Niedzielne przedpołudnie upływało w żółwim tempie. Muzeum od momentu jego otwarcia odwiedziło tylko pięć osób. Pani Ala, pilnująca sal z obrazami na pierwszym piętrze, zamknęła książkę, z trudem podniosła się z krzesła i ruszyła na obchód. Zwiedzających co prawda nie było, ale regulamin nakazywał sprawdzanie galerii co pół godziny. Kiedy weszła do sali, w której wisiało wspaniałe płótno Antona van Dycka, minęła jednego z pracowników ochrony, sprawujących pieczę nad muzeum. Szedł szybkim krokiem i nerwowo spoglądał na zegarek.
- Widać i jemu czas się dłuży - pomyślała pani Ania i poczłapała dalej.
Przeraźliwe wycie urządzenia alarmowego rozdarło ciszę w chwili, kiedy wchodziła do ostatniego pokoju. Sygnał dobiegał z jednej z sal, które miała pod opieką, i informował, że któryś z obrazów został zdjęty ze ściany. Dysząc z przejęcia, ruszyła z powrotem.
- Całe szczęście, że jest ten ochroniarz - szepnęła do siebie. - Sama bałabym się tam wchodzić.
Kiedy wbiegła do sali, przeżyła szok. Na ścianie, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się niewielkich rozmiarów obraz Wojciecha Kossaka, sterczał tylko hak. Kątem oka dostrzegła też wybitą szybę w otwartym oknie.
- Pani Aniu, proszę nie podchodzić - krzyknął pracownik ochrony. - Złodziej na pewno zostawił ślady i może je pani zatrzeć.
Kilka minut później do muzeum przyjechał inspektor Nerak. Obejrzał dokładnie salę wystawową i poprosił ochroniarza o relację.
- To wszystko wydarzyło się kilka minut później, jak minąłem się z panią Anią. Ona szła w kierunku ostatniej sali, ja w stronę pierwszej, z której prowadzą schody na parter. Kiedy byłem na klatce schodowej, usłyszałem alarm. Natychmiast wróciłem. Złodziej musiał cały czas stać na rusztowaniu okalającym muzeum i obserwować salę z Kossakiem. Mógł sobie tam stać spokojnie, ponieważ okna tej sali wychodzą na nieuczęszczane podwórko. Był więc pewien, że nikt go nie zauważy. Kiedy zobaczył, że z panią Anią oddaliliśmy się, wybił szybę, otworzył okno od zewnątrz, wszedł do środka, zdjął obraz i uciekł przez otwarte okno. A tyle razy mówiłem dyrektorowi, że to rusztowanie na zewnątrz budynku skusi kiedyś złodziei.
- Kto dziś z obsługi muzeum jest w pracy? - zapytał Nerak.
- Tylko ja i pani Ania - oświadczył ochroniarz.
Nerak rozejrzał się po sali. Cała podłoga lśniła blaskiem wypucowanego parkietu. Inspektor podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Kilka centymetrów poniżej zewnętrznego parapetu, na zbitym z desek podeście rusztowania, dostrzegł ślady butów i kawałki szyby.
- Czy może pan opisać złodzieja? - zapytał policjant ochroniarza.
- Bardzo mgliście. Kiedy wbiegałem do sali, akurat zeskakiwał na rusztowanie. Podbiegłem do okna, lecz zobaczyłem tylko jego plecy. Był w czarnej skórzanej kurtce, niebieskich dżinsach i białych adidasach. Błyskawicznie zsunął się po drabince na ziemię, przeskoczył niewielki płot okalający podwórko i umknął. Ani przez chwilę nie widziałem jego twarzy.
Nerak jeszcze raz wyjrzał przez okno, potem odwrócił się do ochroniarza i oznajmił:
-Aresztuję pana pod zarzutem kradzieży. Jestem pewny, że nie było żadnego włamania, a obraz pan zdjął ze ściany i gdzieś ukrył.
Na jakiej podstawie inspektor Nerak oskarżył pracownika ochrony?
WOJCIECH CHĄDZYNSKI
ŹRÓDŁO: ANGORA 2010