Rzęsisty deszcz padał od trzech godzin. Inspektor Nerak i sierżant Wrzo-sek wyszli z komendy, podnieśli kołnierze marynarek i szybkim krokiem ruszyli w kierunku samochodu. Kilka minut wcześniej oficer dyżurny poinformował ich, że grupa uzbrojonych i zamaskowanych bandytów na ulicy Bławatkowej napadła na kasjerkę i ochroniarzy przewożących pieniądze na wypłatę dla pracowników jednej z firm.
Na miejscu zdarzenia policjanci zjawili się kilka minut po czternastej. Była to cicha, spokojna uliczka, na której stały tylko dwie wille i to w dość sporej odległości od miejsca napadu. Deszcz akurat przestał padać i zza chmur wyjrzało piękne słońce. Obok osobowego, granatowego forda oznakowanego logo znanej w mieście firmy ochroniarskiej, w otoczeniu umundurowanych policjantów z wydziału prewencji, stała kasjerka i dwóch ochroniarzy. Nerak polecił Wrzoskowi przesłuchać mieszkańców willi, a sam zajął się ofiarami napadu.
Pierwszy zeznawał pracownik ochrony Andrzej T.
- Siedziałem po prawej stronie kierowcy, natomiast kasjerka, której towarzyszyliśmy, pani Bożena, z tyłu. Na kolanach trzymała neseser z pieniędzmi. Podczas jazdy na moment się zdrzemnąłem. Obudziło mnie raptowne hamowanie i po chwili zobaczyłem, jak do naszego samochodu podbiegają jacyś mężczyźni w kominiarkach na głowach. Grożąc nam rewolwerami, kazali wysiąść z auta. Jeden z nich, chcąc nam udowodnić, że są zdolni do wszystkiego, wystrzelił w powietrze dwa razy. Proszę zobaczyć, na ziemi obok naszego samochodu leżą jeszcze łuski. Nie mieliśjrny innego wyjścia, jak się podporzątkować napastnikom i dać im przewożone pieniądze.
- Gdy wjechaliśmy na ulicę Bławatkową, drogę zajechał nam biały volkswagen bus - informował Neraka kierowca granatowego forda. - Nie chcąc się z nim zderzyć, ostro zahamowałem. Wtedy z busa wyskoczyło trzech zamaskowanych facetów. Kazali wyjść nam z samochodu, a następnie oddać forsę. Najwyższy wzrostem napastnik, chcąc nas przestraszyć, strzelił w powietrze ze swojego rewolweru. Co mieliśmy zrobić w tej sytuacji? Oczywiście, że oddaliśmy pieniądze.
Taką samą wersję wydarzeń opowiedziała kasjerka, która przewoziła pieniądze z banku do swojego przedsiębiorstwa.
- Kiedy ten wysoki bandyta strzelił, natychmiast oddałam mu neseser z pieniędzmi. Wolałam nie ryzykować. Na szkoleniach uczyli nas, że w takiej sytuacji lepiej wykonywać polecenia bandytów, niż ryzykować życie.
Kiedy kasjerka skończyła mówić, do Neraka podszedł sierżant Wrzosek.
- Panie inspektorze, rozmawiałem z właścicielami willi stojących przy tej ulicy. Trzeba przyznać, że ci bandyci znali się na robocie. Wywinęli tak szybko ten numer, że nikt z mieszkańców niczego nie zauważył - relacjonował podekscytowany sierżant Wrzosek.
Inspektor Nerak dokładnie obejrzał forda i poprosił kierowcę, byopisał napastników.
- Ten, który stał obok mnie, był wysoki i barczysty. Zauważyłem, że na palcu prawej ręki miał misternie grawerowaną obrączkę. Ten drugi, który trzymał na muszce kolegę, był niższy i też dobrze zbudowany. Jak wyglądał ten trzeci, nie wiem, bo byłem zbyt przerażony, aby mu się przyglądać.
- Gratuluję bujnej wyobraźni - przerwał konwojentowi Nerak. - Jestem przekonany, że wymyśliliście ten napad, aby ukraść pieniądze.
Co w zeznaniach konwojentów pozwoliło inspektorowi zorientować się, że konwojenci kłamią?
WOJCIECH CHĄDZYŃSKI