Początek:

 

  • Z twych oczu miłość jak słońca promienie przenika we mnie, nasyca, wypełnia i teraz już wiem, że twoja miłość jest we mnie.
Krym - raj odnaleziony? (Ukraina) Drukuj Email
Poznaj i zrozum świat - Na własne oczy
Wpisał Tadeusz Iwański   
Środa, 27. Sierpień 2008 21:22

 

 

Krym kojarzy się z Mickiewiczowskim "Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu...", na wpół dzikimi Tatarami, pustoszącymi kresy Rzeczypospolitej w XVI i XVII wieku, bądź wreszcie z niefortunnym dla nas, a dokonanym w Jałcie podziałem Europy w 1945 roku. W zasadzie są to nieprzyjemne konotacje, w końcu nasz wieszcz też nie przebywał tam dla przyjemności, lecz teraz, po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości w 1991 roku, Krym ma szansę stać się miejscem, które będzie w nas wywoływać wręcz przeciwne - bo pozytywne - wspomnienia i skojarzenia.

Polacy coraz częściej odkrywają turystyczne uroki Ukrainy. A półwysep Krym już w połowie XIX wieku był miejscem, gdzie chętnie wyjeżdżali do wód mieszkańcy carskiej Rosji. Do dziś możemy zwiedzać ich pełne przepychu rezydencje, jak np. będący symbolem panowania carów na półwyspie pałac cesarzowej Katarzyny II, która w 1783 roku zlikwidowała Chanat Krymski i przyłączyła Krym do Rosji, czy zbudowany w stylu zarówno angielskim, jak i mauretańskim
pałac hrabiego Woroncowa.

Krym przyciąga walorami geograficznymi i meteorologicznymi. Aby nie wdawać się w szczegóły, warto nadmienić, że jest tam upalnie, pada raczej rzadko i niedokuczliwie, woda nie jest bardzo zasolona, a przy tym ciepła (ponad 20°C) i... pachnąca. Uderza bogactwo ukształtowania terenu. Na północy półwyspu rozciąga się step, upalny i suchy, kuszący spękaną ziemią i leniwie przewalającymi się zeschłymi na wiór burzanami. W części południowo-środkowej, bardziej na zachód, rozciągają się malownicze Góry Krymskie, wznoszące się na ponad 1400 m n.p.m. Wysokość sama w sobie nie jest może zawrotna, lecz trzeba pamiętać, że zaczynamy wędrówkę prawie od poziomu zero. Najbardziej na południu czeka na nas porwana
linia brzegowa, z wieloma wysokimi urwiskami, tajemniczymi i wciąż jeszcze dziewiczymi zatoczkami oraz mnóstwo miast, miasteczek i małych, turystycznych wiosek.

Warunki naturalne nie są jedynymi atutami Krymu. Już od samego początku, gdy tylko po raz pierwszy spojrzymy
na mapę Krymu i przeczytamy nazwy miast, będziemy mieli na to najlepszy dowód. Takie nazwy jak Eupatoria, Teodozja czy Simeiz odnoszą nas wprost do epoki helleńskiej, gdy Grecy zakładali u wybrzeży Krymu pierwsze kolonie. Następnie, qdy wzniesiemy oczy, przeczytamy - Dżankoj i Bachczysaraj. Nazwy te, na wskroś tureckie, przenoszą nas w czasy, gdy Złota Orda Dżingis-chana rozpadła się na trzy chanaty, w tym ten najdłużej się Rosji opierający - Chanat Krymski, którego stolicą był Bachczysaraj. Nazwy tureckie zachowały się jako nazwy górskich szczytów i przełęczy (Mickiewicz i Ajudah!). Niedaleko Bachczysaraju leży potężne skalne miasto - Czufut Kale. Od VI do XIX wieku zamieszkiwali je Karaimi, starożytne plemię semickie, wywodzące się od Anana ben Davida z Basry (V w. n.e.), który odrzucił promowany przez Żydów Talmud i pozostał przy Biblii jako księdze wiary. W XIX wieku Katarzyna II wygnała Karaimów z Czufut Kale i przesiedliła ich do Eupatorii. Najwięcej jednak nazw pozbawionych jest zarówno starożytnego blasku, jak i orientalnej nostalgii i brzmią one równie swojsko, co bezbarwnie: Komsomolskie, Partyzańskie czy Sowieckie.

Jak dostać się na Krym? Najprościej i najszybciej samolotem, przez Lwów lub Kijów, do Symferopola. Jak wszędzie na świecie, jest to najdroższy i kompletnie pozbawiony emocji środek transportu, więc polecam pociąg ze Lwowa (choć jest też bezpośredni pociąg z Warszawy do Symferopola, kursujący raz w tygodniu). Odjeżdża późnym wieczorem albo wcześnie rano (zależy czy wybieramy się w dni parzyste czy nieparzyste) i jedzie około 35 godzin. Bilety kosztują od 70 do 170 hrywien (1 plz = 1,2 hrywien), w zależności od komfortu. Najtańszy bilet to tzw. zahalnyj, czyli otwarty wagon, bez podziału na przedziały, droższy to tzw. kupejnyj - analogiczny do naszych przedziałów kuszetkowych, i najdroższy "eswe" - jak nasz sypialny. Pociąg przejeżdża przez przepiękne okolice, a co dwie godziny zatrzymuje się na mniej więcej 20 minut i wtedy na perony przychodzą miejscowe babcie, oferujące genialne w swej prostocie przysmaki: ciepłe pierożki, świeżutkie raki, suszone ryby, owoce itd. Koleją dojeżdżamy do stolicy Autonomicznej Republiki Krym - Symferopola, miasta położonego w głębi lądu, skąd w ciągu dwu godzin możemy dostać się do upatrzonego kurortu. Innym sposobem dostania się na Krym jest pociąg z Warszawy do Odessy, a stamtąd prom do Sewastopola lub Eupatorii. Jest to jednak podróż kosztowna i długa, ponieważ prom "Krymskaja Strieła", wbrew szumnej nazwie, płynie do celu cały dzień. Nie należy promów jednak zupełnie odrzucać, ponieważ dostarczają krajobrazowej uczty.

Najlepszym sposobem podróżowania po półwyspie są tzw. marszrutki czyli busiki, podobne do tych zakopiańskich, które dowożą chętnych do wszystkich miasteczek i uzdrowisk, a ich ceny wahają się do 5 do 15 hrywien. Warto też pamiętać o trolejbusach i najdłuższej w Europie tego typu linii, która łączy dwa miasta. Trolejbus nr 51 kursuje z Symferopola do Ałuszty, a podróż trwa 1,5 godziny i kosztuje 3 nrywny, natomiast trolejbus nr 52 w 2,5 godziny pokonuje trasę z Symferopola do Jałty (5 hrywien).

Co na Krymie warto zobaczyć?
Symferopol nie jest wielką atrakcją turystyczną, ale skoro już się tam jest, warto zobaczyć meczet Kebir-Dżami (z 1508 roku) oraz wspomniany pałac Woroncowa z 1826 roku i przylegający doń park Sałgirka z wieloma egzotycznymi gatunkami roślin i drzew. W stolicy warto wsiąść w któryś ze wspomnianych trolejbusów, lecz wcześniej, aby po raz pierwszy odetchnąć morską bryzą, polecam Eupatorię, miasto na zachodnim wybrzeżu. Zwiedzanie należałoby zacząć od meczetu chańskiego z 1552 roku, wzorowanego na słynnej stambulskiej Hagii Sofii, a następnie udać się ulicą Krasnoarmiejską do XVI-wiecznych łaźni tureckich. Stamtąd już tylko krok do dzielnicy karaimskiej, gdzie mieszkają Karaimi i gdzie można obejrzeć przykłady ich tradycyjnej architektury świeckiej i sakralnej w postaci XIX-wiecznej kenesy - karaimskiego domu modlitwy. Przed dalszą podróżą na południe Krymu proponuję przespać się w jednym z hoteli w Eupatorii. Zarówno w Apogieju, jak i Turisruczeskoj czy Jużnoj standard jest podobny, czyli średni, a ceny wahają się od 40 do 100 hrywien, w zależności od liczby osób w pokoju.

