Egzotyczna prowincja Europy (Bośnia i Hercegowina) Drukuj Email
Poznaj i zrozum świat - Na własne oczy
Wpisał Jerzy Machura   
Sobota, 16. Styczeń 2010 19:16

 

Turcy osmańscy nazywali ten region mroczną prowincją. Dziś to nadal najbardziej egzotyczna część Starego Kontynentu. Kto chce choć na krótki czas wrócić do nie tak dawnej jugosłowiańskiej przeszłości, a zarazem poczuć atmosferę Orientu, niech odwiedzi Mostar - stolicę Hercegowiny. Egzotyka tego miasta wzbogaciła się niedawno o jeszcze jeden zaskakujący element: pierwszy w świecie pomnik mistrza kung-fu - Bruce'a Lee.

Każdy wyjazd do byłej Jugosławii, to wyjazd w przeszłość. Nie sposób bowiem uciec od historii, od polityki - od wizualnych pozostałości i wspomnień z lat niedawnej wojny na Bałkanach. I tak jest w byłych federacyjnych republikach, ale najbardziej rzuca się to w oczy w Bośni i Hercegowinie. Tu wrzał tygiel etniczny i religijny, a rozbieżności były głównymi przyczynami krwawego konfliktu. Konfliktu tak do końca przecież niewygasłego, czego oznaką są spotykane na drogach patrole SFOR, świadczące o tym, że pokój został tu narzucony.

Most pojednania

Czy w tej sytuacji można się dziwić, że BiH uchodzi, i pewnie nadal będzie uchodzić, za prawie białą plamę na turystycznej mapie Europy? Chociaż wojna skończyła się tu dziesięć lat temu, nadal widać ruiny. Zdarza się i tak, że we wsi ruiny częściowo zburzone i te zamieszkane stoją jeden obok drugiego. Jeszcze więcej jest budowli, które sprawiają wrażenie nieukończonych: sama podmurówka, fundamenty lub tylko parter. Jeśli tam jeździmy, to najczęściej od strony Chorwacji, do Medjugorje, a przy okazji do Mostaru - miasta, które może uchodzić za żywy symbol skomplikowanych dziejów tego regionu. Miasta, które w czasach Jugosławii stanowiło przykład pokojowej koegzystencji ludzi różnych narodowości.

- Mostar ma długą historię - rozpoczyna przewodnik Vaso. - Założono go w połowie XV w. wokół drewnianego mostu nad Neretwą, strzeżonego przez strażników tzw. mostarów. Był to okres tureckiej dominacji na Bałkanach. Pod koniec XVI w. Mostar stał się jednym z najbogatszych miast w Hercegowinie, Słynni byli tutejsi złotnicy i kowale. Nie mniejszą sławą cieszyli się krawcy, którzy szyli bogate stroje orientalne. Kultura islamska mieszała się z wpływami katolicyzmu i prawosławia. Wielu Chorwatów oraz Serbów zmieniło wówczas wyznanie. Stali się Muzułmanami (tak, przez duże M, bo w czasach Jugosławii wspólnotę wyznawców Allacha uznano tu za naródj. Jedni musieli w ten sposób ratować życie, inni postąpili tak, by uzyskać od tureckich zarządców przywileje.

Jeśli Dubrownik zwany jest perłą Adriatyku, to Mostar też powinien otrzymać równie piękne, wyróżniające określenie. Charakter grodu jest niepowtarzalny. Kamienne domy, kamienne brzegi Neretwy i łączące je kamienne mosty, meczety z iglicami minaretów, a obok muzułmańskie cmentarze, wszystko to tworzy kompozycję budzącą zachwyt trudny do wyrażenia...

Miasto przedzielone rzeką Neretwą leży w dolinie. Z daleka nie widać, że toczyły się tu ciężkie walki, ale im bliżej, tym zniszczenia stają się wyraźniejsze. Niezwykłe miejsce, w którym zderzają się dwie skrajności. Pierwsze obrazy wywołują smutek i zadumę nad tragedią, która się tam wydarzyła. Dziwi też fakt, że w niektórych podziurawionych kulami domach nadal żyją i pracują ludzie, jakby nie chcieli zacierać śladów tej wojny. Pozostałe po wybuchach ruiny domów stoją niczym znicze wśród nowo wybudowanych budynków. To wzrusza i zarazem szokuje.

- Nie spodziewałam się spotkać tam radości czy beztroski. A wystarczyło przejść na drugą stronę Neretwy, by się miło rozczarować, by ujrzeć inny świat, miejsce jakby z baśni tysiąca i jednej nocy, w którym życie toczy się własnym, spokojnym rytmem. Urocze wąskie uliczki ozdobione wschodnią symboliką, przytulne kafejki, gwar spacerujących turystów, wieczorne śpiewy, to wszystko tworzy niepowtarzalny bizantyjski klimat - zachwycała się jedna z polskich turystek. - A Stary Most łączący te dwa różne światy, to niczym most nad cieśniną Bosfor, łączący Europę z Azją, jakże skrajnie różne kontynenty.

