Witam Panie Marku,
Nie odzywałam się długo i ...tylko raz. Mój kuzyn, który jest lekarzem na Tasmanii (na pewno Pan wie, że jest to wyspa i zarazem szósty stan tego kontynentu) powiedział mi, że jego znajomi Polonusi czytają moje teksty w Internecie. Dziękuję Panu za to, że dzięki Panu część moich, teraz już rzadziej pisanych artykułów, znalazła się na Pana bardzo sympatycznej, pełnej optymizmu i bardzo interesującej stronie.
Panie Marku, moj kontakt z Internetem jest niezbyt częsty; nie było mnie w Polsce ponad rok. W ub. roku podróżowałam samotnie po Tajlandii i Filipinach (mam tam kilkoro przyjaciół i poza tym życie tam może być bardzo tanie). Potem spędziłam pół roku u Przyjaciół, mieszkających w stanie Zachodnia Australia, zajmujacym 1/3 całego kontynentu. To niesamowita, dzika i groźna kraina, wietrzna i chłodna, nawet w części tropikalnej. W Angorze z 14 marca 2010 r. ukazał się mój artykul o Zachodniej Australii pt. "Skały i turkus oceanu". Za kilka dni znów tam wyjeżdżam, tym razem na 10 miesięcy. Mam tam dach nad glowa i utrzymanie, przyjaciele są tak zwanymi grey-nomadami, czyli wędrowcami w campervanach. Ostatnim razem jezdźiliśmy z namiotami.
Dzieki swym "ucieczkom" stąd jakoś egzystuję. Nic ani nikt mnie tutaj nie trzyma. Podróżujac, nawet w bardzo skromnych warunkach, czuję się wolna i (oby nie bylo zimna) zrelaksowana. Tutaj mam różne problemy ze zdrowiem (...).
Wiem, że pisanie o cierpieniach przy schorzeniach Pana i żony może wydawać się nietaktem, ale, proszę mi wierzyć, czasem, gdy jestem tutaj, i moje są trudne do zniesienia.
Życze Panu i całej Rodzinie jak najwiecej ZDROWIA i dobrego samopoczucia oraz dalszego entuzjazmu w prowadzeniu Pana cennej strony.
Serdecznie pozdrawiam,
Małgorzata Larecka