Pietro Bragia, 38-letni Włoch spod Wenecji, przyjechał do Tajlandii trzy lata temu jako zwykły turysta. Ani mu było w głowie, że osiądzie tu na stałe. Dziś jest menedżerem restauracji „Nirvana Beach" w Lamai, na maleńkiej, choć sławnej, wysepce Samui, położonej przy zachodnim brzegu Zatoki Tajskiej. On i jego śliczna narzeczona Cherry są też właścicielami ladies baru. Pietro kupił ten bar wraz z dziesięcioma prostutytkami za 7 tys. euro. 23-etnia Cherry pełni tu rolę „mamy".
Oba biznesy przynoszą dochód na tyle wysoki, że stać ich na pomoc ubogiej rodzinie Cherry, pochodzącej z Issan, północno-wschodniego i zarazem najbiedniejszego regionu Tajlandii i spłacanie długu matce Pietra, która pożyczyła mu pieniądze na kupno baru. Przewrót w jego życiu nastąpił, gdy upadła filia Diesla, w której był wiiceprezesem, Mówi, że w Tajlandii odnalazł sens życia. I wcale nie przeszkadza mu, że jest właścicielem domu publicznego. Biznes, jak każdy inny. Żal mu tylko tych dziewczyn, które przybvwają do miejsc turystycznych z całej Tajlandii i zostają prostytutkami, by ze swej pracy utrzymywać liczne, ubogie rodziny. - Wierz mi - zapewnia mnie - że 98 procent z nich nienawidzi tego, co robi...
Szatańskie rozkosze
Nocą Samui zamienia się w wyspę pokus. W Chaweng, głównej miejscowości, w największej dyskotece „Green Mango" biali mężczyźni „wyłuskują" co ładniejsze Tajki. We wszystkich uliczkach wiodących do „Green Mango" ladies bary czynne są do rana. Uśmiechnięte dziewczyny wyciągają ręce nawet do mnie, przymilając się z wdziękiem. A nuż i ja gustuję w małych, zgrabnych kobietkach? Poza tym do tego typu baru może przyjść każdy, zamówić trunek i pożartować z dziewczętami. W porównaniu z natłokiem turystów przed dwoma laty, w tym roku więcej jest obsługujących niż klientów.
Tymczasem w Chaweng, na głównej plaży, wkrótce nastąpi otwarcie największej na tajskich wyspach dyskoteki plażowej „Big Bamboo" - pomysł zamożnego Izraelczyka. Po tsunami ruch turystyczny z największej wyspy Phuket przeniósł się właśnie na Ko Samui (ko - po tajsku „wyspa").
Któregoś wieczoru w Lamai przyłączyłam się do grupy rozhukanych i hałaśliwych Bawarczyków. W „Happy Bar", jednym z kilkunastu zadaszonych okrąglaków, dziewczęta powitały nas niczym starych znajomych. 45-letni Robert siada obok i to od niego dowiaduję się o intymnych szczegółach z życia jego kolegów. O tym, że ten siedzący naprzeciw „zaliczył" wszystkie dziewczęta z baru łącznie z „mamą", inny zawsze wybiera śliczniutką Roy, właśnie siedzącą mu na kolanach. „Chłopcy" z Bawarii czują się tu jak u siebie w domu. Obejmują, całują i obściskują dziewczyny, a te odwzajemniają się tym samym. „Mama", starszawa Tajka, wita nas łaskawie, w ruch idzie kilka kolejek tequili i sporo butelek piwa. Ceny za seks z dziewczyną z baru kształtują się różnie. Jedno jest pewne: trzeba umieć targować się z „mamą". Stawia się jej i dziewczynie drinka, zostawiając jakieś 300-400 BHT (1 dol. = 36 BUT) dla baru, resztę płaci się dziewczynie, która potem rozlicza się z barem. Cena za godzinę z nią kształtuje się, zależnie od miejsca (w Bangkoku i Pattayi najdrożej), od 500 do 1000 BHT. Cała noc może kosztować nawet 5000 BHT.
Po północy widzę zabawną scenkę: dwie drobniutkie girlsy odjeżdżają maleńkim skuterem z potężnym Bawarczykiem upchniętym w środku. Ponieważ w Tajlandii prostytucja jest prawnie zabroniona, klienci zabierają dziewczyny z odkrytych barów do swych miejsc zamieszkania.
Seks na Samui i tak jest mniej nachalny i wulgarny niż w Pattayi czy Bangkoku, gdzie przed jednym z klubów go-go, w słynnej dzielnicy Patpong, widziałam tablice z napisami w dwóch językach: „Cigarette's smoking pussy" i „Żenszczina kurit cigare-ty organami". Seksbiznes zapoczątkowali w Tajlandii amerykańscy żołnierze w czasie wojny wietnamskiej, podczas przepustek tłumnie ściągający do Pattayi na pełne uroku tajskie dziewczęta.
