Nad wyniosłymi szczytami Andów leciałam do starożytnej stolicy Inków - Cuzco, którą jej mieszkańcy nazywali pępkiem świata. Z samolotu podziwiałam groźne, pocięte wąwozami i rzekami, góry z ośnieżonymi szczytami. Ze względu na warunki klimatyczne i położenie Cuzco w wąskiej dolinie na wysokości 3400 m n.p.m. samoloty mogą tu lądować jedynie do godziny 11.00.

Cuzco było stolicą starożytnego państwa Inków - Tawantinsuyu. Było to polityczne, administracyjne i religijne centrum imperium. Po hiszpańskim podboju do dnia dzisiejszego zachowało się niewiele zabytków. Jedynie można porównać współczesne Cuzco z opisami zabytków sporządzonymi przez kronikarzy konkwisty. W trakcie wędrówki po mieście odnalazłam budynki zbudowane na starożytnych murach, które przetrwały z czasów Inków.

Można nadal podziwiać ogromne bloki wygładzonego kamienia, które dopasowywano do innych kamieni bez użycia zaprawy. W odwiedzanym licznie przez turystów klasztorze Santo Domingo przetrwały niektóre pomieszczenia inkaskiej świątyni Coricancha, jak ołtarz ofiarny i charakterystyczne nisze w ścianach. Do przybycia Hiszpanów ściany tego sanktuarium były w całości pokryte złotem.
Pisac
Z Cuzco pojechałam do malowniczo położonej miejscowości Pisac, gdzie co niedzielę odbywają się słynne w Peru targi. W ten sposób miejscowa ludność dochowuje wierności dawnym obyczajom.

Na rynku, wśród ubranych w tradycyjne stroje Peruwiańczyków, można kupić różnorodne towary, począwszy od płodów rolnych, a skończywszy na bogatej ceramice wzorowanej na prekolumbijskich wyrobach. Powszechnym zwyczajem w Peru jest pobieranie drobnych opłat od turystów za pozowanie do zdjęć. Za kilka soli można się sfotografować z małymi Indiankami przebranymi w tradycyjne an-dyjskie stroje lub pogłaskać lamę. Czuję się tu trochę jak w Zakopanem pod Gubałówką, ale cóż, prawa i atrakcje rynku turystycznego są na całym świecie takie same.
Kolejny raz w trakcie podróży zwróciłam uwagę na kontrasty tak charakterystyczne dla współczesnego Peru. Z jednej strony turyści przybywający z całego świata w klimatyzowanych autokarach i trzaskające migawki aparatów fotograficznych, a obok tradycyjnie, jak przed wiekami żyjący Indianie, w domach budowanych z suszonej na słońcu cegły adobe. Tutaj techniki budowlane nie zmieniły się od prawie 500 lat. W takich miejscach czułam się, jakbym odbyła podróż wehikułem czasu i „dotknęła fragmentu" zamierzchłej przeszłości.
Z miasteczka udałam się do położonych w pobliżu starożytnych ruin Pisac, uznanych za najlepszy przykład urbanistyki inkaskiej. Zajmujmują one zbocza góry na wysokości ponad 3000 m n.p.m., a dotarcie do nich wymaga pokonania dużej ilości schodów. Układ budynków Pisac dostosowany jest do naturalnego ukształtowania góry. Budowano je na planie czworokątów, niekiedy półokręgów, otoczone murami i przedzielone ulicami.

Cały obszar miasta rozplanowano zgodnie z typową urbanistyką inkaską. Są tu pałace rezydencjonalne, świątynie i obserwatoria astronomiczne, ulice, pasaże i tunele. Potężne mury z otworami drzwiowymi i niszami o trapezoidalnym kształcie otaczają Intihuatane, czyli wielki monolit z różowego granitu, do którego w religii inkaskiej symbolicznie przywiązywano słońce. W tym kompleksie świątynnym odbywały się liczne ceremonie religijne ku czci boga słońca Inti.
Kiedy wspinałam się po kolejnych wykutych w skale wąskich i stromych schodach, przeciskając się przez wnęki w potężnych murach, zaczęłam doceniać legendarną sprawność fizyczną mieszkańców Andów. W Ollantaytambo szukałam odpowiedzi na zagadkę - w jaki sposób starożytni Inkowie transportowali ogromne, megalityczne kamienie służące do jego budowy? Przypuszcza się, że sprowadzano je z kamieniołomów znajdujących się w odległości paru kilometrów od miasta. Jednak do tej pory naukowcy nie znaleźli dostatecznych argumentów do rozwiązania tej tajemnicy. Być może, podobnie jak w starożytnym Egipcie, cała tajemnica konstrukcyjna polegała na umiejętnej organizacji pracy tysięcy, a nawet dziesiątków tysięcy robotników.
Przypuszcza się, że w Ollantaytambo mieszkało około 1000 osób i była to kolejna rezydencja Inki i rządzącej elity społecznej, a zarazem centrum administracyjne. Zajmowało ważną pozycję strategiczną w Imperium Inków, umożliwiającą kontrolę najważniejszych dróg państwa.
Sacsayhuaman
Następnym celem mojej podróży była inkaska twierdza Sacsayhuaman.