Właśnie, Stary Most. To przecież jeden z najbardziej znanych graficznych symboli dawnej Jugosławii, umieszczany w folderach i na mapach. Teraz jeden z najbardziej tragicznych symboli tego, co działo się na tych ziemiach podczas poprzedniej dekady. Gdy w 1992 roku Muzułmanie i Chorwaci rozpętali walkę na śmierć i życie, Neretwą utworzyła naturalną linię frontu. Most był jednak w rękach Muzułmanów. W listopadzie 1993 roku stał się głównym celem dla chorwackiej artylerii - zawalił się dopiero po wielu godzinach ciężkiego ostrzału, ale stało się to w ciągu niespełna minuty. Kamienie padały na dno, a drewniane bale spłynęły z nurtem rzeki. Oficjalne źródła podają, że podczas walk o Mo-star zginęło trzy tysiące ludzi, nieoficjalne - pięć tysięcy.

- Ten most to była jedna z ofiar wojny, Mogłeś nie wierzyć w Boga czy w przeznaczenie, ale wierzyłeś w ten most - mówi z nostalgią Vaso, poznany w kafejce mieszkaniec Mostaru. - To była część nas, nosiliśmy go w sercu.

Na szczęście to już czas przeszły, bo dzięki pomocy społeczności międzynarodowej, 23 czerwca 2004 roku uroczyście otwarto po odbudowie Stary Most. Ludzie nie chcieli żyć w mieście bez mostu. To nie tylko przejaw odbudowy i pojednania między zachodnią (chorwacką) a wschodnią (muzułmańską) częścią miasta. Mosty odgrywały i nadal odgrywają w społecznościach dawnego Imperium Otomańskiego wielką rolę, rolę serca miasta. Pisał o tym lvo Andrić, laureat Nagrody Nobla, uznawany za literackiego kronikarza dziejów tego regionu.

Teraz Stary Most w Mostarze ma dwie historie. Tę z XVI w. i tę najnowszą. Obie są ciekawe, o obu chętnie opowiadają przewodnicy.

- Kamienny most Turcy nazwali Kudret Kemeri - Cudowne Sklepienie. Zbudował go turecki architekt Numar Hajrudin na rozkaz Sulejmana Wspaniałego, któremu był potrzebny taki wytrzymały most do transportu wojsk i towarów. Budowę mostu zakończono w 1566 roku. Neretwa jest bardzo rwąca i nieprzewidywalna. Każdej zimy z górskich potoków wpływa do niej mnóstwo wody, niełatwo przewidzieć, jak silny to będzie nurt. Według legendy pierwsze rusztowanie - drewniane, nie wytrzymało i most runął, a wraz z nim zginęło wielu robotników. Wtedy sułtan zagroził, że zabije Hajrudina, jeśli ukończony most się zawali- snuje opowieść Vaso.

Być może groźba sprawiła, że most me względu na przęsło i grubość stał się dziełem sztuki, uznawanym przez niektórych architektów za cud. Jak na tamte czasy Hajrudin zbudował jeden z najwspanialszych i najbardziej skomplikowanych kamiennych mostów świata, wzbudzając podziw dla kunsztu i myśli architektonicznej dawnych mistrzów. Nawet przy dzisiejszej technologii i wyposażeniu trudno jest zbudować coś tak doskonałego. A może był to efekt oryginalnej osmańskiej zaprawy, złożonej, jak głosi legenda, z wapna, białka jajek, koziej sierści i mączki kostnej?

W otwarciu odbudowanego mostu uczestniczyli przedstawiciele różnych religii, politycy i koronowane głowy (m.in. brytyjski książę Karol). Nim jednak z pompą przywrócono go Chorwatom i Muzułmanom, a także turystom z całego świata, było wiele problemów z jego wzniesieniem.

Hajrudin zabrał sekrety budowy mostu do grobu. Nigdy nie odnaleziono jego planów, a jedynym zapisem, z jakim musieli pracować architekci, były księgi rachunkowe, które dokumentowały roboczogodziny i zakupione materiały. Węgierscy nurkowie ze SFOR sprawdzali, w jakim stanie były kamienie na dnie rzeki i te dobre wyciągano na brzeg. Zgromadziło się wokół dużo ludzi, bo z tymi kamieniami łączył ich emocjonalny stosunek. Fundamenty były w dobrym stanie, ale nie wszystkie bryły. Oprócz uszkodzeń spowodowanych ostrzałem, także nurt rzeki zrobił swoje. Udało się odzyskać 1/10 kamieni, a analiza ultradźwiękowa określiła, czy mogą być częścią nowego 300-tonowego przęsła. Ponad tysiąc nowych bloków skalnych przetransportowano z ta|ieniołomu koło Mostaru. W żmudnych pracach uczestniczyli też włoscy inżynierowie z uniwersytetu we Florencji, mający na koncie wyjątkowe osiągnięcia w zakresie budowy mostów. Z Niemiec przybył zespół inżynierów ekspertów w zakresie budowli kamiennych, którzy wcześniej pracowali przy egipskich świątyniach i średniowiecznych budowlach. A z Turcji kamieniarze, którzy odnowili ponad 25 mostów.

