W przyjaznym i cywilizowanym Perth, stolicy stanu Australia Zachodnia, nic nie zapowiadało, że wkrótce znajdę się w jednym z najdzikszych i najbardziej surowych zakątków świata. Ten największy stan Australii, to jedna trzecia całego kontynentu.

Wieżowce, nad okoloną zielenią i winnicami rzeką Swan, pasaże z przytulnymi kafejkami, butikami i jeden z największych w świecie miejskich ogrodów King Park & Botanic Garden sprawiają, że chciałoby się zostać tu dłużej. A do tego wspaniały system bezpłatnej komunikacji Bus & Free Cat Services, stworzony z myślą o turystach. Perth coraz bardziej zlewa się w jedną aglomerację z pobliskimi atrakcyjnymi turystycznie wysepkami oraz miejscowościami, których historia sięga początków XIX stulecia. Jedną z nich jest Fremantle, morska brama do WA, czyli Western Australia, gdyż jest to największy port tego stanu. Tędy (przez wiele lat) przybywali emigranci z różnych stron świata.

W 1950 r., na statku „Sibajak", przypłynął z Holandii z rodzicami 6-letni Johannes Scheepers. John zna WA jak własną kieszeń. Uczył się w szkole korespondencyjnej, pomagając ojcu w pracach fizycznych na farmie owiec. Dopiero gdy kupili domek
w Albany, zaznał nieco stabilizacji. Po latach powrócił do Albany, miejsca, które w 1826 roku zasiedlili pierwsi osadnicy.
Albany
Dziś to 30-tysięczne miasto, jedno z siedmiu w WA, nieco senne, np. sklepy i większość restauracji (nawet latem), zamyka się o godz.16, ma aspiracje turystyczne. Zimową atrakcją jest obserwacja przypływających tu z rejonów Antarktydy wielorybów. W końcu listopada u wybrzeży Australii robi się dla nich za ciepło i znów odbywają długą drogę na południe. Pośród krętej linii brzegowej jest wiele pięknych plaż, lecz raczej nienadają-cych się do typowego plażowania... Najbliższe Albany są Frenchman Bay i Emu Point, leżące nad Zatoką Oy-ster, do której wpadają rzeki King i Kalgan Rivers, a najlepiej zagospodarowana jest plaża Middleton.

Albany i okolice nawiedzane są przez porywiste i chłodne wiatry, zaś latem jest tu nawet zimniej niż na bardziej na południe wysuniętej Tasmanii. Choć większości tutejszych mieszkańców to nie przeszkadza, kapryśny klimat tego południowo-zachodniego krańca kontynentu jest stałym tematem rozmów. Przyjęło się mówić, że nawet latem, które trwa tu od 1 grudnia do 1 marca, potrafią być cztery pory roku w ciągu dnia! Kierunek wiatru zmienia się kilkakrotnie w ciągu doby, co podawane jest w każdej lokalnej prognozie pogody. Zimą wędkarze, jak John, czekają na wiatr zachodni. Licznych w tym rejonie zamożnych farmerów, posiadających nie tylko tysiące owiec czy krów, lecz także ogromne połacie pól uprawnych, cieszy wiosną wiatr północno--wschodni, przynoszący deszcze. Po nich, w grudniu, rozpoczynają się żniwa, zbiory owoców i warzyw. Podczas gdy oddalone od Albany Perth przez całe lato przeżywa fale ekstremalnych upałów, tu rzadko temperatura przekracza +25° C, a wieczory zawsze są chłodne. Lecz bywają także rzadkie dni, gdy i tu temperatura dochodzi do +40° C, dni których mieszkańcy boją się najbardziej, gdyż wtedy najczęściej pali się busz.
Zarówno pobliski Denmark, jak i cały rejon oferują mnóstwo ciekawych tras turystycznych w buszu, zwykle kończących się nad oceanem. Jak się później przekonałam, niesamowite w swych kształtach, strukturze i barwach, ogromne formacje skalne, czasami niezwykle trudne do przebycia dla człowieka, są nieodłącznym elementem krajobrazu całej linii brzegowej WA. Mimo tego nieprzyjaznego wybrzeża, WA odkryto właśnie od strony oceanu, a nie lądu. W 1616 roku holenderski żeglarz Dirk Hartog wpłynął do rozległej zatoki zwanej Rekinią (Shark Bay). Jego śladem podążyli kolejni holenderscy podróżnicy, toteż przez wiele lat WA zwana była Nową Holandią.
Turystyczne Exmouth
Pod koniec września i my wybraliśmy się w miesięczną podróż, zapełniając 13-letniego land-rovera po brzegi, zabierając wszystko co niezbędne do życia w namiocie, także na „dzikich" kempingach, na których brak wody, prądu, zasięgu telefonów komórkowych, a nierzadko i WC. Cel to turystyczne Exmouth, oddalone od Albany w prostej linii o 2 tys. km.

