Błękitny Meczet
To jedno z tych miejsc, które nie przegrywają z wyobraźnią ukształtowaną przez opowieści, filmy czy foldery turystyczne. Są miasta słynne, piękne i bogate, ale zdarza się, że w bezpośredniej konfrontacji rozczarowują jak przereklamowany towar. Stambuł to niewątpliwie „pierwsza półka", metropolia, którą każdy szanujący się Europejczyk powinien zobaczyć.
Gdzie Europa styka się z Orientem
To jedyne miasto leżące na dwóch kontynentach. Nie ma chyba też na świecie drugiego, które byłoby zlepkiem aż tylu różnych wpływów cywilizacyjnych. I co ciekawe, tak często odmienne kultury nie zderzyły się, lecz przeniknęły wzajemnie. Stambuł nazywany był kiedyś „miastem budzącym pożądanie świata", bo stanowił cel dla wielu zdobywców, wielkich wodzów (a później także intrygantów i szpiegów). Łącząca Europę i Azję metropolia była świadkiem nie tylko wielkich bitew. Wszędzie tu widać ślady najróżniejszych nacji, które przybywały do magicznego miasta. Zdobywały go, a potem zostawiały tu część siebie, część własnego dziedzictwa kulturowego, powiększając i tak już pełny tygiel zwany początkowo Bizancjum, potem Konstantynopolem, wreszcie Stambułem (po turecku: Istambułem).

Istambuł zwany był Paryżem Orientu, a jednym z pierwszych tu (w tzw. European Side) pięknych budynków był hotel Pera Palas, wzniesiony z myślą o zamożnych klientach Orient Expressu (Paryż - Stambuł). W tym hotelu gościła Agata Christie, autorka „Morderstwa w Orient Expressie". Mieszkała w pokoju nr 411, z którego zniknęła tajemniczo na 11 dni.
Muzeum pod gołym niebem
Stary Stambuł zwiedzać można na różne sposoby, ale zwykle zaczyna się od dzielnicy Sultanahmet. To tu znajdują się arcydzieła architektury, najpiękniejsze świątynie: Hagia Sophia i Błękitny Meczet, które dzięki potężnym kopułom i strzelistym minaretom, a także bogato zdobionym wnętrzom dają odczuć zwiedzającym potęgę niegdysiejszego imperium.

Błękitny Meczet to dzieło sułtana Ahmeda. Miał 17 lat, gdy rozpoczął budowę, być może jako ofiarę dla zmazania grzechów, gdyż większość czasu spędzał w haremie. Budowę zakończono rok przed śmiercią (1616) władcy, który zmarł w wieku zaledwie 27 lat. Nie historia jednak, ale wyjątkowy wygląd świątyni przyciąga turystów. Meczet nazwę zawdzięcza fajansowej dekoracji pokrywającej ściany. Dominują tu błękit i zieleń, którymi pokryte są kafelki (ponad 20 tys.) sprowadzone z Izniku. Obok meczetu wznosi się aż 6 minaretów. Jeśli wierzyć legendzie, to efekt nieporozumienia językowego między sułtanem a budowniczym. Ahmed I zażyczył sobie bowiem, by minarety były ze złota (po turecku: „altin"), lecz realizujący przedsięwzięcie Mehmed aga zrozumiał to słowo jako „alti", czyli „sześć". W ten sposób doszło do świętokradztwa, gdyż tyle minaretów mogła mieć tylko Kaaba w Mekce - najważniejsze w świecie islamu miejsce. Wkrótce jednak przywrócono wcześniejszy porządek i Kaaba wzbogaciła się o siódmy minaret. Przed Błękitnym Meczetem każdego letniego wieczoru gromadzą się turyści z całego świata, podziwiając widowisko „światło i dźwięk" obrazujące historię meczetu i miasta.

