod górę.
I znów jesteśmy w wodzie. „Pingwin" wysunął się spomiędzy barierek i płynie już o własnych siłach. Za dwa kilometry będzie pochylnia Kąty. Zjedziemy w dół „tylko" 18 metrów. Później wspomniana „Oleśnica", „Jelenie" i „Całuny". Ta ostatnia została zbudowana najpóźniej i zastąpiła system pięciu śluz.
- Pięćdziesiąt lat temu płynęłam przez ten kanał i ciągle jest tak samo - nie może się nadziwić starsza kobieta. - Jak pięknie możemy wykorzystać energię wody. Nie ma smrodu spalin, żadnego huku...
6. Sercem każdej pochylni jest maszynownia. To tam znajdują się turbiny lub koła łopatkowe napędzające wyciągarki. Woda doprowadzana rurami z przekopu dociera do zbiornika. Po otwarciu zastawki opada na znajdujące się na zewnątrz koło wodne o średnicy 8 metrów. Na każdą z 60 łopat spada tona wody. Przewijające się przez wielki bęben liny napędzają kołowroty, które ciągną platformy, na których stoją statki. Jednocześnie transportowane są w ten sposób dwie jednostki z przeciwnych stron, a działanie urządzeń pochylni nie zmieniło się od prawie...130 lat.
7. Wpływamy na Drużno. To bonus dla turystów. Po cudzie techniki trafiamy na perłę przyrody i raj dla ornitologów. Jezioro nie jest głębokie (maksymalnie 3 metry), ale „Pingwin" płynie pogłębionym torem wodnym. Prawie przez osiem kilometrów.
To ścisły rezerwat, porośnięty trzciną wodną i sitowiem. Ponoć gniazda ma tutaj ponad 100 gatunków ptaków, a muł z gnijących roślin wytwarza gaz błotny powodujący występowanie zjawiska tak zwanych błędnych ogni. - Gdybyśmy płynęli nocą, pewnie było by widać tańczące po powierzchni wody płomyczki - kusi załoga „Pingwina". Zazdrość jednak budzą na pokładzie właściciele lornetek i atlasów ptaków.
- Czapla, czapla! - krzyczy pani przy prawej burcie. - Nie rusza się, to pewnie jakaś rzeźba...
Ptak dość szybko rozwiązuje dylemat, dostojnie unosząc się w górę. - Perkoz, perkoz, z lewej!!!
Za statkiem ciągnie się stado mew. Będą towarzyszyć „Pingwinowi" aż do rzeki Fiszawki, skąd już tylko sześć kilometrów do przystani w Elblągu. To już tyle co nic, ale nikt nie wzdycha z ulgą, choć zaczęła się jedenasta godzina rejsu. Gdybyśmy wypływali rano ze Świnoujścia, bylibyśmy już w Szwecji, na Bornholmie albo w Kopenhadze. Tam jednak płynie się tylko po wodzie. Straszna nuda...
JACEK BINKOWSKI
Warto wiedzieć Cały system wodny od jeziora Drużno do Zalewu Wiślanego ma 147 kilometrów, z czego na Kanał Ostródzko-Elbląski przypada 129,8 km długości. Znajdują się na nim: sześć jezior, trzy przystanie (Elbląg, Miłomłyn i Ostróda) oraz trzy odcinki boczne (Ostróda - Iława - 48 km, Ostróda - Stare Jabłonki -16,8 km, Miłomłyn - Iława - 31 km). Pierwsi turyści popłynęli Kanałem Elbląskim w 1912 r. statkiem pasażerskim „Seerose" („Róża Jezior"), będącym własnością Jadwigi i Adolfa Tetzlaff z Ostródy. Po roku 1927 zbudowany w stoczni elbląskiej statek „Konrad" (własność Adolfa Tetzlaffa) rozpoczął regularne rejsy turystyczne na trasie Ostróda-Elbląg. Po II wojnie światowej szlak kanałowy udostępniono w 1948 roku. Pierwszym armatorem została Żegluga Gdańska, która pełniła swoje funkcje do 1985 roku. Kolejnym armatorem była Żegluga Mazurska w Giżycku, a w 1992 roku obiekty przejął samorząd Ostródy. Żegluga Ostródzka dysponuje obecnie 8 statkami, które kursują na kanałach w rejsach: stałych, czarterowych, wycieczkowych i spacerowych. Statki Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej kursują od maja do października. Wypływają z Ostródy i Elbląga o godz. 8. Bilet normalny kosztuje 85 zł, ulgowy - 65 zł. Za dodatkową opłatę (15 zł) można wrócić autokarem do miejsca, skąd zaczęliśmy wyprawę. Ze względu na duże zainteresowanie rejsami trzeba rezerwować znacznie wcześniej bilety, zwłaszcza w weekendy. ANGORA-PERYSKOP nr 28, lipiec 2008 ZDJĘCIA: Ewa KONUPEK GALERYJKA MOJEGO AUTORSTWA - Kliknij TUTAJ
|