Co najmniej przez 200 km krajobraz niemal swojski: żółte pola rzepaku, mieniące się złotem łany owsa i pszenicy oraz lasy eukaliptusowe, głównie tasmanian blue gum (wyrabia się z nich papier), do złudzenia przypominające nasze sosny. A na polach i łąkach? Krowy, owce i konie. Lecz wkrótce nastał busz, który zmieniał się, wciąż przybierając nowe oblicze... Gleba ze złotawożółtej stawała się niemal czerwona, pojawiły się niesamowite w wyglądzie grass three, wyglądające niczym wielkie kępy trawy na pniach palm. Przed zachodem słońca coraz częściej (bardzo niebezpieczne dla kierowców) niespodziewanie przeskakiwały przez szosę kangury, zaś stada kolorowych papug przefruwały tuż nad land-roverem.
W malowniczym Northam skręciliśmy w słynną „jedynkę", szosę oplatającą Australię. W tym rejonie w niczym nie przypomina ona autostrady, w którą przechodzi w mniej dzikich częściach kontynentu. Za to busz stawał się coraz bardziej niedostępny. Aby wedrzeć się w kolczaste, splątane krzaki, niektóre pełne kolorowych kiści kwiatów, musiałam włożyć hikingowe buty, sięgające za kostkę. W każdej chwili bowiem może pojawić się tu jadowity whipsnake, shovel-nosed snake, mulga snake bądź najgroźniejszy z tutejszych węży - tiger snake (wąż tygrysi). Może też ukąsić nadepnięta przypadkowo jaszczurka... Aż trudno uwierzyć, że w tym nieprzyjaznym środowisku mogą rosnąć przepiękne, ogrodowe kwiaty: orchidee (spider orchid czy common donkey orchid), mnóstwo odmian krzewu verticordia, o kolorowych kiściach kwiatów, oraz przeróżne odmiany banksi. Ten narodowy, bo nigdzie indziej poza Australią niespotykany krzew, szokuje różnorodnością odcieni barw - od starego złota do krwistej czerwieni, jak też wielkością okrągłych bądź podłużnych kwiatów. Angielski botanik Joseph Banks (1743-1820), od nazwiska którego wziął swą nazwę, wyodrębnił aż 78 jego gatunków.
Busz się broni
Busz broni się jak może przed ingerencją człowieka, przeciwstawiając mu kłujące krzewy, różne odmiany spinifexu, ostrej, wysokiej trawy, czy nawet kolczastą, przypominającą wyglądem sałatę Hakea Victoria, niezliczone stada much atakujących z lubością wilgotne części twarzy, ukąszenia jadowitych gadów czy niebezpiecznej odmiany mrówek, a nawet pająków, i wreszcie upał. Niemniej nasze każde wejście w busz zaskakiwało czymś nowym. Na szczęście John wiedział, gdzie warto się zatrzymać; przez kilkanaście lat był range-rem (szefem strażników) jednego z parków narodowych w Australii Południowej.
Bez wątpienia australijski busz to największy i najpiękniejszy naturalny ogród dzikich kwiatów na świecie.
Stromatolites, czyli „żyjące skały",
to zjawisko występujące tylko w trzech miejscach na świecie, które obejrzeliśmy przy okazji noclegu w tzw. Station Hamelin Pool nad Zatoką Rekinią. Są to skały węglanowe zawierające żywe organizmy sprzed 3,5 miliardów lat! Wyjątkowo słone wody zatoki sprzyjają rozwojowi cyjanobakterii, dzięki czemu, niektóre żyją do dziś, zmieniając swą barwę i kształt. Są to dziś najstarsze żyjące organizmy na świecie.
Stations i homesteads, ogromne prywatne farmy, najczęściej owiec, przyjmują także turystów, w bardzo skromnych bungalowach, bądź oferują miejsce na własny „mobilny dom". W Australii jest ponad 500 takich miejsc, z czego 2/3 właśnie w WA. Jest to podyktowane niesamowitymi, w pojęciu Europejczyka, odległościami. Jadąc nawet 1000 km, można nie spotkać żadnego domostwa oprócz farmy buszu... Po drodze skręcaliśmy wielokrotnie w busz, by spojrzeć na przepiękne, lecz groźnie wyglądające i nieprzyjazne skały nad oceanem. Jeden z fascynujących widoków to „blow holes", koło Carnarvon, gdzie fale oceanu niczym gejzery tryskają na wysokość nawet 20 m.

