Takiego skojarzenia doznałam, gdy przed 18 laty po raz pierwszy ujrzałam Holandię z samolotu. Strugi lipcowego deszczu potęgowały to wrażenie i... lęk. Mieliśmy tu bowiem spędzić cztery lata, pracując w polskiej ambasadzie w Hadze.

Woda pojawia się w holenderskim krajobrazie pod różnymi postaciami - niezliczonej liczby romantycznych kanałów, rzek, wysokich fal u wybrzeży Wysp Fryzyjskich i wielkich jezior, najczęściej sztucznie utworzonych przez budowę niezwykle kosztownych tam i grobli komunikacyjnych, tzw. dijków. Słowem, woda w Holandii jest w zasięgu ręki...
Morze - wróg i przyjaciel
mieszkańców Niderlandów, czyli Niskiego Kraju, dokonywało tu często ogromnych zniszczeń. Wezwaniem do pełnej mobilizacji sił do walki z wodą stała się straszliwa powódź w lutym 1953 roku, kiedy zostały przerwane tamy w deltach Renu i Skaldy, a morze zatopiło prawie 5 procent terytorium kraju! Od tej pory Holendrzy stali się najlepszymi specjalistami w świecie w dziedzinie walki z wodą. Zaczęto w szybkim tempie budować kompleks gigantycznych zapór i śluz, nazwany programem Delta. Zmagania z żywiołem towarzyszyły mieszkańcom kraju od zawsze. Dość powiedzieć, że w miejscu, gdzie obecnie jest płyta amsterdamskiego lotniska Schiphol, leżącego 4 m poniżej poziomu morza, 100 lat temu było jezioro. Gdy huragan Katrina zniszczył Nowy Orlean, wezwano na pomoc holenderskich specjalistów, którzy pracują tam do dziś.
Późną wiosną tego roku przez kilka tygodni gościłam u holenderskiej rodziny. Moim przewodnikiem był Kees, emerytowany profesor fizyki z Uniwersytetu w Utrechcie, człowiek o ogromnej wiedzy. 30 lat przemierzał rowerem odległość 10 km z domu w Odijk do pracy i z powrotem. Jak każdemu Holendrowi, nie przeszkadzały mu w tym ani deszcze, ani częste tu porywiste wiatry. W Utrechcie, założonym już na początku naszej ery, spędziliśmy kilka popołudni i wieczorów, siadając nad Oude-gracht (Stary Kanał). Trudno się tu nudzić: co chwilę kanałem przepływały łodzie pełne młodych, rozśpiewanych ludzi, świętujących przeróżne okazje.
Którejś soboty wybraliśmy się samochodem na północ od Utrechtu, w kierunku słynnych słodkowodnych sztucznych jezior: Markermeer i Ijsselmeer (meer- to po holendersku jezioro). Jednym z dijków (budowa 1 km jest kosztowniejsza od takiego odcinka autostrady!) dojechaliśmy do Lelystad, miasteczka wzniesionego na polderze wydartym morzu na początku lat 50. W tym jedynym w Holandii miejscu pozbawionym tradycji i historii, zbudowanym z myślą o mieszkańcach przeludnionej zachodniej części kraju, ujrzałam architekturę iście w westernowym stylu - sklepiki (outlety), nastrojowe puby i restauracje. Zacumowano tu imponującą replikę statku „Batawia", słynnego z wypraw holenderskich żeglarzy i odkrywców, gdy zdobywali oni zamorskie kolonie. Kolejnym, 30-kilometrowym dijkiem, mając po obu stronach wody dwóch wspomnianych jezior, udaliśmy się do pięknego Enkhuizen. Ongiś był to jeden z najważniejszych portów kraju; stąd wypływały statki handlowe i rybackie. Z tamtych czasów pozostały wspaniałe budowle, m.in. wieża Drommedaris z 1540 roku, z której roztacza się niezapomniany widok na port, jeziora i bardzo płaski krajobraz prowincji Fryzja.
W tutejszych restauracjach skosztować można przepysznie przyrządzonych ryb i owoców morza, pochodzących z obu jezior i Morza Północnego. Za dwa dania - ryby w sosie cytrynowym i pieprzowym wraz z sałatkami i piwem zapłaciliśmy 45 euro. Ku rozerwaniu gości występowali Szkoci w ludowych strojach. Holandia słynie z tego, iż w każdy weekend wszędzie odbywają się przeróżnego rodzaju imprezy. Zaś przez cały 2007 rok wszędzie będzie rozbrzmiewać muzyka, bowiem w Holandii został on obwołany rokiem muzyki i tańca.
Amsterdamskie kanały
Opasują miasto niczym splątana serpentyna. Do odległej od Odijk o 40 km Wenecji Północy dotarliśmy w osobliwy sposób, bowiem wiadomo, że zaparkowanie samochodu w tym mieście w pogodny weekend graniczy z cudem. Rowerami dojechaliśmy do położonej 2 km od Odijk stacji kolejowej Driebergen. Pozostawiwszy je w przechowalni (opłata 4 euro), wsiedliśmy do pociągu zatrzymującego się w Utrechcie, by po chwili przesiąść się na inny, jadący do Amsterdamu. Wzdłuż peronu dostrzegłam wąską, chropowatą ścieżkę. - To dla niewidomych - wyjaśnił mi Kees. - Tak jest na każdym dworcu.
Przy placu Dam wznosi się pałac królewski. Wróciłam myślą do mego pierwszego tu pobytu, kiedy to składaliśmy oficjalną wizytę królowej Beatrix i jej nieżyjącemu już mężowi w czasie dorocznego spotkania z korpusem dyplomatycznym. Z pałacem sąsiaduje kościół Nieuwe Kerk, w którym para królewska brała kiedyś ślub. Naprzeciw znajduje się budynek hotelu o swojskiej nazwie - Krasnopolsky. Założył go w pierwszej połowie XIX w. Adolf Wilhelm Krasnopolsky, który przywędrował tu z ówczesnych ziem polskich.
Zanim skierowaliśmy się do słynnej dzielnicy Czerwonych Latarni, zatrzymaliśmy się w sąsiadującym z nią Óude Kerk (Stary Kościół). Dawno zamieniono go na galerię sztuki, jak większość kościołów w Holandii. - Zaledwie 10 proc. społeczeństwa w Holandii praktykuje - wyjaśnił mi Kees. - Za mego dzieciństwa, gdy w kraju panowała bieda, kościoły wyznawców obu religii, katolickiej i protestanckiej, były jeszcze pełne.
W Oude Kerk dowiedzieliśmy się (ku memu zdumieniu Kees spytał o to z pewnym zażenowaniem), gdzie znajduje się postawiony niedawno pomnik prostytutki, o czym przed wyjazdem wiedziałam z polskich mediów. Po chwili ujrzeliśmy ustawiony na wysokim postumencie odlew z brązu, przedstawiający kształtną kobiecą postać. BELLE. Respect sexworkers all over the world. („Piękna. Ku czci tych wszystkich na świecie, dla których seks jest pracą") - głosi napis. Inspiratorem pomnika jest PIĆ, czyli Centrum Informacji o Prostytucji. To jedyne miejsce na świecie, w którym uzyskuje się odpowiedź na każde pytanie dotyczące najstarszego zawodu świata. Wiedzę zdobytą w PIĆ można poszerzyć w znajdującym się w pobliżu Muzeum Seksu. Dobrze, że byłam w tych miejscach przed pięciu laty, gdyż Kees nie dał się namówić na wizytę w nim.
Tak więc skierowaliśmy się w uliczki, w których urzędują
panienki z okienka.
Jedna z nich, zgrabna, długowłosa blondynka, skąpo odziana w szafirowe stringi i tegoż koloru biustonosz, uchyliła okienko, uśmiechając się zachęcająco. - Czy mogę zrobić ci zdjęcie? - spytałam pewna, że jest to pytanie retoryczne.
W tym momencie okno, które okazało się drzwiami, otworzyło się, i dziewczyna zaprosiła mnie do środka. Znalazłam się w bardzo małym pomieszczeniu, z wąską leżanką, wysokim stołkiem i zasuniętymi, w chwili mego wejścia, firankami. Dziewczyna pochodząca ze Słowenii zawołała kogoś, a moim oczom ukazał się wygolony, muskularny, niemal ciemnoskóry mężczyzna, który wszedł tu z zaplecza. - Jeśli chcesz mieć jej zdjęcie, rozbierz się tak samo jak ona, a ja zrobię je wam obu. Inaczej nic z tego - rzekł ostrym tonem.
Podziękowałam grzecznie, starając się wycofać, ale mężczyzna wyciągnął rękę w kierunku mego aparatu, żądając filmu. Uratowała mnie dziewczyna, tłumacząc, że nie zrobiłam żadnej fotki. Mężczyzna otworzył drzwi, a ja odetchnęłam z ulgą. Mój skonsternowany towarzysz, dla odreagowania zaprosił mnie na lunch. Wybraliśmy restaurację hinduską, „Bollwood", sąsiadującą z wieloma innymi narodowościowymi lokalami.
Amsterdam to miasto przyprawiające o zawrót głowy. Międzynarodowa stolica gejów i lesbijek jest też światowym centrum kulturalnym o ogromnej liczbie muzeów, pełnych najcenniejszych zbiorów. W wielkim Rijksmuseum (Muzeum Narodowe) znajduje się m.in. najliczniejsza kolekcja holenderskiego malarstwa Złotego Wieku. Przy Rembrandt Plein usiedliśmy w ogródku „Cafe de Kroon", by wypić smaczną kawę i podziwiać stojące naprzeciw, na skwerze przy pomniku wielkiego mistrza, niedawno ustawione, naturalnej wielkości postacie z brązu z jego słynnej „Straży nocnej".
W Amsterdamie, najbardziej zielonej metropolii Europy, wydaje się, że
wszystko jest dozwolone.
Podobne wrażenie odnosi się i do reszty kraju. Całodobowo emitowany jest, w jednym z kanałów telewizji, program „hard porno", w Amsterdamie funkcjonują jedyne w Europie Muzeum Haszyszu i Marihuany i jedyny w świecie Klub Koneserów Konopi. W cafe shopach dopuszcza się sprzedaż tzw. miękkich narkotyków, np. w postaci ciasteczek. Oficjalnie można tam zapalić jointa z marihuany. Mało kto oburza się z powodu legalizacji adopcji dzieci przez gejów, a już chyba nikomu nie przeszkadzają odbywające się tu często od wielu lat gejowskie parady. Natomiast większość społeczeństwa jest kontrowersyjnie nastawiona do ostatniego pomysłu partii gejów, by w paradach mogli uczestniczyć także mali chłopcy... Eutanazję zalegalizowano już kilka lat temu, natomiast w praktyce wymagane procedury biurokratyczne okazały się na tyle skomplikowane, że jak dotąd nie wykonano zbyt wielu tych drastycznych zabiegów.

Uczestnicząc w życiu starszych wiekiem Holendrów, z tzw. midlle class (klasy średniej), pozazdrościłam im uporządkowanego, spokojnego i dostatniego życia. Wszystko jest tu dostępne dla przeciętnego obywatela. Tenis dwa razy w tygodniu (np. karnet roczny w Odijk kosztuje 140 euro), basen i sauna w zasięgu ręki, ogromna biblioteka w sąsiednim urokliwym Zeist, oferująca wszelkie nowości (za roczną kartę płaci się 30 euro). Podczas wielokilometrowych wycieczek rowerami po okolicznych wioskach, łąkach i parkach ze starym drzewostanem napotkani rowerzyści wesoło nas pozdrawiali, zaś w gospodarstwach agroturystycznych, gdzie zatrzymywaliśmy się na posiłek, nawiązywały się krótkie, aczkolwiek serdeczne znajomości. Tacy są Holendrzy na co dzień: pogodni, uśmiechnięci, niefrasobliwi. Ileż to razy usłyszałam: take it easy.
A od wczesnej wiosny do późnej jesieni Holandia zamienia się w jeden wielki ogród kwiatowy. Kilometrami ciągną się np. pola tulipanów, żonkili czy hiacyntów. Wyjeżdżając z tego kraju, z żalem pomyślałam, jak nam do tego stylu życia jeszcze daleko...
MAŁGORZATA LARECKA
PORADY PRAKTYCZNE:
DOJAZD: najwygodniej (i często najtaniej) samolotem na lotnisko Schi-phol-Amsterdam. Samoloty najtań-szych linii odlatują z Krakowa. Można też szukać niedrogich sezonowych ofert.
PODRÓŻOWANIE PO HOLANDII: pomimo wspaniałych autostrad i dobrego oznakowania łatwo tu zabłądzić, bowiem wciąż rozbudowywane drogi tworzą gęstą sieć, łączącą setki miejscowości o podobnie, dla cudzoziemca, brzmiących nazwach. 1 litr benzyny kosztuje 1 ,50 euro. Szczególną uwagę należy zwracać na rowerzystów, którzy w każdej sytuacji są uprzywilejowani (na 16 min mieszkańców Holandii przypada prawie 14 min rowerów). Jest tu mnóstwo rowerowych wypożyczalni - wymagany jest depozyt od 23 do 45 euro. Trasy rowerowe liczą 15 tys. km. Świetnie rozwinięta jest sieć kolejowa. Dworce w miastach mają bardzo czytelne oznakowania, podobne jak na lotniskach.
ZAKWATEROWANIE: godna polecenia jest sieć 30 hosteli pn. STAYOKAY, zlokalizowanych w pobliżu najciekawszych miejsc turystycznych. Ich standard jest bardzo dobry, a pokoje od dwu- do wieloosobowych. Dość tanie są też tzw. Tekkershutten - proste, drewniane domki dla 2-4 osób.
POSIŁKI: Holandia słynie z przytulnych kafejek, restauracji i pubów, w których panuje bardzo przyjazna atmosfera. Lekki i niedrogi lunch można zjeść weafcafes (małe restauracje). Wszędzie jest bardzo dużo lokali ze smaczną kuchnią orientalną. Niemal we wszystkich restauracjach podawane są owoce morza. Warto spróbować bardzo smacznego holenderskiego „zielonego śledzia", często jedzonego w całości na ulicy, wprost ze straganów. Popularne, świetne dla rodzin z dziećmi są restauracje zwane Pannekooken, serwujące na ciepło poffeiijes, małe ciasteczka z jabłkami. Najpopularniejszym napojem alkoholowym jest piwo. Inne alkohole są stosunkowo drogie.
AMSTERDAM: miasto o światowej sławie, które powinien zobaczyć każdy, kto zawita do Holandii. Najlepiej zwiedzać je na piechotę, bądź popłynąć zakrytym statkiem turystycznym po kanałach. W dzielnicy Czerwonych Latarni lepiej nie robić zdjęć. Nie jest to zabronione, lecz może się skończyć utratą sprzętu fotograficznego. „I amsterdam Card" - można ją nabyć w każdym centrum turystycznym i w hotelach i sporo zaoszczędzić. Karta zawiera zniżki do muzeów, m.in. bezpłatny rejs po kanałach i posiłki w wybranych restauracjach. Jej koszt, zależnie od okresu używania: 24 godz. - 33 euro, 48 godz. - 43 euro, 78 godz. - 53 euro.
INFORMACJA TURYSTYCZNA: warto skontaktować się z Niderlandzkim Biurem do spraw Turystyki i Kongresów PO. Box 64, 44-117 Gliwice 20, tel. (0-32) 279 22 99 lub wejść na jego stronę www.holandia.p W Holandii bardzo szeroko rozwinięta jest sieć informacji turystycznej oznaczonej VVV (ponad 350 biur).
Źródło: ANGORA-PERYSKOP nr 29 (22.VI1.2007)
Zdjecia: Troy; Bob N.