Odwiedziłam „Happy Bar" sama. Dziewczyny powitały mnie z radością. Dostałam opiekunkę o przezwisku Jin, przebraną za kowbojkę. Dla mojej bodyguard zamówiłam tequilę. Rozdałam dziewczętom polskie upominki i otrzymałam swoje 5 minut: pozują mi do zdjęć w różnych pozach. Zastanawiam się, skąd w Tajkach różnych profesji tyle życzliwości i taktu, nawet u prostytutek. Jeśli coś robią, to z wdziękiem i nieodłącznym, słynnym tajskim uśmiechem. Jakież było moje zdumienie, gdy któregoś wieczoru ujrzałam Jin w najdroższym w Lamai Pavilion Samui Resort, siedzącą prz stoliku, w eleganckiej kreacji z przystojnym białym mężczyzną koło czterdziestki. Zawołała mnie po imieniu, serdecznie pozdrawiając...
Ladies-boys
Piękne dziewczęta, w bajecznych strojach, tiulach i falbanach, z ogromnymi skrzydłami upiętymi na plecach, to właśnie słynne w Tajlandii ladies-boys. Występują w specjalnych klubach i przed wieczorną rewią rozdają ulotki na ulicachi i zachęcają przechodniów do przyjścia. Ktoś niezorientowany może doznać szoku, gdy dziewczyna o anielsko pięknej twarzy i kobiecych kształtach przemówi doń męskim głosem. To właśnie są tajscy transseksualiści (nie mylić z transwestytami!). Transseksualista to mężczyzna czujący się kobietą, często decydujący się na operację zmiany płci, zaś transwestyta jest mężczyzną czującym silną potrzebę noszenia ciuszków i demonstrowania zachowań kobiety. Gdy pojawiają się na scenie, na początku wykonując kilka przepięknych tajskich tańców w rytm ludowych pieśni, trudno uwierzyć, że to nie są dziewczyny. Dalsza część występów polega właśnie na trickach udowadniających, że ta sama osoba może być zarówno mężczyzną, jak i kobietą.
Wszystkie z nich wprowadziły do swego repertuaru, obok rewiowych występów, także wulgarne w wymowie skecze. Nie spodobał mi się nowo wprowadzony trick, wykonywany przez bardzo „puszystego" lady-boya: wulgarny makijaż, plastikowy biust i ogromny, szmaciany członek pod zwiewną spódniczką, pokazywany w trakcie wędrówki między stolikami. A do tego jeszcze ten (ta?) lady-boy bez ceregieli dotykał intymnych miejsc siedzących w sali panów, wykrzykując: „Oh, mój jest większy!".
Trudno powiedzieć, w jakim stopniu szczęśliwe są te dziwne istoty. Nawet jeśli postawi im się drinka i próbuje wyciągnąć „na spytki", co uczyniłam przed dwoma laty, w zamian otrzymuje się wymijające odpowiedzi i pełen szczęścia tajski uśmiech, maskujący wszystko. Niemniej prawda jest taka, że niektóre ladies-boys, jeśli bardzo źle się czują w swym własnym ciele, mogą się poddać różnego rodzaju operacjom, które przeprowadza kilka klinik w Bangkoku.
Farang zawsze oblegany...
Za seks uprawiany w miejscu publicznym grożą w Tajlandii wysokie grzywny. Tymczasem erotyczną atmosferę czuje się wszędzie, o każdej porze dnia i nocy w miejscach, w których są biali, zwani przez Tajów farangami. Milczące przyzwolenie władz na taką sytuację wynika z dochodów, jakie wnoszą zjeżdżający tu, głównie z zimnych krajów Europy, mężczyźni. Długodystansowcy, czyli przebywający tu od pięciu do ośmiu miesięcy, przede wszystkim emeryci, mają tu czasami stałe przyjaciółki, do których przyjeżdżają co roku. Nawet niezbyt wysoka, jak na Europę Zachodnią, emerytura - 1000-1200 euro sprawia, że otrzymujący ją mężczyźni czują się tu jak bogacze. Stąd szokujące często widoki: starszy (bywa, że po siedemdziesiątce), nierzadko potężnie zbudowany, a do tego z brzuszkiem mężczyzna i malutka, uśmiechnięta i apetyczna, o pięknym kolorycie skóry, Tajka z włosami do pasa. Patrząc na takie pary, wędrujące po plaży i czulące się do siebie, odnosi się wrażenie, że to dziadek z wnuczką zażywają spaceru...
Oficjalnie seks w Tajlandii dozwolony jest od lat 15, więc jeśli farang wykaże odrobinę rozsądku, gdy jego wybranka wygląda na dziewczynkę, poprosi ją o tzw. ID card, odpowiednik dowodu osobistego, bądź choćby o prawo jazdy na skuter. Jeszcze więcej rozsądku wykaże farang, gdy odpowiednio się zabezpieczy, bo AIDS w Tajlandii jest bardzo rozpowszechniony.