Tu też, nad Zatoką Rekinią, w typowym turystycznym miasteczku Monkey Mia obejrzeliśmy poranny pokaz karmienia delfinów, a na plaży fotografa z trzema wielbłądami. W takich właśnie miejscach, za raczej słone opłaty od 60 do 300 AUSD (1 AUSD około 2,70 zł), proponuje się turystom niezliczoną ilość atrakcji, począwszy od wycieczek łodziami na pobliskie wysepki na połów ryb, oglądanie Zatoki Rekiniej z okien helikoptera po niezliczone wędrówki piesze pięknymi szlakami w parku Frangois Peron National Park.
Oddalona stąd o dzień podróży, usytuowana pośród wszechobecnego buszu Coral Bay, to główna miejscowość turystyczna nad liczącą 200 km długości rafą koralową WA. Tu proponuje się turystom przede wszystkim nurkowanie, m.in. w towarzystwie niegroźnego whale shark.
Trasa wzdłuż koralowego wybrzeża
przynosi kolejne niespodzianki: eksplodujący nowymi odmianami kwiatów busz i niezliczone, ciągnące się kilometrami złotopomarańczowe kopce termitów. Niektóre z nich liczą nawet 200 lat! Coraz więcej też znaków drogowych z ostrzeżeniem: „Floodway", czyli rejon powodziowy. Obok panującej tu, np. w chwili gdy przemierzamy ten teren, ogromnej suszy sprzyjającej pożarom buszu, są tu szczególnie w środku lata, gdy panuje pora deszczowa, powodzie tak rozlegle, że trasa może być nieprzejezdna nawet przez kilkanaście dni.
Przekroczywszy zwrotnik Koziorożca znajdujemy się w tropiku. Niezwykłe wrażenie wywierają rosnące w tym rejonie czerwonopurpurowe kwiaty Stuart Desert Pea. l tu właśnie, na terenie ogromnej farmy w Warroora Station postanowiliśmy rozbić na kilka dni nasz kemping. Opłata za dzień na tym dzikim miejscu bez wody i WC (mamy własne) wynosi tylko 10 AUSD. W zachodzącym słońcu, pośród czerwonobrunatnego pyłu i zdumionych spojrzeń licznych kangurów, przemierzyliśmy jeszcze 20 km, by wreszcie zatrzymać się jakieś 15 m od brzegu oceanu między wąskim pasem buszu a plażą. W porównaniu z upalnym dniem noc chłodna, tak że mój śpiwór na -5° C okazał się przydatny.
Rano John udał się na ryby. Pierwsze kilka godzin siedzenia na wietrznej plaży nie przyniosło rezultatów, lecz niemal o zmroku udało mu się schwytać srebrzystą thredfin salmon (odmiana łososia), następny był 3-kilogramo-wy span gled emperor. Rankiem wyruszyliśmy na ośmiornice. Ku memu zdumieniu John wyciągnął zakrzywionym prętem, leżącą w wodzie pośród skał, ogromną, metrowej średnicy, licząc z ramionami, ośmiornicę. Pocięta na kawałeczki posłużyła za przynętę.
Droga do Exmouth to m.in. przejazd przez dwa, o przepięknych formacjach skalnych, parki narodowe: morski Ningaloo Marine Park i Cape Rangę National Park. Rozbiliśmy nasz kemping w zatłoczonym Lighthouse Caravan Park, położonym w pięknym miejscu, u stóp wzgórza ze starą latarnią morską. Sporo motor-homes z tzw. grey-nomadami, czyli emerytami, przemierzającymi Australię wzdłuż i wszerz. Cena za noc tutaj - 25 AUSD.

