Malezja to kraj niezwykły, w większości górzysty, pokryty dżunglą, w której dominują wilgotne lasy. Wiele tu plantacji kauczukowców i palm oleistych, na wybrzeżu skrzą się złociste plaże. Nic więc dziwnego, że Malezja kusi turystów i ciekawych poznawania tego kawałka świata, który swoją tajemniczością zaskakuje przyjezdnych.

Jednym z takich miejsc jest Malakka, miasto leżące na południowo-wschodnim wybrzeżu Półwyspu Malajskiego, które ze względu na swoje strategiczne położenie na trasie do Indii i Chin stało się ważnym ośrodkiem handlowym. To najkrótsza droga do Singapuru i Sumatry.
Burzliwy rozwój Malakki, jej niezwykła historia, dramatyczne wydarzenia, zróżnicowana etnicznie, kulturowo, a także religijnie ludność mogłyby być z powodzeniem kanwą niejednego filmu. To tu także znajduje się
mekka światowego piractwa.
Od lat cieśnina Malakki była i jest obszarem penetracji rozbójników morskich, którzy w tym korytarzu wodnym, ocenianym jako najdłuższy na świecie (937 km długości), znaleźli wyśmienity teren do zbójnickich wypraw na obce statki.
Malakka jest prześladowana przez przeszłość, spływała krwią niejeden raz, wszędzie znajdują się ukryte groby, a na kości można się natknąć niemalże wszędzie. To miejsce, w którym spotkała się połowa ludzkich ras, walczyła ze sobą, kochała się, rozmnażała i wyrzynała wzajemnie. Rzadko można spotkać na świecie taką mozaikę religijną, tolerujących się wyznawców prawie wszystkich ważniejszych wyznań i wierzeń. Do tego dochodziły i nakładały się na siebie interesy handlowe i gospodarcze, które ściągały na tę ziemię Malajów, Hindusów, Arabów, Europejczyków, a przede wszystkim Chińczyków, l tak też pozostało do dzisiaj. Wszędzie dominują Chińczycy, którzy zostali sprowadzeni tu do pracy, by następnie przejąć pełną kontrolę nad miastem.
Malakkę założył młody książę malajski, który zatrzymał się tu podczas polowania. Nazwał ją od wielkiego drzewa melaka, które rosło nad ujściem rzeki. Chińczycy wylądowali tu w 1409 roku, prowadzeni przez walecznego eunucha, admirała Chen Ho, zagnieździli się na tym terenie ze względów militarnych i handlowych. Szybko dostrzegli korzyści, jakie wynikają z miejsca tego zamieszkania, gdzie gros czynności opierało się na obsłudze portu morskiego. Aby zyskać przywileje handlowe, ofiarowali miejscowym władzom pięćset dziewcząt w atrakcyjnym wieku, łącznie z córką cesarza. Jak widać, świetnie wyczuli koniunkturę i nie spotkali się z odmową. Wręcz przeciwnie, doceniono ich gest i pozwolono im tu zamieszkać.
W 1511 roku do Malakki przybyli Portugalczycy, lecz już jako zdobywcy. Nie mieli równie atrakcyjnej oferty, więc swoją obecność oparli na sile militarnej. Nie obeszło się bez rzeki krwi, tysięcy ofiar, rabunków, pożarów i gwałtów. Mimo że początek ich panowania nie był zbyt udany, to jednak Portugalczycy przetrwali w Malakce przez sto trzydzieści lat, zapewniając tym samym wyraźny rozkwit tego miasta. W ślad za nimi pojawili się misjonarze i inni nawiedzeni duchowni z Europy, a wśród nich Franciszek Ksawery, hiszpański jezuita, który dokonał tu pierwszych cudów, przywracając życie zmarłej kilka dni wcześniej dziewczynce. Jego przepowiednia o zwycięstwie Portugalczyków w morskiej bitwie stoczonej setki mil dalej przesądziła,że zyskał szacunek miejscowej ludności, a także władz Malakki. Zajmował się też przewidywaniem losów marynarzy. Okazywały się one niezwykle skuteczne. Jak to robił, jest zagadką do tej pory. On sam też już po śmierci stanowi jedną z charakterystycznych dla Wschodu tajemniczych historii, o których do tej pory mówi się w Malakce. Jego nierozkładające się ciało po kilku miesiącach zostało uznane za cud, a gdy jeden z marynarzy
odciął nożem kawałek uda
jako relikwię, z rany popłynęła krew jak z żywego człowieka. Na tym jednak nie koniec, ciało jezuity wykazywało się niespotykaną odpornością na rozkład, było pozbawiane wielu członków, które stawały się przedmiotem kultu. Wieści o tym dotarły do Watykanu, a gdy papież zażądał dowodu, to w 1614 roku grób otworzono, odcięto prawe ramię i wyeksportowano do Rzymu. Widać, że był to niepodważalny dowód na jego świętość, bo osiem lat później Franciszka ogłoszono świętym. Nie zapobiegło to jednak dalszym dewastacjom jego zwłok, dobierano się do nich, odcinając coraz to inne części, rozwożąc je po całym świecie. Doprowadziło to do tego,że - jak twierdzą znawcy losów ciała Franciszka - Malakka jest miejscem, gdzie nie ma żadnych jego szczątków, nawet kawałka kostki.

Obecnie Malakka to nie tylko miasto o dramatycznej i zaskakującej historii, ale też centrum ruchu turystycznego oraz miejsce obowiązkowego pobytu każdego turysty, który znalazł się na Półwyspie Malajskim, świetny przystanek do Singapuru.
Ulice Malakki są wąskie, ciasne, pełne sklepików z pamiątkami, kramów, restauracji i kawiarni. Każdy może znaleźć dla siebie coś interesującego. Jego mieszkańcy żyją w zbudowanych tarasowo dwupiętrowych domach, służących ciężko pracującym Chińczykom za mieszkania, warsztaty i sklepy. Pomiędzy domami stoją buddyjskie i taoistyczne świątynie.
Malakka ciągnie jak magnes, chce się wszędzie zajrzeć, wpaść na chwilę, usiąść i pooddychać tą atmosferą. Mam taką okazję, fundując sobie wieczorem spacer ze znajomymi. Idziemy wolno, rozglądając się wokoło, wszystko nas interesuje, zaglądamy do nielicznych o tej porze sklepów. Jest poniedziałek, dzień, w którym większość z nich jest od godziny 17 zamknięta, studzi to nasze zamiary zakupowe, ale to dobrze. Znacznie swobodniej jest się poruszać po tym mieście, nie ma jlcznego handlu, nie ciągną nas orzedawcy do siebie, garkuchnie Rie kuszą swoimi zapachami i smakami, przed którymi w innych miej-^scach nie mogliśmy się opanować.
Wieczór w Malakce jest ciepły, suchy, choć pora monsunowa, zawsze może przynieść niespodziankę, o czym też doskonale wiemy. W pewnym momencie dobiegają do nas jakieś śpiewy miarowe, jak z innego świata, słychać rytmiczne uderzenie, niekiedy dociera odgłos gongu. Kierujemy się w tę stronę, dochodzimy do pięknej świątyni chińskiej, a w niej grupa wiernych ubranych w czarne habity z kapturami na głowach, szybkim krokiem przechodzi przez to miejsce, wchodzi na dziedziniec, mija nas i mknie dalej pod ołtarz. Nikt nie zwraca na nas uwagi, a więc wchodzimy do jej wnętrza. Kojarzy się to z jakąś sektą i jej obrzędem. Zafascynowani stajemy i patrzymy, co się będzie działo dalej. Czuć intensywny zapach kadzideł, palą się świecie, jest półmrok, cienie w środku i na zewnątrz, a wokoło ciemna noc. Atmosfera staje się niezwykła, gdyby jeszcze doszło do jakiegoś rytualnego obrzędu, wcale bym się nie zdziwił. Lecz nagle dobiega nas odgłos zupełnie innej muzyki, wesołej, skocznej, typowo chińskiej, słychać głosy, a nawet śmiech. To naprzeciwko świątyni odbywa się przedstawienie opery chińskiej, w której wszystko jest poukładane według odpowiedniego scenariusza. Widz doskonale wie, kto jest dobry, a kto zły, kto piękny, a kto brzydki, kto szlachetny,
a kto podły.
Och, gdyby tak mogło być w życiu! Siadamy w tłumie Chińczyków, jest ich tu ponad dwie setki, krzesełka prawie wszystkie pozajmowane, lecz wskazują nam wolne miejsca. Nie ma więc problemu, nie jesteśmy intruzami. Po siedzących widać, jak żywo reagują, cieszą się lub też marszczą twarze, dość często wybuchają śmiechem, a my wraz z nimi, choć nie bardzo wiemy, co jest w tym śmiesznego. Spektakl jest długi, dość szybko mamy dosyć. Ruszamy dalej po nocnej Malakce. Niedaleko znajduje się świątynia hindu-istyczna, o czym świadczą ozdobne, kolorowe rzeźby na jej niewielkim budynku. Tu nie wchodzimy, zatrzymujemy się w samych drzwiach, za którymi Hindus dmie w długą bambusową trąbę. Patrzy na nas dość dziwnie, jakby był naćpany, a może odurzony zapachami kadzideł, które powalają z nóg. W oddali pojawia się w slipkach mężczyzna z długą siwą brodą, patrzy na nas przenikliwym wzrokiem, widać, że nie jest wcale szczęśliwy z tego powodu. No i dobrze, nic tu po nas.
Przechodzimy obok meczetu - jest zamknięty, podobnie jak kościoły katolickie, których też tu jest kilka. Czuje się oddech Franciszka Ksawerego, skoro nie ma jego zwłok, to być może unosi się jego mistyczna „osobowość". Brak jego kości był przyczyną wstydu miejscowego biskupa, który w 1953 roku sprowadził z Włoch jedną z relikwii i umieścił ją w kościele górującym nad zatoką. Minęły trzy miesiące i w nocy rozszalała się burza, w czasie której z rosnącego obok drzewa ułamała się gałąź i jak brzytwą odcięła posągowi prawe ramię dokładnie w tym miejscu, gdzie ucięto je zwłokom. Historia ciała F. Ksawerego zakreśliła więc swoiste koło, łącząc przeszłość Malakki z jej teraźniejszością. Tak okaleczony pomnik stoi do dzisiaj, jest więc przedmiotem wycieczek i wspomnień o niezwykłych jego losach.
W Malakce na każdym kroku można spotkać opowieści mrożące krew w żyłach. Domy i posągi w centrum miasta są wszystkie pomalowane na czerwono. Jest to widoczny ślad po tym, jak Brytyjczycy, którzy też tam byli, zburzywszy portugalskie budowle, oszczędzili jedynie holenderskie, ale po warunkiem, że zostaną one tak zaznaczone, w odróżnieniu od tych, które sami zamierzali wybudować. Z tego też względu centrum Malakki nosi nazwę Czerwonego Rynku, gdzie gremialnie parkują miejscowi rykszarze. Ich pojazdy są przybrane w girlandy sztucznych i żywych kwiatów, ozdobione żaróweczkami, które migają w czasie jazdy, co szczególnie widoczne jest nocą, gdy przemykają po ulicach Malakki. A głośna muzyka, jaka dochodzi z ich wnętrza, ma bawić turystów i
przyciągać gapiów.
Być może też ma odstraszać złe duchy, których jest tu pełno. Ostatnie ofiary sięgają czasów okupacji japońskiej, gdy tysiące mieszkańców Malakki zostało zakłutych bagnetami lub spalonych żywcem.
Malakka ma też swego żywego ducha, jest nim Portugalczyk, ojciec Manuel Joaguima Pentado, który był proboszczem miejscowej parafii, a jednocześnie kronikarzem wydarzeń, w których brali udział jego rodacy. Obecnie - jak się wydaje - jest swoistego rodzaju katolickim „kustoszem" tej ziemi.
W Malakce trudno się nudzić, choć - jak się wydaje - złote czasy już minęły, a o dawnych między innymi przypominają budowle fortecy, nieopodal morza, gdzie cumują olbrzymie statki przed dalszą podróżą przez cieśninę. Być może też odbywają się tu jakieś modły, aby przegonić złe duchy, a zwłaszcza piratów, którzy gdzieś się tu gnieżdżą. Na wszelki wypadek warto więc zaopatrzyć się w amulety, co i ja zrobiłem.
Gdy opuszczaliśmy Malakkę, mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w innym wymiarze historycznym i obyczajowym, gdzie świat duchów towarzyszy życiu, osobliwe historie przeplatają się z realiami codziennej egzystencji. Nic zatem dziwnego, że o Malakce krąży opinia, że jest najbardziej nawiedzanym miastem na świecie. Na wpół żywym, na wpół umarłym. Stoją tu piękne domy, w których nikt nie mieszka, mimo swojej atrakcyjności nie ma odważnych, by je zasiedlić.
Moje pożegnanie z Malakką odbyło się wczesną poranną porą na pięknym tarasie, gdzie pływając w hotelowym basenie, miałem wrażenie, że jestem obserwowany, i to nie przez służby hotelowe.
JERZY JACYSZYN
Część informacji historycznych zasięgnąłem z książki Tiziano Terzani, „Powiedział mi wróżbita", Warszawa 2008.
Źródło: ANGORA - PERYSKOP nr 7 (15.11.2009)
Foto: Nico, Wikimedia