Dzięki odbudowie mostu miasto odzyskało duszę. Bo jego zburzenie zawsze będzie uważane za symbol nienawiści etnicznej. Odbudowa ma dać nadzieję na wspólną przyszłość. Ale czy realną? Społeczność Mostaru podzielona jest jak w Belfaście - oddzielne szkoły, firmy, szpitale, a nawet komunikacja miejska i straż pożarna. Choć dzwony mieszają się z nawoływaniem muezi-nów, to ze wzniesienia góruje nad miastem ogromny krzyż, co nie podoba się Muzułmanom...

„Smok" pomoże?

Młodzi mieszkańcy Mostaru chyba nie do końca podzielają nadzieje związane z odbudową mostu, bo za symbol pojednania obrali sobie... mistrza kung-fu Bruce'a Lee, znanego w świecie głównie z roli w „Wejściu Smoka". Naturalnych rozmiarów pomnik Lee (1,68 cm) z brązu, przyjmującego pozycję gotowego do walki, został odsłonięty 26 listopada 2005 roku, dzień wcześniej niż uczyniono to w Hongkongu, gdzie mistrz się wychował - w 65. rocznicę jego urodzin.

Pomnik stanął na placu Hiszpańskim, w centrum miasta, blisko linii frontu wojny z lat 1992-95. W uroczystości uczestniczyli m.in. ambasadorowie Chin i Niemiec, krajów, które pomogły zebrać fundusze na pomnik, a odsłonięcia pomnika dokonali pomysłodawcy: Veselin Gatalo i Nino Raspudic z organizacji Ruch Miejski Mostaru.

- Pomnik mistrza kung-fu ma symbolizować przyjaźń, lojalność i sprawiedliwość, które uosabiał Lee, a których tak bardzo potrzeba Mostarowi - wyjaśnia swój pomysł Gatalo. - To nie znaczy, że Smok nas zjednoczy, bo przecież jesteśmy różni i zawsze będziemy Muzułmanami, Serbami i Chorwatami. Ale jedno nas łączy - Bruce Lee, bohater nastolatków w całej Bośni w latach 70. i 80.

Czy teraz nie przy Starym Moście, a przy pomniku mistrza wschodnich sztuk walki będzie dochodzić do gestów przyjaźni i pojednania?

Skomercjalizowane cuda

Polscy turyści zaczęli przyjeżdżać tu tłumnie w latach 80. Wszystko za sprawą objawień w Medjugorje. 24 czerwca 1981 roku szóstka nastolatków mieszkających w tej niewielkiej miejscowości, położonej 23 km na południowy zachód od Mostaru, była świadkami cudownego objawienia Najświętszej Marii Panny. Dziesięć lat później nieznane dotychczas Medjugorje zapełniło się turystami, a wraz z nimi przybywało sklepików z pamiątkami, wypożyczalni samochodów, agencji turystycznych, restauracji i hoteli. Turystyka religijna okazała się równie dochodowa jak w nadadriatyckim kurorcie. I tak jest nadal, mimo wojny domowej, która okresowo zmniejszyła liczbę przyjezdnych. Tysiące pielgrzymów-turystów przybywają codziennie do Medjugorje. Sądząc po tym, jaki język się tam słyszy, Polacy stanowią liczną grupę (choć nie brakuje i innych nacji, nawet pozaeuropejskich). Nic dziwnego, że w wielu sklepach można nabyć literaturę w języku polskim. Bardziej zaskakuje inny asortyment, np. łyżeczki z Matką Boską. A podaż różańców jest taka - jak zauważył jeden z turystów - jakby były to przedmioty jednorazowego użytku.

Oprócz Góry Objawień pielgrzymi odwiedzają kościół parafialny św. Jakuba. Wędrówka na wzgórze trwa około godziny i wiedzie dość trudną trasą. Warto dodać, że Kościół katolicki nie uznał objawień w Medjugorje - pierwszych w Europie od czasu objawienia się Matki Boskiej we francuskim Lourdes (1858) oraz w portugalskiej Fatimie (1917).

- To miejsce, uznawane za święte, zupełnie nie zrobiło na mnie takiego wrażenia - przyznała jedna z polskich turystek. Pierwsze, uderzające spostrzeżenie, to komercja spotykana na każdym kroku. Wizerunki Matki Boskiej są dosłownie wszędzie, nawet na kapslach od butelek, co nie czyni napoju świętym, ale podraża jego koszt. Pewnie dzięki temu miasto jest jednym z najszybciej rozwijających się w Bośni. Trochę korzystniej wygląda miejsce samego objawienia, do którego prowadzi surowa i kamienista droga, którą dociera się do skromnej figury Matki Boskiej. Ale i tam nie czułam tej mistycznej atmosfery, takiej, którą tak wyraźnie się odczuwa na przykład na Jasnej Górze.


JERZY MACHURA

 

Źródło: ANGORA-PERYSKOP nr 12, 19 lutego 2006