Jedną z piękniejszych,
niezliczonych w Cape Rangę tras, którą odbyliśmy, była wspinaczka na Mandu Mandu Gorge, żeby m.in. wypatrywać po drodze wallabies, najdelikatniejszej z odmian kangurów. Z góry podziwialiśmy imponujący obraz niezliczonych formacji skalnych i ocean mieniący się turkusem i zielenią.

Jest w WA szczególne miejsce przyciągające dziś wielu turystów, do którego ponad 100 lat temu przybyło najwięcej osadników, także awanturników, szukających łatwego wzbogacenia się - złota. To oddalona 650 km od Pert - Kalgoorlie-Boulder, czynna od 1893 roku największa w całej Australii kopalnia tego kruszcu. Miejscowe muzeum to prawdziwa „kopalnia" wiedzy na temat historii odkrycia złota w Australii i jego wydobywania. Rozległy rejon wokół miasta i kopalni zwany jest Golden Fields (Złote Pola), gdyż jadąc tu, na początku australijskiego lata, widzi się nie połyskujące w słońcu drobiny złota, lecz złotożółte łany pszenicy.
A od lutego wędkarze i rybacy wybrzeży WA z niecierpliwością będą wypatrywać ławic tzw. australijskiego łososia, które przypływają tu z południowo-wschodniego wybrzeża kontynentu. Przez trzy następne miesiące będzie on głównym celem połowów, a także bardzo tu lubianych różnego rodzaju konkursów na największą i najzręczniej złapaną rybę.
MAŁGORZATA LARECKA

WITAM PANIE MARKU, 
Serdecznie dziekuje za list, jak tez za umieszczenie mego listu do Pana i reportazu z West Australii na stronie. Niewielu turystow tam dociera, kazdy chcialby do Sydney, a tymczasem to naprawde ciekawa kraina.
Wspoltowarzysz mojej podrozy, John, o ktorym wspominam w artykule, byly ranger (szef) jednego z parkow narodowych w stanie South Australia, kocha przyrode i zna sie na niej, szczegolnie tej australijskiej, jak malo kto. Jest tez swietnym fotografem. Wyszukiwal w zdawaloby sie, ponurym i monotonnym buszu, przepiekne kwiaty... mam okolo 300 fotek tych "skarbow" buszu. Niemniej, po zbadaniu rynku tutaj stwierdzilam, ze malo kogo interesowalby np. album z kwiatami, ktorych nie mozna posadzic w polskim ogrodku. Posylam Panu ina pamiatke zdjecie chyba najpiekniejszych kwiatow, jakie spotkalam - Sturt desert pea.
Rosna sobie dziko na tej pustynnej, czerwonej glebie. Sa niezwykle...
02 września 2010
ŹRÓDŁO: ANGORA - PERYSKOP nr 11 (14 III 2010)
Zdjęcia: LynNe, Peter Bray, Ron Mitchell