Żeby dojść do Hagia Sophia, trzeba sforsować liczne grono sprzedawców simit (obwarzanków), sorbetów, dywanów, pocztówek i albumów o mieście - w językach, jakich tylko zapragnąć. Aya Sofya, czyli Hagia Sophia (po grecku: „Mądrość Boża"), to czwarty co do wielkości kościół katedralny na świecie (po kościele św. Pawła w Londynie, Bazylice św. Piotra w Rzymie i Duomo w Mediolanie). Świątynię poświęcono w 537 roku i aż do 1453 roku była główną katedrą Konstantynopola. Po zdobyciu miasta Turkom tak się spodobała, że nie zburzyli jej, ale przebudowali na meczet, a od 1935 r. Aya Sofya funkcjonuje jako muzeum. Z kart jej bogatej przeszłości warto wspomnieć, że w czasach świetności Bizancjum świątynia zachwycała przebogatym wnętrzem i drogocennymi dewocjonaliami. Kosztowności te padły łupem krzyżowców w 1204 roku, podobnie jak słynne rumaki Lizypa, które kiedyś ozdabiały lożę cesarską na hipodromie, a dziś wznoszą się nad Bazyliką Świętego Marka w Wenecji. Hipodrom, pomyślany na wzór rzymskiego Circus Maximus, to pozostałość z czasów cesarzy Septymiusza Sewera i Konstantyna Wielkiego, a dziś oglądać tu można swoisty „groch z kapustą". Jest tu Obelisk Egipski z czasów faraona Totmesa II (najstarszy zabytek w Stambule), jest Kolumna Wężowa przywieziona przez Konstantyna ze Świątyni Apolla w Delfach, jest Kolumna Konstantyna, jest wreszcie Niemiecka Fontanna z 1898 roku - dar cesarza Wilhelma.
Bogactwo i kosmopolityzm
Jako Konstantynopol stał się stolicą imperium rzymskiego, a następnie cesarstwa wschodniorzymskiego (albo bizantyjskiego). Jako Stambuł rządził potęgą Turków osmańskich. Choć w 1923 r. Mustafa Kemal, czyli Ataturk (Ojciec Turków) przeniósł stolicę do Ankary, Stambuł pozostał najbardziej znaczącym miastem kraju. Myślę, że Turcy mają małe, niewyrażane wprost, pretensje do Ataturka, że odebrał Stambułowi miano stolicy. Jak opowiadają przewodnicy, Ataturkowi przeszkadzało, że Stambuł posiada aż tyle meczetów i sułtańskich pałaców. To była dla tego nowoczesnego polityka, który wprowadził Turcję na europejskie tory, zacofana przeszłość, która powinna odejść. I turecki reformator, prekursor dzisiejszych starań Turków o akcesję do UE, przez lata konsekwentnie omijał w swych wędrówkach to miasto. Do historii przeszło zdarzenie, gdy płynąc przez Bosfor na Morze Czarne, niemal staranował łódkę z miejskimi notablami, ktorzy chceieli w ten sposób przywitać prezydenta, z nadzieją, że odwiedzi Istambuł.Nastawienie głowy państwa zmieniło się dopiero pod koniec jego życia i Kemal osiadł we wspaniałym Pałacu Dolmabahce, gdzie zmarł 10 listopada 1938 roku, a na pamiątkę tego wydarzenia pałacowe zegary wskazują godzinę śmierci 9.05.
To także jedno z tych miast, których liczba mieszkańców jest nieznana i chyba niepoznawalna. Każde wydawnictwo mówi co innego, każdy przewodnik odpowiada inaczej. Oficjalnie mieszka tu 11,5 min ludzi, ale przebywa pewnie ze dwa razy więcej. Przyjeżdżają z biednej prowincji z nadzieją na znalezienie pracy i na lepsze życie. Nocują w ruinach. Do starożytnych murów przyklejane są prymitywne budy i lepianki, a na obrzeżach miasta aż roi się od szałasów i domków - bez wody, toalet i światła. Te „domostwa" nazywają się po turecku gecekondu („postawione nocą"). Zgodnie ze starym preiwem zwyczajowym policja nie m | wyburzyć domu postawionego w ciągu jednej nocy, pod warunkiem że przed wschodem słońca pokryto go dachem. Całe rodziny budują więc nocą, chcąc zdążyć przed wschodem słońca i najściem policji. Takie dzielnice nędzy kolorytu miastu nie nadają, ale to także element stambulskiej specyfiki i swoistego folkloru. Może dlatego władze jakoś mało skutecznie walczą z tym zjawiskiem, choć co bardziej radykalni mieszkańcy metropolii radzą, że dobrze byłoby wprowadzić... wizy dla Turków z prowincji.
Stambuł czy... Carogród?
Miasto może przytłacza. Denerwują korki uliczne, nie powinni też tu przyjeżdżać ci, którzy kochają ciszę. Nawoływania muezinów z meczetów mieszają się z krzykami handlarzy. - Miasto budzące pożądanie - ta nazwa ciągle jest aktualna, z tym że dziś w roli zdobywców występują turyści, a zwłaszcza przekupnie. Polakom przez długie lata Stambuł kojarzył się z tanimi zakupami. W najmniejszym sklepiku, a niektóre z nich do dziś noszą polskie nazwy, sprzedawcy mówili po polsku. Teraz miasto stało się mniej atrakcyjne dla polskich „handlowców", a sklepikarze przerzucili się na język rosyjski. Upadek ZSRR wyzwolił falę mniejszych bądź większych ludzi biznesu, którzy szukają szansy właśnie w Stambule. To tzw. rosyjski rynek. Język rosyjski słychać równie często jak turecki, a chyba częściej niż angielski. To prawdziwy Carogród (dawna rosyjska nazwa tego miasta).

Stambuł to handlowe eldorado. Handel to bazary, a bazary to przede wszystkim Wielki Bazar - Kapali Carsi - największe, kryte targowisko świata. Zaczęło się w XV wieku od kilku magazynów postawionych za panowania Mehmeda IV Zdobywcy. Wraz z potęgą imperium osmańskiego rósł i bazar. Stragany pochłaniały kolejne uliczki Starego Miasta. Minęło pięć wieków i bazar rozrósł się do ponad czterech tysięcy sklepów, ponad dwóch tysięcy straganów, pośród 60 uliczek, na trzech kilometrach kwadratowych z 18 fontannami i 12 małymi meczetami. Na największe targowiska warto się wybrać, jeśli nawet nie chce się handlować - z powodu wyjątkowej malowniczości i przepychu, gdzie np. złote precjoza trzyma się pomieszane w pojemniku niczym, nie przymierzając... gwoździe. A błądzenie od straganu do straganu może być rozkoszą dla zmysłów. Tym bardziej że obyczaj każe próbować produktów, zanim się je kupi i trzeba też - zgodnie ze starym i prawie świętym zwyczajem Orientu targować się.
Ale można Stambuł zwiedzać inaczej. To miasto barów i restauracji, gdzie podaje się słynne przekąski „meze" i popija anyżówką. No i oczywiście kawa, najprawdziwsza kawa po turecku. Inna rozkosz dla ciała i ducha to hamamy, czyli tureckie łaźnie - kontynuacja rzymskich tradycji.
Meczet Sulejmana Wspaniałego zwiedzałem w grupie, gdzie przeważali obywatele krajów byłego ZSRR, wśród nich Ukrainki. Trochę byłem zaskoczony tak wielkim zainteresowaniem z ich strony (przecież tu handlować chyba nie będziemy...?), dopóki przewodnik nie zaczął opowiadać o niejakiej Roksolanie - pięknej brance, ozdobie sułtańskiego haremu. Najpierw starała się podbić serce Sulejmana, a gdy się to już spełniło, namówiła go do małżeństwa, podsycała konflikty, mordowała i rządziła. Jej panowanie oznaczało koniec czasów potężnych sułtanów. Gdy to przewodnik opowiadał, pewna młoda Ukrainka ze Lwowa zdawała się płonąć z emocji tą historią wyzwolonych, dodając, że Roksola-na była... Ukrainka. Dopiero po powrocie do kraju dowiedziałem się, że są tacy, którzy uważają ją za Rosjankę, ale i tacy, którzy mówią o polskim pochodzeniu najpiękniejszej z kobiet haremu.
Turcja stara się o wejście do UE. Z perspektywy turysty przebywającego w Stambule, państwo to ma drogę do Brukseli otwartą. To prawdziwa Europa. W porównaniu z tym miastem Ankara, w której byłem kilka lat temu, wydała mi się dość prowincjonalna. Ale przecież nie turystyczne wrażenia decydować będą o tej akcesji. Chociaż, jeśli zważyć, że Bułgaria jest bliżej Zjednoczonej Europy, to rodzą się małe wątpliwości.
JERZY MACHURA
Tekst pochodzi z tygodnika ANGORA-PERYSKOP nr 2, 9.01.2005