Następnego dnia jedyną drogą na południe jest powrót do Symferopola, a stamtąd trolejbusem, marszrutką lub pociągiem do Sewastopola lub Ałuszty. W połowie drogi do Sewastopola leżą wspomniane już
Bachczysaraj i Czufut Kale, które są żelaznymi pozycjami na turystycznej mapie Krymu. Prócz skalnego miasta już sama była stolica państwa chanów jest niezmiernie ciekawa. Warto tam przede wszystkim odwiedzić pałac chanów z 1736 roku, gdy został odbudowany po podpaleniu przez rosyjskich żołnierzy. Na lewo od wejścia wznosi się Wielki Meczet Chański, a za nim - cmentarz chanów - miejsce pochówku wszystkich szesnastu władców Krymu z dynastii Girejów. Zza Wielkiego Meczetu wznoszą się pyszne kopuły Łaźni Żółtej Piękności z 1532 roku, czynnej jeszcze do 1924 roku. W Bachczysaraju można również natrafić na czysto polskie ślady, gdyż znajduje się tam dom, w którym mieszkał Adam Mickiewicz. Do niedawna była to niczym niewyróżniająca się rudera, lecz w zeszłym roku Instytut Polski w Kijowie obiecał sfinansować jego renowację i odsłonić tablicę upamiętniającą polskiego wieszcza.

Dotarłszy z Bachczysaraju do Sewastopola - olbrzymiego portu, mieszczącego siedziby dowództwa ukraińskiej i rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, rozejrzyjmy się za noclegiem. Można oczywiście spać w hotelach, gdzie ceny są iście zachodnioeuropejskie, lecz standardy - w najlepszym razie środkowoeuropejskie. Dlatego tu oraz w każdym innym mieście, kurorcie czy nadmorskiej wiosce należy poszukać kwater prywatnych, gdzie za 3 do 5 dol. można wyspać się w czystej pościeli, rano wziąć prysznic, a wieczór spędzić w altanie, gaworząc z gospodarzami. W miarę możliwości polecam wybierać gospodarzy Tatarów, ponieważ na ogół są bardziej otwarci i gościnni od Rosjan oraz podają tak aromatyczną i kruchą jagnięcinę, że nawet wegetarianie łamią swoje zasady. Rynek kwater prywatnych jest bardzo rozpowszechniony i nie trzeba ich specjalnie szukać, często to sami gospodarze (z tabliczką "Kwartira znimajetsja") podchodzą do turystów, zapraszając w podwoje, i chętnie prowadzą do swych domostw, aby pokazać pokoje. W miejscu Sewastopola już w V w. p.n.e. istniała grecka kolonia pod nazwą Chersonez Taurydzki, której ruiny zostały odkopane i od razu wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Obecnie mieści się tam muzeum pod gołym niebem, pozwalające na zwiedzenie 62 obiektów z tamtego okresu. Chersonez Taurydzki jest również istotny ze względów religijnych, zwłaszcza dla prawosławnych chrześcijan. Jest to jedyne miejsce na Ukrainie, gdzie przebywali święci Cyryl i Metody i gdzie książę kijowski Włodzimierz przyjął chrzest w 998 roku.