Tę potężną fortecę otacza potrójny, zębaty mur, który wzniesiono z ogromnych bloków granitu, na trzech platformach leżących jedna na drugiej. Obecnie w Sacsayhuaman można podziwiać tylko ogromne fundamenty. Resztę rozebrali Hiszpanie jeszcze w czasach kolonialnych. Do wnętrza twierdzy można dotrzeć przez liczne bramy zwieńczone niegdyś kamiennymi nadprożami. Ogromne wrażenie zrobił na mnie kilkumetrowy mur o zaokrąglonym narożniku oraz bloki skalne. Największy z nich ma ponad 7,5 m wysokości i waży ponad 35 ton. Megalityczne bloki skalne przylegają do siebie tak idealnie, że nie można włożyć między nie noża. Ciekawostką jest, że starożytni mieszkańcy Peru, wznosząc swoje budowle, nie używali żadnej zaprawy.
Według hiszpańskiego kronikarza Pedro Cieza de Leon, twierdzę budowało ponad 20 tysięcy ludzi. Około 6 tysięcy osób transportowało bloki skalne, ciągnąc je za pomocą wielkich lin z odległego o parę kilometrów kamieniołomu. 4 tysiące łupało i obrabiało kamienie, a pozostali przygotowywali wykopy i fundamenty.
Ciekawe, czy współcześni inżynierowie umieliby z taką precyzją i biegłością wznosić budowle i układać te bloki skalne jeden na drugim. Sascayuaman to kolejny przykład najwyższej perfekcji budowlanej Inków i niesamowitej biegłości technicznej w kuciu i wygładzaniu ogromnych bloków skalnych.
Kenko
Parę kilometrów od Sascayuaman znajduje się inne fascynujące stanowisko archeologiczne - Kenko. Zabytek ten jest doskonałym przykładem integracji architektury i rzeźby z naturalnym środowiskiem skalnym. Zaokrąglona powierzchnia skał Kenko jest całkowicie pokryta wykutymi w niej schodkami, promienistymi liniami, wyrzeźbionymi postaciami, serią kanałów, które łączą się i dzielą, tworząc tajemniczy wzór. W jednym z takich kultowych kanałów według legendy lano ludzką krew lub chichę, czyli kukurydziane piwo. Współcześni Indianie twierdzą, że kiedy popłynęła ona w prawą stronę, wróżyło to dobry rok, w lewą stronę - zły. Wewnątrz jaskini Kenko znajduje się sanktuarium, które służyło Inkom do odbywania licznych rytuałów religijnych. Jedynym ocalałym elementem, który udało mi się odnaleźć, był ogromny kamienny stół, pełniący funkcję ołtarza ofiarnego albo tronu dla mumii.
Najważniejszym miejscem tego kompleksu ceremonialnego jest Intihiutana, która w Kenko w dniach przesilenia letniego i zimowego przypomina wizerunek siedzącej pumy oraz wielki, naturalny, sześciometrowy monolit, popularnie zwany „Siedzącą Pumą". Nazwę swą zawdzięcza, tak samo jak Intihuatana, wyjątkowemu podobieństwu skały do siedzącej pumy. Dookoła tego centrum religijnego znajdują się regularne nisze. Według legendy, w dawnych czasach stały tu inkaskie mumie.