Każda okazja do poznania faranga jest dobra. Ot, wystarczy położyć się na brzegu morza w seksownej pozie. Część dziewcząt i młodych kobiet ściąga do miejsc turystycznych w jednym, określonym celu, inne, pracujące np. w agencjach turystycznych, kafejkach internetowych, jako kelnerki, sprzedawczynie czy masażystki, traktują bycie z farangiem jako dodatkowy zarobek. Ten jednak musi się liczyć z tym, że jego dziewczyna poświęca mu tylko noce, bowiem w Tajlandii pracuje się „na okrągło", niemal bez dni wolnych i to 10 do 12 godzin dziennie. Szwed Bjórn opowiadał mi, że jego przyjaciółka, zatrudniona w sklepie od godz. 11 do 23, otrzymuje miesięcznie zaledwie 7 tys. BHT, śpiąc, jak to często bywa, z napływowymi pracownikami, na zapleczu. Niektórym mężczyznom jest to na rękę, bo dzień mają tylko dla siebie. Zapraszają swe przyjaciółki na smaczną kolację, płacąc im dodatkowo ustaloną wcześniej przez oboje kwotę, czasami kupują jakiś ciuszek bądź coś z biżuterii.
Mój sąsiad z bungalowu obok, w tanim (500 BHT za dzień bez klimatyzacji), lecz usytuowanym w przepięknym ogrodzie resorcie, dostarczał mi dodatkowych, mało sympatycznych emocji. Starszy, pożółkły i wyniszczony Niemiec niemal co noc sprowadzał inną Tajkę. Podobno to dziewczęta go porzucały, gdyż nie płacił im zbyt wiele. Jedna z jego przyjaciółek po czterdziestce, zaproponowała mu za wyższą sumę swą 17-letnią córkę, lecz transakcja na doszła do skutku...
Lamai na Ko Samui to specyficzna miejscowość plażowa pośród tajskich wysepek. Czasami od widoku szczęśliwych parek: old boy - Tajka dostawałam zawrotu głowy, gdyż to oni przede wszystkim byli „mieszkańcami" tej miejscowości. No bo taniej tu niż gdzie indziej.
Skarb w domu
Tobias, 34-letni Szwed, przebywający na wyspach od 3 lat, uświadomił mi istotę rzeczy. Twierdził, że zaledwie 2% Tajek i Tajów (są też geje) jawnie prostytuuje się, tyle że w miejscach turystycznych widzi się to zjawisko wszędzie wokół siebie. Generalnie Tajowie nie lubią pocałunków i dotyku, lecz Tajki dobrze wiedzą, że właśnie tego spragnieni są ich biali mężczyźni. Choć prostytuowanie się kłóci się z tajską odmianą buddyzmu, popiera je cała tutejsza społeczność. Większość dziewcząt uprawiających nierząd z turystami pochodzi właśnie z nieurodzajnych równin Issanu, stanowiących jedną trzecią kraju. A do tego w Tajlandii nie istnieje system emerytalny. Prywatne polisy są dla tych, którzy są je w stanie opłacić, toteż ładna dziewczyna jest prawdziwym skarbem w domu. Prostytucją zarobi nie tylko na utrzymanie całej rodziny, nierzadko dzieci nieślubnych bądź będąc po rozwodzie, ale także na wykształcenie braci. Więzi rodzinne w Tajlandii są bardzo silne, stąd akceptacja przez rodzinę takiej właśnie pracy. Jeśli biały mężczyzna pozostaje w dłuższym związku z Tajką, bądź się z nią ożeni, ma niepisany obowiązek zadbania także o jej rodzinę. A ślub z farangiem to prawdziwy awans społeczny dla tajskiej kobiety i jej bliskich.
Jeszcze do ubiegłego roku turystyka przynosiła Tajlandii około 16 mld dol. rocznie. W roku 2008 odwiedziło ten kraj 12 mln turystów. Szacuje Się, że w tym roku będzie ich o połowę mniej. Z pewnością wpływa na tę sytuację obecny światowy kryzys, ale też i niepokoje społeczne w Tajlandii, związane z demonstracjami różnych grup społecznych przeciwko kolejno rządzącym premierom. W listopadzie minionego roku sparaliżowały one na kilka dni międzynarodowe lotnisko w Bangkoku. Wydaje się, że bardziej serio traktują takie sytuacje turyści niż sami Tajowie.
Takie właśnie są tajskie kobiety i właśnie za ich wdzięk, pogodę ducha i wciąż towarzyszący uśmiech uwielbia je duża część białych mężczyzn. Śmiem twierdzić, że - gdyby nie one - kondycja tajskiej turystyki miałaby się znacznie gorzej.
MAŁGORZATA LARECKA
Angora-Peryskop nr 27 (5 lipca 2009)
Inne teksty Malgorzaty Lareckiej na stronce: