Mróz szczypie w policzki mocniej niż zwykle. Nic dziwnego, bo temperatura spadła do minus 55 stopni. Kiedy pytano mnie, w jakim klimacie lepiej się czuję, zwykle odpowiadałem, że dla mnie nie ma znaczenia, czy jest to siarczysty mróz, czy palące słońce. Lodówka Syberii otworzyła mi oczy i teraz nie mam wątpliwości, że ze skrajnie surowych środowisk wybrałbym z pewnością pustynię. Nawet jeśli w chłodzie człowiek ma więcej możliwości obrony, może cieplej się ubrać, rozpalić ognisko, rozgrzać się w ruchu. Na pustyni, gdzie gorący i suchy wiatr osusza organizm z resztek soków życiowych, szansę przetrwania są mniejsze.
Znajduję się na bezgranicznym pustkowiu, w wyludnionej krainie opanowanej przez intensywny chłód. Wraz z instruktorami mojej szkoły przeżycia, tak jak ja odczuwającymi potrzebę mocnych wrażeń, postanowiłem dotrzeć do światowego bieguna zimna na wschodnich rubieżach syberyjskiej ziemi. Mowa o Ojmiakonie w Republice Sacha, gdzie kiedyś odnotowano najniższą temperaturę na kuli ziemskiej w miejscu stale zamieszkanym przez ludność.
Z Jakucka do Ojmiakonu mamy do pokonania około tysiąca kilometrów bezdrożami tajgi i tundry objętych polarnym zimnem. Jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, a napięcia i lęk są naszymi codziennymi towarzyszami. Często muszę znajdować granicę oddzielającą ostrożność od śmiałości, a śmiałość od szaleństwa. Syberia, gdzie
wszystko jest ekstremalne,
nie wybacza arogancji ani lekkomyślności. Nawigacja jest utrudniona, bo nie ma żadnych punktów odniesienia, a i mapy są mało dokładne. Na szczęście bieg rzek często pozwala na wykorzystanie ich koryta. Jazda nim jest bardziej komfortowa niż po nierównym terenie, gdzie sanki podskakują i często się wywracają. Większe zagrożenie stanowi siarczysty mróz, codziennie narażający nas na odmrożenia.
W Jakucku ostrzegano mnie przed śmiertelną pułapką, jaką jest „naledź". To specyfika rzek północnowschod-niosyberyjskich. Są one stosunkowo płytkie i szybko zamarzają. Jednak ciśnienie wód gruntowych jest tak silne, że rozsadza grubą warstwę lodu i woda wylewa się na jego powierzchnię. Oczywiście będzie ona stopniowo zamarzać, ale jeśli ktoś trafi tam w tym czasie, cienka warstwa świeżego lodu się załamie.
Siódmego dnia dopada nas zmora. Myślami byłem w dalekiej Europie, gdy trzask lodu, głosy wystraszonych reniferów, krzyki ludzi przywołały mnie do dramatycznej rzeczywistości. Osiem sanek z pierwszego konwoju zanurza się w lodowatej wodzie. Temperatura powietrza przekracza minus 50 stopni. Panika uniemożliwia zachowanie równowagi i zdolności oceny sytuacji. Stracić głowę to tak, jak skazać się na śmierć. Staram się wyzwolić z obezwładniającego strachu. Początkowo powiązane uprzężami zwierzęta same starały się wydostać na staty grunt, jednak bezskutecznie. Chwilę później zrozumiały, że w wodzie jest cieplej i zrezygnowały z walki.
Zdrowie i życie ośmiu osób zależy teraz wyłącznie od szybkości działania. Każda minuta jest na wagę złota. Brodząc po kolana i głębiej w kaszy lodowej, uwalniamy z uprzęży jedno zwierzę po drugim. Jednak mróz robi swoje, sanki przymarzają, skórzane paski stają się nie do rozpięcia. Trzeba używać noża i siekiery. Czas płynie nieubłagalnie. Polecam Robertowi rozpalić ognisko. Nasze filcowe walonki stają się dwoma blokami lodu. Nie czuję nóg ani rąk, ale staram się nie myśleć o odmrożeniach. Padamy ze zmęczenia, ale pracujemy pośpiesznie. Wreszcie cały dobytek znalazł się na brzegu. Zmieniamy obuwie i wierzchnią odzież. Można myśleć o rozbiciu obozu. Szczęśliwie obeszło się bez strat i uszczerbku na zdrowiu.
(...) Dziś dyżur wypada na mnie. O szóstej rano, niezbyt wypoczęty, muszę wykazać bardzo dużo silnej woli, aby wysunąć się ze śpiwora z reniferowej skóry. Zimno jak w lodowni. Słupek rtęci na termometrze wskazuje minus 35 stopni, czyli na zewnątrz musi być dziesięć mniej. Powierzchnię dużego wojskowego namiotu pokrywa warstwa szronu centymetrowej grubości. Zapalam świecę, która pomaga mi rozniecić ogień w piecyku. Po godzinie gotowe jest śniadanie i, co istotne, temperatura podniosła się do zera. Budzę kompanów i zapraszam do stołu. Menu nie przewiduje żadnych wariantów - jak wczoraj, tak i dziś, i jutro: wrząca herbata, odmrożony chleb maczany w rozpuszczonym maśle, rosół i duży kawałek mięsa.
Sygnał „nie zatrzymuję was" oznacza opuszczenie namiotu. Trzeba zbić stado, które rozeszło się w poszukiwaniu pożywienia, w jedną dużą grupę, po czym schwytać na lasso każdego z 48 reniferów. Należy to do Dimy i Andrieja, dwóch „kajurów", pasterzy Ewenków. Potem musimy te na pół udomowione zwierzęta zaprząc, zlikwidować obozowisko i załadować dobytek na pojazdy. Dopiero około godz. 11 wyruszamy w drogę. Z biegnących żwawym truchtem reniferów
bucha para.
Pomimo że ubrani jesteśmy od stóp do głów w odzież ze skór renifera, tak jak ubierają się mieszkańcy tego regionu, to jednak ryzyko odmrożenia jest bardzo duże.
Z reguły dnie są bezwietrzne, ale kiedy pojawia się wiatr, tysiące mikroskopijnych igiełek kłuje bezlitośnie każdy milimetr kwadratowy odkrytego ciała. Twarzy nie sposób mieć wciąż zakrytejwełnianym szalikiem, bo wydychane powietrze w krótkim czasie tworzy na nim lodową krostę. Co godzinę zatrzymujemy się, aby pobiegać i poskakać, wypić kilka łyków gorącej herbaty z termosu i zapalić papierosa.
Renifer Roberta nagle zatacza się, upada. Nie ma już sił, by się podnieść. Zwierzęta nie znają granic swoich możliwości i nie potrafią oszczędzać sił. Biegną do całkowitego wyczerpania. Wymieniamy go na jednego z rezerwowych. W następnych dniach porzucimy po drodze jeszcze kilka. Kiedy odzyskają siły, być może dołączą do dzikich stad, jeśli wcześniej nie padną ofiarą wilków.
Żadnych ludzkich śladów, tylko tropy wilków, łosi, soboli, lisów. Podróżujemy 1500 metrów n.p.m., pomiędzy długim łańcuchem wysokich i niegościnnych Gór Wierchojańskich i pasmem Gór Czerskiego, w ogromnej kotlinie o wyjątkowo surowym klimacie. Średnia temperatura stycznia sięga tutaj -50 stopni, a średnia temperatura roczna -15. Już po raz kolejny z przełęczy otwiera się przed nami majestatyczna dolina,
dziewiczy krajobraz,
odizolowany od reszty świata. Czyste jak kryształ powietrze, niezwykły błękit nieba i blada czerwień nisko wiszącego nad horyzontem słońca pozwala przeżyć chwile głębokich emocji. Igor Michalew, znany fotograf rosyjski, zostaje na wzgórzu, aby uwiecznić nasz konwój na tle lodowej pustyni.
O godzinie 18 słońce kryje się za górami, a godzinę później jest już ciemno. Dlatego też przed zmrokiem trzeba wyszukiwać miejsca na nocleg. Jest to najbardziej nieprzyjemna chwila, bo każdy jest bardzo zmęczony całodniową jazdą i trudno jest zmusić się do wysiłku. A pracy jest dużo. Przede wszystkim trzeba szerokimi łopatami odgarnąć śnieg, potem naciąć żerdzi na konstrukcję namiotu, zgromadzić wielki stos gałęzi jako podkład izolujący nasze śpiwory od wiecznej zmarzliny, narąbać suchego drewna na opał, wyciąć na rzece bloki lodu, które dadzą nam wodę. Codziennie musimy też naciąć półmetrowej długości „kałatuszki", klocków drewna podwieszanych pod szyją reniferów, tak aby obijały się o kolana, uniemożliwiając szybkie poruszanie się, a tym samym oddalenie od obozu.
Kiedy namiot jest już oporządzony, w oczekiwaniu na kolację korzystamy z dobrodziejstw kuchni syberyjskiej. Na metrowej długości zamrożonym omulu nacinam ostrym nożem cienkie długie paski, które skręcają się jak wióry drewna. To słynna stroganina. Jemy ją surową, maczając w słoiku z solą i pieprzem. Według tradycji, taką zakąskę należałoby uzupełnić alkoholem. Nic dziwnego, że ktoś nieśmiało sugeruje, że jest zimno i odrobina spirytusu nikomu by nie zaszkodziła.
(...) Oto posępna twarz Syberii, stalinowskiego terroru, więzienia bez krat. Jeden z tysięcy łagrów tworzących kiedyś Archipelag Gułag. Od dawna opuszczony obóz otoczony jest podwójnym zasiekiem z drutu kolczastego. Przez głęboki śnieg dostajemy się do baraku, gdzie porozrzucane są podarte buty, miski, łyżki i proste narzędzie, które musiało służyć do czyszczenia skóry. Nikt już się nie dowie, ilu ludzi zginęło tu z zimna, głodu, chorób i wycieńczenia pracą w nieludzkich warunkach.
Nie możemy narzekać, bo jak do tej pory, pomimo długiej ekspozycji na polarne zimno, mamy niewielkie straty zdrowotne. Nicola ma odmrożone ucho, ja opuszki palców i, zadziwiające, że nawet urodzony tu Dima odmroził sobie nos. Mamy obowiązek kontrolowania twarzy kolegów. Trzeba ostrzec, kiedy zauważy się u kogoś białe plamy,
zwiastuny odmrożenia.
Każdy wie, że jadąc na sankach, powinien ciągle poruszać kończynami, delikatnie rozcierać uszy i nos oraz nieustannie robić grymasy, by ruszać mięśniami twarzy. Dużo niebezpieczniejsza jest hipotermia, spadek ciepłoty ciała poniżej normy fizjologicznej na skutek długotrwałego zimna. Kiedy temperatura ciała osiągnie 25 stopni, śmierć jest praktycznie nieunikniona. O tym, jak zabójcze mogą być niskie temperatury, świadczy fakt, że straty poniesione wskutek mrozu podczas działań wojennych były często większe od strat bitewnych.
Po niekończących się trzydziestu dniach osiągamy zapomniany przez Moskwę i Boga, liczący niespełna tysiąc mieszkańców, Ojmiakon nad Indygirką, gdzie w latach 30. słupek rtęci spadł do -71,2 stopnia. Niższe temperatury spotykane są jedynie na nieza-mieszkanej Antarktydzie.
Witają nas wspaniali, prości ludzie, dla których stanowimy sensację. Sybiracy wrośnięci w ekstremalny klimat i surową przyrodę. Z Jakucka przyjechali lekarze z Instytutu Problemów Dalekiej Północy, którzy kontynuują tu badania. Poddają nas serii analiz mających posłużyć naukowemu opracowaniu na temat zdolności adaptacyjnych europejskiego organizmu narażonego na krańcowe obciążenie w warunkach długotrwałego zimna. Wreszcie zasłużona bania. Nagrzani w piekielnym żarze 100 stopni, wybiegamy nago na śnieg, aby się ochłodzić. Wspaniały relaks i odprężenie. Potem czeka nas suto zastawiony stół przygotowany przez miejscowe władze.
Komfort cywilizacji i serdeczna atmosfera sprawiają, że szybko zapominamy o spartańskich warunkach i trudne chwile ostatnich tygodni uchodzą w niepamięć. Syberia zawojowała nasze dusze i trudno będzie się oprzeć pragnieniu powrotu.
Tekst: JACEK PAŁKIEWICZ
Autor jest członkiem rzeczywistym Królewskiego Towarzystwa Geograficznego
ANGORA - PERYSKOP nr 6 (5 lutego 2006)