W pobliżu Kenko znajduje się następna archeologiczna atrakcja turystyczna. To Tambo Machay, popularnie zwane Łaźnią Inki. Jest to miejsce kultu wody, które Inkowie wznieśli wokół naturalnych źródeł. Wszystkie budowle, jakie zobaczyłam, są doskonale dostosowane do zbocza góry i idealnie współgrają z kryształową wodą oraz surową górską przyrodą otaczającą to miejsce, tworząc niezapomniany klimat. Podziwiałam kunszt starożytnych inkaskich architektów, którzy potrafili skierować bieg wody tak, że tworzyła ona podwójny wodospad. Tambo Machay składa się z trzech niewysokich, kamiennych tarasów połączonych schodami. Wzniesiono je tak, jak wszystkie budowle inkaskie - z idealnie dopasowanych, dużych bloków skalnych.
Machu Picchu
Do Machu Picchu można dotrzeć pieszo lub koleją. Po konsultacji z peruwiańskimi przyjaciółmi wybrałam podróż lokalnym pociągiem. Tym popularnym środkiem komunikacji w Peru podróżowała różnorodna grupa turystów z całego świata oraz wsiadająca na kolejnych stacjach miejscowa ludność. Po krótkim czasie pociąg przypominał wielkie targowisko. Podczas podróży można było kupić właściwie wszystko, począwszy od ziemniaków, smakowitej kukurydzy, domowych ciast, a skończywszy na ogólnodostępnej i tutaj legalnie sprzedawanej, świętej roślinie Inków - liściach koki. Widok z okien pociągu potęgował tę niezwykłą podróż. Jechałam przecież świętą doliną Inków, wzdłuż rwących nurtów rzeki Urubamba. Po kilkugodzinnej jeździe dotarłam do końcowej stacji kolejowej, skąd co kilka minut odjeżdżają autobusy, które dowożą turystów do bram miasta Inków. Tam znalazłam się w zupełnie innym świecie.

Machu Picchu odkrył w lipcu 1911 roku amerykański podróżnik Hiram Bingham. Niezwykłe było jego odkrycie, ponieważ wygląd miasta prawie nie zmienił się od momentu, kiedy zostało opuszczone. Ruiny Machu Picchu leżą pomiędzy dwoma szczytami Huayna Picchu i Machu Picchu. Architektura miasta idealnie współgra z naturalnym, górzystym otoczeniem, a liczne wykute w skałach schody umożliwiały dostęp do poszczególnych jego dzielnic.
Znajdowało się tutaj, na tarasach, ponad 200 budowli. Przeważnie były one parterowe, często otoczone murami i zgrupowane po 4, 6 lub 10 budynków wokół centralnego placu. Leży on na osi wschód - zachód i dzieli miasto na dwie części, które wznoszą się na dwóch naturalnych wzniesieniach. Doskonale z nich widać płynącą w dole rzekę Urubambę, która tworzyła naturalną osłonę tego miejsca.
W Machu Picchu, podobnie jak w innych starożytnych miastach, centrum ceremonialnym była Intihuatana, główna świątynia z niszami oraz zbudowana z megalitycznych kamieni świątynia z trzema wielkimi oknami, symbolizująca „Dom Przodków".
W Machu Picchu dachy domów mieszkalnych miały konstrukcję nośną z drewna i słomiane pokrycie, umocowane do ścian za pomocą wystających kamiennych płatwi. Wykonano je z nietrwałych materiałów, które można zobaczyć zrekonstruowane tylko na wybranych budynkach. Tak jak we wszystkich inkaskich budowlach występują tutaj otwory okienne i wejściowe, z kamiennymi nadpro-żami, o charakterystycznym trape-zoidalnym kształcie.
Na zboczach miasta rozciągają się szerokie tarasy zwane w języku keczua pafa. Budowano je lekko pochylone do wewnątrz, w obramowaniu wysokich murów z kamieni, na których na pokładzie żwiru znajdowała się warstwa urodzajnej ziemi. Służyły one do uprawy roli, a w szczególności boskiej rośliny Inków - koki, szeroko rozpowszechnionej używki, nieodzownej w większości obrzędów religijno-społecznych.
Precyzyjny system wykutych w skale kanałów irygacyjnych doprowadzał wodę z pobliskich źródeł i zapewniał odpowiednie nawadnianie pól. Mimo całodziennego zwiedzania doskonale zachowanych ruin Machu Picchu czułam ciągle niedosyt. W tym niesamowitym miejscu zakończyłam peruwiańską przygodę, mając nadzieję, że jeszcze tutaj kiedyś wrócę.
Twierdza Sacsayhuaman
KATARZYNA MASIN
ŹRÓDŁO: ANGORA - PERYSKOP nr 20 (20.V.2007)
Zdjecia: Judy Turner, Ghislaine et Real Bouleb, Thiessen, Wanoo