Z Sewastopola na wschód prowadzi malownicza trasa wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego. Po drodze mijamy kurorty takie jak
Foros, Simeiz, Ałupka (skąd prowadzi kolejka linowa na szczyt Aj-Petri) czy Koreiz, aż dojeżdżamy do Jałty, gdzie drogie restauracje, "nowi Ruscy", wyszukana architektura i ostatki imperialnego blasku składają się na najbardziej snobistyczny kurort Krymu. Główną arterią miasta jest klasycystyczna Nabierieżnaja Lenina, gdzie wszystkie partery kamienic zajęte są przez restauracje. Osobiście polecam Edem, kuszący baraniną na słodko i jesiotrem zapiekanym z orzechami! (to drugie za jedyne 22 hrywny). Na Nabierieżnoj Lenina znajduje się dolna stacja wyciągu (czynnego do 19.00) na wzgórze Darsan, gdzie mieści się wyśmienity punkt widokowy na tzw. Wielką Jałtę (Jałta plus okoliczne kurorty: Masandra, Liwadia, Oreanda i inne) oraz restauracja. Z zabytków architektury koniecznie trzeba zobaczyć cerkiew ormiańską Surb Ripsime, pałac emira Buchary oraz przepięknie położony dom Antoniego Czechowa. Warto również wybrać się na położony w centrum miasta bazar spożywczy, gdzie wśród feerii barw, smaków i zapachów ziół, owoców, wędzonych ryb i peklowanych z czosnkiem bakłażanów można spocząć w obleganym przez autochtonów prostym tatarskim barku i spróbować wyśmienitego pilawu z baraniną. W ramach Wielkiej Jałty na szczególną uwagę zasługują miasteczka Massandra i Liwadia. W pierwszym warto zwiedzić pałac cara Aleksandra III oraz winnicę, gdzie produkowane są ciężkie i słodkie trunki, w smaku i zapachu przypominające węgierskie tokaje. W Liwadii natomiast znajduje się chyba najbardziej reprezentacyjna dla całego Krymu budowla, słynny neogotycki zamek na skale zwanej Jaskółcze Gniazdo - fanaberia i architektoniczny kaprys bakijskiego barona naftowego B. Sznejgla.

O godzinę drogi trolejbusem z Jałty znajduje się drugi co do wielkości kompleks turystyczny -
Ałuszta, gdzie poza licznymi restauracjami i plażami warto zwiedzić pozostałości genueńskiej twierdzy Ałuston z kamienną basztą Aszaga Kule oraz cerkiew Wszystkich Krymskich Świętych, której koncepcja architektoniczna zdradza fascynację neogotykiem. Ostatnim z dużych kurortów jest Sudak, którego główną atrakcją turystyczną jest Twierdza Genueńska - najlepiej na świecie, poza samą Genuą, zachowany zabytek z czasów największego rozkwitu wczesnośredniowiecznej Republiki Genueńskiej. Będąc w Sudaku, warto wybrać się do położonej niedaleko, tylko jeszcze bardziej na wschód, wioski Nowyj Swiet, gdzie produkowane są tak bliskie sercu każdego Polaka wina musujące - Sowieckoje Igristoje.

Powyższe linijki to tylko skromny wypis z największych atrakcji turystycznych Krymu. Poza tym znajduje się tam bardzo wiele zacisznych wiosek czy nawet przysiółków, gdzie można zażywać błogiego lenistwa i orzeźwiających kąpieli z dala od krzykliwych turystów i nocnego życia wielkich kurortów. Negatywną stroną Krymu jest to, że większość plaż jest kamienista (piaszczyste zaczynają się dopiero na wschodzie, w okolicach Teodozji) i - szczególnie w kurortach - płatna około 2 hrywien. Jest też dość dużo straszących pustkami, od lat niewykorzystywanych hoteli oraz skorpiony (choć nie w zastraszających ilościach). W zasadzie tylko te drobne niewygody sprawiają, że pamiętamy, iż jest to jednak miejsce na ziemi.


ANGORA-PERYSKOP nr 36 (05.09.2004)